Rozumiemy i cenimy trenerów, którzy w obliczu walki o utrzymanie chcą grać pragmatycznie, ale Widzew Aleksandara Vukovicia przesadza. To już nie pragmatyzm, a prymitywizm. Robert Dobrzycki zapłacił za piłkarzy ponad dwadzieścia milionów euro, ale żaden z nich nie dał mu wiosną czegoś takiego, jak dziś Dawid Błanik Koronie. Dawid Błanik ściągnięty kilka lat temu z Sandecji Nowy Sącz za sześćdziesiąt tysięcy złotych.
Oczywiście, że narrację o tym meczu – będącym dla obu drużyn starciem o wszystko – kształtuje wynik. Wynik, który wziął się z jednego, indywidualnego błysku geniuszu. Ale właśnie – kogo mamy posądzać o błyski geniuszu, jak nie zawodników ściągniętych za pięć, cztery, trzy miliony euro?
Obejrzeliśmy niezwykle symboliczny mecz. Obie drużyny zagrały słaby futbol, ale jedna wiedziała, o co jest gra, a druga snuła się licząc na to, że uda się doczekać do końcowego gwizdka. Ale największą symbolikę widać było na skrzydłach. W Widzewie biegał Fornalczyk, który kręcił się w kółko i nie radził sobie z prowokacjami rywali oraz trybun. Nie uniósł zawodów, tak jak nie unosi całego sezonu. Widzew wziął go z Kielc za 1,5 miliona euro, co wtedy wydawało się promocją, a dziś – znakomitym biznesem dla sprzedających.
Okazało się, że Widzew pozyskał wtedy… nie tego piłkarza, co trzeba. Gdyby w tamtym momencie wziął Błanika, byłby już dawno utrzymany. Koroniarz może nie miał tak efektownego dryblingu, jak Fornalczyk (wtedy w Kielcach, nie obecnie), może i przegrywał rywalizację, ale ma coś, czego skrzydłowemu Widzewa brakuje najbardziej – głowę.
Strzelić w taki sposób w meczu o utrzymanie? Wytrzymać nerwy podczas tak napiętych zawodów? Zdobyć swojego pierwszego gola z wolnego w karierze akurat w spotkaniu o tak duża stawkę? To naprawdę duża rzecz. Błanik stał się dziś – nie boję się mocnych słów – legendą Korony Kielce. To już moment, gdy trzeba ustawiać go w tym samym szeregu, co Pawła Golańskiego, Kamila Kuzerę, Jacka Kiełba czy Grzegorza Piechnę.
Zresztą, przywołanie tych nazwisk nie jest przypadkowe, bo Korona zagrała dziś tak, że nad stadionem unosił się duch Bandy Świrów. Była niezwykle agresywna przy pojedynkach, wybiegana, pressująca. Wiedziała, co jest stawką. Zagrała tak, jak marzyłby Vuković. Pragmatycznie, ale też mądrze i skutecznie w kluczowym momencie. Miała Nono, który podniósł się z ławki po kilku meczach i wniósł nieocenione serce do gry. Dlaczego Zieliński nie wystawiał go wcześniej, a zamiast tego wolał pokracznego Gustafsona, będzie jego słodką tajemnicą. Dowiózł Remacle, który był świetny. Zwoźny czy Pięczek niesamowicie się naharowali.
To Widzew tracił głowę, przesadzał z faulami (Shehu powinien wylecieć) i wyładowywał frustrację na rywalach (jak chociażby Bergier). No i jego jedynym pomysłem na to spotkanie znów była gra na 0:0. Tym razem Korona strzeliła szybciej niż Legia, ale nie zmieniło to meczu, bo RTS wyglądał tak, jakby Vuković nie przedstawił mu żadnego planu B. Nie zareagował na straconego gola, Korona ani przez moment nie musiała drżeć o wynik.
Spadek z takim budżetem, przy takiej skali wydatków, to naprawdę będzie wielki wyczyn. I wiemy już, że Widzew będzie w grze o ten wyczyn do samego końca. Powiecie – gra za tydzień u siebie, a u siebie wygrywa. To prawda, ale mecze mogą ułożyć się tak, że nawet zwycięstwo nie da Łodzianom gwarancji na pozostanie w lidze. Nie zazdrościmy bogaczom z alei Piłsudskiego oglądania meczów swoich rywali w tej kolejce.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix
Artykuł Widzew bardzo chce spaść z ligi pochodzi z serwisu weszlo.com.