22.05.2026

„Walka o spadek”, ostateczne starcie. Oto grzechy główne zagrożonych drużyn

Mamy już pewność, że Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Arka Gdynia spadną z Ekstraklasy, no i nie jest to w sumie wielkim zaskoczeniem. Łatwo ich degradację wytłumaczyć: to po prostu dwie bardzo przeciętne kadrowo drużyny, które nie zdołały oszukać przeznaczenia. Inaczej sprawy mają się jednak z gronem zespołów, które przed ostatnią kolejką nie mogą być pewne utrzymania w elicie. Lechia Gdańsk, Piast Gliwice, Widzew Łódź, Cracovia – każda z tych ekip przystąpi do finałowej serii spotkań z dreszczem niepokoju przebiegającym po plecach. Ale z trochę innych powodów.

Prześledźmy zatem główne grzechy drużyn wciąż uwikłanych w – nawiązując do klasyka – „walkę o spadek”.

Cracovia, czyli rozjazd deklaracji z działaniami

Pamiętacie jeszcze, jak Cracovia wyglądała na potencjalną rewelację rozgrywek, a Kamil Kosowski widział w niej głównego kandydata do zdobycia mistrzostwa Polski? Ach, jakież to zamierzchłe czasy. Niby mówimy o początkowym okresie sezonu, który nie zdążył nawet dobiec końca, a wydaje się, jakby minęła cała epoka.

Od tego czasu w Cracovii:

  • doszło do wojny na górze, w nieeleganckim stylu pożegnano Mateusza Dróżdża
  • Elżbieta Filipiak wstąpiła na wojenną ścieżkę z ludźmi Roberta Platka, a jeden z ich apelował do niej publicznie w dramatycznym tonie: „bardzo panią proszę, żeby nam pani oddała naszą działkę!”
  • pożegnano trenera Lukę Elsnera i dyrektora skautingu Jarosława Gambala
  • główny bohater rundy jesiennej – Filip Stojilković – został sprzedany do Pisy, gdzie, tak swoją drogą, zawiódł na całej linii
  • na ławce trenerskiej wylądował Bartosz Grzelak, a fotel dyrektora ds. piłki nożnej zajął Artur Sobiech

No dość zwariowany sezon, trzeba przyznać. Zresztą już zimą informowaliśmy na Weszło, że w Cracovii nie jest wesoło. Ostatnio sam Luka Elsner nie pozostawił na swoim byłym klubie suchej nitki na łamach „L’Equipe”. – Polskie media nazywały nas kabaretem, bo co tydzień był nowy spektakl.

Luka Elsner

– Trzeba odtworzyć historię – relacjonował Francuzom szkoleniowiec. – Prezes, który mnie zatrudnił, został zwolniony w dniu wznowienia treningów, 7 stycznia. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale po sprzedaży klubu latem amerykańskiemu właścicielowi, mniejszościowa właścicielka Elżbieta Filipiak ponownie objęła prezesurę. 15 stycznia historia zaczęła bardzo źle pachnieć. Nadal byliśmy w grze o Europę, ale kiedy słyszałem, jak o tym mówią, odpowiadałem: „Poczekajcie, przecież w ogóle tam się nie dostaniemy!”. Wróciliśmy do treningów z 14–15 zawodnikami, okno transferowe przebiegło bardzo źle. Sprzedaliśmy Filipa Stojilkovicia, za trzy miliony euro do Pisy. Sprzedaliśmy wicekapitana, straciliśmy też kapitana z powodu kontuzji ścięgien Achillesa. Nie zrealizowaliśmy naszego planu transferowego. A miesiąc później prezes rezygnuje z powodu nieporozumienia z większościowym udziałowcem! Po stronie sportowej zostajemy całkowicie sami.

Elsner przejechał się po Cracovii. „Zaczęło bardzo źle pachnieć”

– Oczywiście żałuję swojego wyboru. W trakcie przerwy zimowej byłem optymistą. Miesiąc później znaleźliśmy się w sytuacji gwałtownej zmiany zasad gry, niczego nie rozumiałem. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem – skarżył się Elsner w „L’Equipe”.

