Trzy porażki z rzędu, a łącznie pięć od początku rozgrywek i miejsce w strefie spadkowej dają nam podstawy, by martwić się o stan Motoru Lublin. Czołówka zaczyna odjeżdżać, a przecież ekipa z Lubelszczyzny w tym sezonie ma wywalczyć awans do europejskich pucharów. Dokładnie tak przecież zapowiadał Zbigniew Jakubas. Jego słowa zawsze pięknie brzmią do momentu, gdy nie zostaną zweryfikowane przez rzeczywistość.
Motor zawodzi, to jasne, ale nie mamy zamiaru urządzać grillowania Mariusza Misiury. Oczywiście, zamieniając Płock na Lublin musiał wiedzieć na co się pisze, jednak to nie trener w tym momencie powinien być głównym zmartwieniem na Lubelszczyźnie. Według zapowiedzi Motor miał gonić czołówkę, a tymczasem zaczyna coraz bardziej odstawać nawet od ligowych średniaków.
Motor miał prawo do rewolucji. Ale jej efekty pozostawiają wiele do życzenia
Prawem właściciela klubu jest podejmowanie różnych decyzji, które na pierwszy rzut oka nie wydają się do końca zrozumiałe. Taką na pewno było pożegnanie się z Mateuszem Stolarskim i zastąpienie go Mariuszem Misiurą. Okej, Zbigniewowi Jakubasowi marzył się trener przykładający większą wagę do defensywy, to takiego zatrudnił. Tyle że razem z nim poszła przebudowa praktycznie całej kadry.
Według zapowiedzi ta nowa miała być na wyższym poziomie od pożegnanych graczy. Czy taka jest? Spójrzmy. Właściwie jej podsumowanie moglibyśmy zamknąć na jednym zawodniku. Bartoszu Bereszyńskim. To doskonały symbol tego przeciętniactwa, w jakim znalazł się Motor.
Niby ma w dorobku kilkaset nastukanych meczów we Włoszech, z czego większość w Serie A, do tego sporo występów w reprezentacji, jednak powrót do Ekstraklasy jest dla niego brutalną weryfikacją. Po tych już dwóch miesiącach ciężko powiedzieć, co jest jego atutem, natomiast można powiedzieć, że fizycznie odstaje od większości napastników, nie jest też szczególnie szybki, ani wysoki, ani właściwie żaden. Przy znacznej części straconych bramek jest jednym z głównych winowajców.
Aż po pięciu meczach na Weszło wystawiliśmy mu notę 3, a ani razu nie zdarzyło się, by była wyższa niż 5. Można to traktować jako ciekawostkę, ale mimo wszystko dobrze obrazującą poziom jeszcze niedawnego kadrowicza. Bo o ile takiemu Przemysławowi Wiśniewskiemu zdarzają się słabsze mecze, o tyle widać, że to zawodnik z wysokimi umiejętnościami i możliwościami na czołowego stopera w lidze. W przypadku Bereszyńskiego nie widzimy nawet ułamka nadziei, że dojdzie do jakiejś poprawy.

Bartosz Bereszyński – symbol przeciętniactwa Motoru Lublin
Ale żeby nie było, problem z kadrą Motoru jest znacznie szerszy od jednego Bereszyńskiego, bo patrzymy na ofensywę i wcale nie jest lepiej. Taki Makan Aiko, popisał się efektownym golem w Szczecinie, a poza tym? No cienizna. Na razie to człowiek jednej świetnej akcji i całej masy już znacznie mniej udanych. Mimo imponującego CV (AS Monaco, Sevilla), też ciężko przypuszczać, że rozwiązaniem wszelkich problemów okaże się dopiero co pozyskany Rony Lopes.
Mamy też bramkarza Mihaia Popę, który nie popisał się choćby przy straconym golu z Koroną. Zanim zdążył nam pokazać jakąś godną uwagi interwencję, to wylądował na ławce… I tak moglibyśmy jeszcze wymieniać kolejne nieudane strzały pionu sportowego – dodajmy, że pracującego w dość ograniczonych ramach – klubu z Lublina na czele z Veljko Nikitoviciem.