Czy to próba odwrócenia uwagi od własnych błędów? Do pewnego stopnia na pewno tak, bo przecież Cracovia zaczęła tracić impet już w drugiej połowie października 2025 roku. Z drugiej strony, opowieści Elsnera stanowią jeden, wielki akt oskarżenia pod adresem obecnych władz krakowskiej ekipy. Bo przecież skoro Słoweniec czuł się do tego stopnia wystawiony do wiatru w Cracovii, to bardzo podobne odczucia musi mieć również wielu zawodników.

Ma być w Cracovii światowo, a na razie jest bardzo swojsko w złym tego słowa znaczeniu. W deklaracjach jedno, w działaniach co innego.

Piast Gliwice, czyli nieszczęsny Max Mölder

Nieprawdopodobnie przestrzeliło kierownictwo Piasta z tym szwedzkim magikiem.

Trela: Moeldercy futbolu. Piast Gliwice w autodestrukcji

Od początku ruch budził wątpliwości. No bo jak to, brać trenera z drugiej ligi szwedzkiej? Ale Gliwiczanie zdawali się wiedzieć coś więcej, niż cała reszta świata. Zaoferowali Mölderowi trzyletnią umowę, co świadczyło o dużej wierze w możliwości 41-latka. Co z tego wyszło, nie trzeba chyba przypominać, ale przypomnimy i tak.

  • 10 meczów w Ekstraklasie pod wodzą Szweda
  • 1 zwycięstwo, 4 remisy, 5 porażek
  • średnio 0,7 punktu na mecz
  • tylko 9 zdobytych bramek, z czego aż 4 w starciu z Termaliką

Koszmarny bilans. Mimo to, jeszcze jesienią Łukasz Piworowicz starał się na naszych łamach bronić decyzji o zatrudnieniu Möldera (choć wcześniej Piast zdążył już tego trenera zwolnić). – Trener Mölder przez pięć miesięcy pracy w klubie dał nam to, czego oczekiwaliśmy. Dał zawodnikom coś, co w dzisiejszej piłce jest bardzo ważne i na czym będziemy mogli budować przez kolejne sezony, czyli pewność gry z piłką przy nodze, pod presją, umiejętność wychodzenia z trudnych sytuacji. Do tego dołożył dużą dawkę profesjonalizmu i trochę innego spojrzenia na futbol. Mamy dziś drużynę, która bardzo dobrze czuje się w pressingu – przekonywał dyrektor sportowy. – Co do stylu gry, znów nie mogę się zgodzić, że ten styl nie przynosił żadnych efektów. W wielu meczach przeciwnicy nie tworzyli praktycznie żadnego zagrożenia pod naszą bramką. Totalnie kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń. […] Jak widać, trochę tych plusów w naszej grze da się odnaleźć. A to, że nie byliśmy zbyt mocni jeśli chodzi o stwarzanie sytuacji i ich wykorzystywanie było związane też z innymi elementami. 

Max Molder, trener Piasta Gliwice

Tylko że minęło wiele miesięcy, a za Piastem dalej ciągnie się ta – będziemy się upierać – kompletnie nieudana kadencja Szweda. Przy tak wyrównanej lidze, seria dziesięciu meczów z zaledwie jednym zwycięstwem zamieniła się bowiem w kulę u nogi, którą mozolnie ciągnie za sobą Daniel Myśliwiec. Za jego rządów Piast punktuje ze średnią 1,48 na mecz. Gdyby przyjąć takie tempo na dystansie 33 kolejek, w tej chwili Gliwiczanie mieliby 49 oczek na koncie i myśleliby o europejskich pucharach.

Zatem nawet jeśli Mölder faktycznie czegoś zawodników Piasta nauczył, to była to nadzwyczaj kosztowna lekcja.

Inna sprawa, że Myśliwiec zapewne kręciłby jeszcze lepsze rezultaty, gdyby tylko zapewniono mu w składzie chociaż jedną strzelbę z prawdziwego zdarzenia. Bo umówmy się, że walczyć o utrzymanie, gdy za zdobywanie goli w twojej ekipie odpowiada Gierman Barkowskij, to trochę tak, jakby przyjść na strzelaninę… Nie no, nawet nie z pistoletem na wodę, tylko z gumowym widelcem, a Andreas Katsantonis i Adrian Dalmau są przecież w jeszcze gorzej formie.