Motor nie ma lepszej kadry niż w poprzednim sezonie. Jest jeszcze gorzej
Porównaliśmy sobie całą kadrę Motoru sprzed przebudowy i już po. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy zgodnie z zapowiedziami Mariusz Misiura na jakiejkolwiek pozycji ma do dyspozycji lepszych zawodników niż wcześniej Mateusz Stolarski. Właściwie to tak, na jednej. Kamil Lukoszek raczej będzie lepszą konkurencją dla Thomasa Santosa na prawej obronie niż Paweł Stolarski czy Filip Wójcik.
Wypożyczony z Górnika Lukoszek to generalnie solidny ligowiec, tylko że nic więcej. Gdyby miał być tylko uzupełnieniem kadry, to nie moglibyśmy powiedzieć złego słowa, ale ciężko w nim widzieć gracza, który może odmienić całą grę zespołu. Tym bardziej, że ubytki na innych pozycjach są naprawdę mocno widoczne.
A takim najbardziej widocznym jest środek pola, który Motor miał ostatnio wyjątkowo solidny. Tyle że Bartosz Wolski odszedł do GKS-u Katowice, Jakub Łabojko do Piasta, a nie ma już także Sergiego Sampera. Każdy z nich w tym momencie z pewnością miałby miejsce w pierwszym składzie.
Na ich miejsce przyszli Yacine Bourhane (na razie tak przeźroczysty, że ciężko powiedzieć o nim coś więcej) oraz Mateusz Łęgowski, po którym akurat można było spodziewać się znacznie więcej. Pamiętamy go z Pogoni, później pograł trochę we Włoszech, w Szwajcarii zahaczył się o Ligę Mistrzów, jednak po powrocie do Ekstraklasy jest co najwyżej mocno przeciętny.

Mateusz Łęgowski – jego powrotu do Polski nie można zaliczyć do udanych
Generalnie, każdy z tych zawodników osobno uszedłby w tłumie, jeśli poza tym ściągniętoby znacznie bardziej jakościowych graczy. A skoro są oni wszyscy razem, to daje nam to naprawdę tragiczny obraz ekipy, która pod względem jakości jest jedną z najgorszych w Ekstraklasie.
Być może wpływ na taki stan rzeczy ma to, o czym w 2024 roku na antenie Canal Plus mówił Zbigniew Jakubas. – Można wdrażać jednocześnie trzech-czterech zawodników. Jeżeli do zespołu wchodzi siedmiu-ośmiu, to ciężko jest wszystko spiąć razem – twierdził właściciel Motoru.
Tyle że niespełna dwa lata później dokładnie tak zrobił. Pożegnał 14 zawodników, a na ich miejsce ściągnął 11…
Ale spokojnie, to tylko pierwszy z kilku cytatów ze Zbigniewa Jakubasa, które nie zestarzały się w najlepszy możliwy sposób.
Transfery gotówkowe w Ekstraklasie to codzienność. Motor nie dokonał ani jednego
Wiadomo, pieniądze w piłce nie grają, jednak potrafią stworzyć różnicę. Oczywiście, jeszcze do tego lata można było się powoływać na Jagiellonię, która mimo wykładania znacznie mniejszych sum utrzymywała się w czołówce ligi i grała w europejskich pucharach, jednak generalnie możliwościami finansowymi na dłuższym dystansie wypracowujesz sobie przewagę nad tymi z mniejszym budżetem.
Ściągasz lepszych piłkarzy, możesz płacić większe pensje, stać cię na szerszy i bardziej kompetentny sztab. Ogółem, w długofalowej perspektywie bogatszy na 100 przypadków w 99 okaże się lepszy. A jeszcze nie tak dawno Zbigniew Jakubas deklarował, że może dokonywać ruchów, do jakich w Ekstraklasie się jeszcze nawet nie zbliżyliśmy.
– Ja jestem w stanie ściągnąć piłkarza za 10 mln euro. Nawet za 50 mln euro. Umówmy się: stać mnie na to – mówił właściciel Motoru na antenie TVP Sport
Znając zasobność portfela Jakubasa, jaki przewija się przez media, możemy zakładać, że nie zmyślał, jednak w rzeczywistości nikt od niego nie oczekuje transferów za 50 ani nawet za 10 baniek. Problem w tym, że Motor tego lata nie dokonał ani jednego ruchu gotówkowego. Wszyscy pozyskani zawodnicy przyszli albo bez odstępnego albo na zasadzie wypożyczenia.
Wystarczy spojrzeć na taką Koronę, gdzie przyszedł prywatny właściciel i klub zaczął chętniej płacić za zawodników, a to od razu zrobiło różnicę. Bo chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Ondrej Lingr, Camilo Mena czy Patrik Hellebrand to duża dysproporcja pomiędzy Makanem Aiko, Yacine Bourhanem i Mateuszem Łęgowskim.

Zbigniew Jakubas z właścicielem Korony Kielce, Łukaszem Maciejczykiem
Kielczanie w trakcie letniego okienka na transfery wyłożyli nieco ponad sześć milionów euro, więc zgodnie z tym co mówi Zbigniew Jakubas, nic nie stałoby na przeszkodzie, by Motor był drugą taką Koroną. A jednak dziwnym trafem nie jest i Veljko Nikitović musi się wspomagać wyłącznie wolnymi zawodnikami oraz tymi dostępnymi na wypożyczenie.
Nie wińmy Mariusza Misiury za wyniki Motoru. On robi co może
Wiadomo, że sposób w jaki w Lublinie przeprowadzono zmianę trenera był daleki od idealnego, jednak trudno za to winić Mariusza Misiurę. Tak samo jak za wyniki osiągane przez jego zespół. W grze jego podopiecznych widać, że ma pomysł i nie ma zamiaru kopiować swojej ciężkiej do oglądania Wisły Płock.
45-latek ewidentnie chce dać się poznać jako trener bardziej elastyczny i wyważony, a nie taki, który jedynie muruje dostęp do bramki i liczy na 1:0 po kontrze. Motor gra odważniej i momentami to wygląda całkiem nieźle. Potrafi wyjść ze składną akcją, szybko dojść do pola karnego, tylko no właśnie. Tam zaczyna się poważny problem.
Jest takie powiedzenie, że do szesnastki za grę odpowiada trener, ale w niej odpowiedzialność spada już na zawodników. I gdy wszystko się obiecująco układa, to często brakuje dokładnego ostatniego zagrania, zrozumienia się z kolegą, odczytania jego intencji. Pojawia się jakaś niedokładność, błąd i całą akcję można wyrzucić do kosza. A z czego to się bierze? Odpowiedź jest prosta. Z braków technicznych u niektórych zawodników.
Najprościej mówiąc, gdyby Motor grał dokładnie tak samo jak obecnie, a miałby lepszych wykonawców, to efekty byłyby zupełnie inne. Jasne, że to brzmi wręcz banalnie, ale fakty są takie, że z ekipy z Lublina aż biją te niższe umiejętności indywidualne od sporej części stawki. Mariusz Misiura może wymyślać cuda, a przy takich okolicznościach jest praktycznie bezradny.
Właściwie jedynie na czym może polegać, to na skuteczności Karola Czubaka. Ivo Rodrigues albo Jacek Ndiaye jakoś dostarczą do niego piłkę i on wciśnie ją do sieci. Tyle że jak każdy też ma gorsze dni. Taki miał przykładowo w Częstochowie i Motor był kompletnie bezradny. Przegrywał tylko jednym golem, ale ani przez moment w końcówce nie mieliśmy przekonania, że jest w stanie przynajmniej wyrównać.
A załóżmy – oczywiście mu tego nie życzymy – że Czubak przez kontuzję wypadnie z gry na jakiś czas. I co wtedy? Dobre pytanie, chociaż nie znamy na nie odpowiedzi. Jedynymi alternatywami na pozycję napastnika są ściągnięci tego lata 17-letni Mateusz Posmyk z Górnika Zabrze oraz trzy lata starszy Dominika Gregorski.