Lechia Gdańsk, czyli brak paliwa w baku

Uwikłanie gdańskiej Lechii w walkę o utrzymanie można w zasadzie uprościć. Biało-Zieloni są pod kreską na kolejkę przed końcem rozgrywek, bo ich konto obciąża pięć ujemnych punktów. Koniec sprawy, analiza dokonana, można się rozejść. Przy takim założeniu głównym winowajcą jest oczywiście Paolo Urfer. Tak jak ostatnio pisaliśmy: prezesa zarządu Lechii po prostu dopadła karma. Długo cwaniakował, prężył muskuły, wydawało mu się, że wszyscy wokół grają w warcaby, a on jeden jest wytrawnym szachistą. No i się grubo przeliczył, a długotrwała batalia kierownictwa Lechii o zdjęcie kary punktowej przeobraziła się w kabaret.

Karma w pogoni za Urferem. Lechia się doigra?

Ale działaczy Lechii można też ukąsić od innej strony. Nie udało im się bowiem zagwarantować Johnowi Carverowi wystarczająco szerokiej kadry. I to po prostu widać na finiszu rozgrywek. Biało-Zieloni pod wodzą Anglika lubią grę dynamiczną, bezpośrednią, szukają wymiany ciosów nawet z wysoko notowanymi przeciwnikami. Ale żeby w ten sposób grać, potrzeba paliwa w baku pod sam korek. Tymczasem Lechia od paru ładnych tygodni zdaje się jechać na oparach.

Żelizko, Kapić, Mena, Bobcek, Rodin, Diaczuk – wszyscy rozegrali dla Lechii w tym sezonie przeszło 2000 minut, mimo że przedostatni dołączył do klubu już w trakcie rundy jesiennej, a ostatni miał trochę kłopotów z plecami. I wiadomo, każdy zespół ma w kadrze piłkarzy mocno eksploatowanych, ale problem pojawia się wówczas, gdy na ławce brakuje graczy, którzy byliby w stanie dostarczyć choćby porównywalną jakość. A taki właśnie problem dotknął Lechię. John Carver niechętnie rotuje czy dokonuje zmian meczowych, ale co tu się dziwić, skoro Kurminowski, Wjunnyk, Carenko czy Kałahur notorycznie zawodzili, a Kłudka to wręcz tykająca bomba.

John Carver, trener Lechii Gdańsk

Do tego mamy jeszcze bramkarza. Alex Paulsen nie tylko nie pomaga Lechii swoimi interwencjami, ale jest w zasadzie najsłabszym punktem defensywy Biało-Zielonych, która i tak jest przecież nadzwyczaj dziurawa i chwiejna. Mimo to, reprezentant Nowej Zelandii cieszy się stale zaufaniem trenera.

– Nie ma żadnego zapisu, że Alex musi grać. To moja decyzja – oświadczył ostatnio doświadczony szkoleniowiec.

A skoro już jesteśmy przy Carverze, to także i w jego ogródku musi wylądować przynajmniej jeden kamyczek, albo i nawet poważnych rozmiarów kamień. Wprawdzie gra Lechii za jego kadencji co do zasady może się podobać, są to zazwyczaj atrakcyjne, żywe widowiska, ale trudno nie zauważyć, że Anglik nie troszczy się przesadnie o taktyczne plany B albo C. Lechia jak kiepsko broniła, tak kiepsko broni nadal, a ostatnio ogarnęła ją dodatkowo niemoc w sytuacjach, gdy przeciwnik musi sobie radzić w osłabieniu. Może właśnie dlatego, że drużyny grające w dziesiątkę mniej chętnie się z Gdańszczanami boksują, a Lechia inaczej grać ani nie lubi, ani nie umie.

Długo zapowiadało się, że – mimo wszystkich tych problemów – największe gwiazdy Lechii z rozmachem powiodą zespół co najmniej do spokojnego utrzymania. Ale w ostatecznym rozrachunku to ci słabsi zawodnicy, niczym kotwica, ściągnęli tych lepszych do strefy spadkowej. I zaraz wszyscy razem mogą pójść na dno – do 1. ligi.