Karol Czubak – co będzie, jeśli jego zabraknie?
Obaj najwyżej grali do tej pory na czwartym poziomie rozgrywkowym. Tak właśnie jest zbudowana ta kadra. Wypada ci kluczowy zawodnik i jedynie kim możesz go zastąpić – oczywiście nie umniejszając obu graczom – to juniorami wyciągniętymi z rezerw ekstraklasowych klubów.
Motor na osiem ligowych meczów wygrał jeden, pięć przegrał i właśnie wylądował w strefie spadkowej bez większych perspektyw na marsz w górę tabeli. Czy będziemy specjalnie zdziwieni, jeśli po kolejnych słabszych wynikach dojdzie do zmiany trenera? No nie będziemy, jednak jednocześnie mamy poważne wątpliwości, czy potencjalny następca będzie w stanie zrobić coś więcej z tym składem.
Mariusz Misiura nie jest cudotwórcą i przede wszystkim nie jest największym problemem klubu. Nie jest ani dziesiątym, ani pięćdziesiątym, a pewnie nie zmieściłby się także w pierwszej setce. Patrząc na Ekstraklasę, chyba jedynym, który mógłby coś zaradzić jest Marek Papszun, udowadniający w Legii, że akurat on cudotwórcą poniekąd jest. Chociaż i tak w Warszawie ma nieporównywalnie lepszą kadrę niż miałby do dyspozycji w Lublinie.
Motor w tym sezonie miał walczyć o europejskie puchary. To nie żart
Zbigniew Jakubas w momencie, gdy Motor wchodził do Ekstraklasy, zapowiadał, że w pierwszych dwóch sezonach zespół ma ugruntować swoją pozycję w środku tabeli, a następnie zaatakować europejskie puchary. Początkowa część planu poszła całkiem przyzwoicie, bowiem ekipa Mateusza Stolarskiego kończyła zmagania kolejno na siódmym i dwunastym miejscu (trzy punkty straty do ósmej pozycji).
Tyle że jakkolwiek nie patrzeć były to wyniki znacząco ponad stan, kręcone zawodnikami, którzy w sporej liczbie przeszli z tym zespołem drogę od drugiej ligi. Ambicje były jednak wyższe i w Lublinie nie mieli zamiaru zadowolić się rolą średniaka. Oczywiście to teoria, bo rzeczywistość jest zupełnie inna.
W każdym razie w 2024 roku Zbigniew Jakubas w Canal Plus złożył taką deklarację: – Za trzy lata Motor będzie występował w europejskich pucharach.
Prosta matematyka: właściciel Motoru obiecał, że w 2027 roku kibice w Lublinie zobaczą mecze z udziałem swojej drużyny w europejskich pucharach. A żeby tak się rzeczywiście stało, ekipa Mariusza Misiury taką przepustkę musiałaby sobie wywalczyć już w bieżących rozgrywkach.
No cóż, nie postawiliśmy dzisiaj ani złotówki, że to może się wydarzyć. Nie ma nawet jednego najmniejszego argumentu za tym, że Motor mógłby podłączyć się do walki o czołowe miejsca. Patrząc na to jak rozwija się liga, znacznie bliżej nam do tego, że nie będzie w stanie powalczyć nawet o środek tabeli.
Na dzisiaj to wygląda na walkę o utrzymanie do ostatniej kolejki, a jeśli w zimowym okienku nie dojdzie do konkretnych wzmocnień, to nie mamy specjalnego przekonania, że zakończy się sukcesem. Zawsze można liczyć, że znajdą się trzy jeszcze słabsze drużyny, jednak w tym momencie ciężko o ich wytypowanie.
Słowa Zbigniewa Jakubasa mocno rozjechały się z rzeczywistością. Znowu.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix
Artykuł Brutalna weryfikacja Motoru. I to nie trener jest problemem pochodzi z serwisu weszlo.com.