Widzew Łódź, czyli transferowa szajba

No i zostaje nam Widzew Łódź, czyli drużyna, dla której konieczność walki o utrzymanie w Ekstraklasie do ostatniej kolejki z pewnością jest najbardziej rozczarowująca. Natomiast ewentualny spadek RTS-u będzie – nie bójmy się tego stwierdzenia – całkowitą kompromitacją, jedną z największych w historii polskiej piłki ligowej. Pobić wszystkie transferowe rekordy, żeby w ostatecznym rozrachunku spierdzielić się z ligi na zbitą twarz? No tego jeszcze nad Wisłą nie grali.

Inna sprawa, że w Łodzi wręcz prosili się o takiego prztyczka w nos od futbolowych bogów. Pamiętacie na pewno wypowiedzi Roberta Dobrzyckiego, który „nie myślał o spadku z Ekstraklasy”, albo Dariusza Adamczuka i Piotra Burlikowskiego, którzy na samą wzmiankę o degradacji uśmiali się do rozpuku.

Dziś na pewno nikomu w Łodzi nie jest do śmiechu.

 

Koniec końców grzechem głównym Widzewa w tym sezonie nie była jednak pycha, ona tylko zwielokrotni szyderę z Łodzian po ewentualnym spadku. Prawdziwym problemem klubu okazała się natomiast nieudolność w wydawaniu olbrzymich jak na polskie realia pieniędzy. Po prostu transferowa szajba. Bo przecież nie jest tak, że łódzcy działacze chybili ze wszystkim zakupami. Do niektórych sprowadzonych niedawno piłkarzy trudno mieć większe pretensje – taki Przemysław Wiśniewski kosztował sporo, owszem, ale momentalnie wskoczył do topki defensorów w Ekstraklasie. Gdyby trafił do solidnie poukładanej drużyny, pewnie jego atuty byłyby jeszcze lepiej widoczne. No ale Widzew w ciągu dwóch okienek transferowych zamieniony został w zlepek raczej przypadkowo dobranych graczy.

Potężne transfery Widzewa. Dobrzycki zaczął mocniej nawet od Cupiała?

Latem jeden dyrektor sportowy, zimą kolejny. Czterech trenerów. Przeszło dwudziestu nowych piłkarzy. A to już nie są czasy Sabriego Bekdasa, że niemal za jednym zamachem można sklecić w Ekstraklasie zespół na miarę wicemistrzostwa kraju. Cholera, nawet Bogusław Cupiał w Wiśle zaczął od mniejszej rewolucji kadrowej.

Co tu dużo gadać – zachłysnęli się działacze Widzewa możliwościami, jakie zapewnił im Robert Dobrzycki. Zgłupieli od luksusu.

Wychodzi na to, że od przybytku głowa może jednak rozboleć.

Sytuacja łódzkiej ekipy przed ostatnią kolejką teoretycznie nie jest najgorsza. Widzew ma punkt przewagi nad Lechią i mecz z Piastem u siebie, a zatem trzyma swoją ekstraklasową przyszłość we własnych rękach. Byłoby nieprawdopodobną wręcz ironią losu, gdyby bilety do Betclic 1. Ligi zafundował Łodzianom Daniel Myśliwiec. – Piłkarscy bogowie chcieli takiego scenariusza, żebym w ostatnim meczu pojechał do Łodzi walcząc o osiągnięcie naszego celu – skwitował szkoleniowiec Piasta. Czekamy zatem na werdykt futbolowych bogów. Czy uznali, że Widzew dostał już wystarczającą nauczkę, a może jeszcze im mało?

***

A wy jak sądzicie, która z wymienionych drużyn – Lechia, Widzew, Cracovia czy Piast – najmocniej zapracowała na spadek z Ekstraklasy?

ZOBACZ RÓWNIEŻ

fot. NewsPix.pl

Artykuł „Walka o spadek”, ostateczne starcie. Oto grzechy główne zagrożonych drużyn pochodzi z serwisu weszlo.com.

Czytaj najświeższe newsy ze świata piłki nożnej na topliga.pl! Topliga to najlepsze źródło wiadomości piłkarskich - liga polska, Ekstraklasa, Puchar Polski, rozgrywki ligowe, Twoje ulubione drużyny i zawodnicy. Śledź najważniejsze wydarzenia, sprawdzaj wyniki, obserwuj transfery piłkarskie, poznaj ciekawostki z polskich boisk, bądź na bieżąco. Topliga to najlepsze wiadomości sportowe przygotowane specjalnie dla Ciebie.

Polityka Prywatności Kontakt

© 2026 topliga.pl