Budowany za wielkie pieniądze Widzew drży o pozostanie w Ekstraklasie. Przed ostatnią kolejką niby wszystko ma w swoich rękach, bo wystarczy zwycięstwo nad Piastem Gliwice i nie trzeba oglądać się na innych, ale mecz w Łodzi będzie grany na emocjach, pod gigantyczną presją. Czy piłkarze Widzewa, którzy wydawali się skazani na grę o wyższe cele, wytrzymają? Klub z Łodzi w ostatnich latach miał trochę nerwowych końcówek sezonów i meczów o wszystko. Wybraliśmy trzy spotkania, w których Widzew w ostatniej kolejce rywalizował o wielką stawkę. Swój cel osiągał, lecz robił to w bardzo różnym stylu. Zdarzyło się, że piłkarze zupełnie nie wytrzymali presji, a dwóch zostało uderzonych przez własnych fanów.
Sokół Ostróda – Widzew Łódź 2:3, 16 czerwca 2018 roku
Wydawało się, że Widzew awansuje do II ligi już wcześniej. W końcu miał na ławce trenerskiej Franciszka Smudę i bardzo dobry skład, duże nazwiska jak na czwarty szczebel rozgrywek. Jednak w 32. kolejce zespół zawiódł, remisując bezbramkowo w Łomży z tamtejszym ŁKS-em. W przedostatniej serii gier w Łodzi doszło do meczu na szczycie: Widzew podejmował Lechię Tomaszów Mazowiecki. Wygrana dawała awans i wszystko było przygotowane na fetę. A tu znów 0:0 i to goście byli bliżej wygranej: ich piłkarz nie trafił z kilku metrów do pustej bramki.
Brak goli i przestraszony Widzew, mimo dużego potencjału w składzie. Zespół z Łodzi, skazujący się na horror w ostatniej kolejce. I trener Widzewa, nie mający zbyt wielu włosów na głowie. Sporo tych podobieństw do obecnego sezonu, prawda?
Ale wróćmy do 2018 roku. Smuda po meczu z Lechią nie pojawił się na konferencji prasowej. Dwa dni później nie było go też na spotkaniu z władzami stowarzyszenia. Były selekcjoner miał być wściekły o to, że działacze sondowali u piłkarzy i sztabu, jak wyglądają relacje w drużynie i co sądzą na temat trenera. Odebrał to jako skrajny brak zaufania.
Bartłomiej Stańdo, dziś dziennikarz Meczyków, w książce „Widzew Reaktywacja” cytuje Tomasza Łapińskiego, który był wtedy w Widzewie kimś na kształt doradcy. W latach 90. piłkarz – Łapiński należał do najważniejszych postaci Widzewa Smudy, który sięgał po mistrzostwo Polski i dzielnie walczył w Lidze Mistrzów. Po kilkunastu latach zastanawiał się, jak postąpić w tej niełatwej sytuacji. Zdecydował się na szczerość. „Uważałem, że za mało uczymy tych chłopaków grać w piłkę. Powinniśmy więcej uwagi przykładać zwłaszcza do ataku pozycyjnego. Nawet ekstraklasowi piłkarze mają z tym problemy, a my na czwartym poziomie rozgrywkowym, skazani na taką grę z uwagi na styl rywali, rzadko się do tego przygotowywaliśmy. Zasugerowałem, że lepszym rozwiązaniem byłoby rozstanie” – mówi w książce.
I Smuda został zwolniony. Tuż przed ostatnią kolejką, w której Widzew mierzył się w Ostródzie z tamtejszym Sokołem. Jego następcą w tym gorącym momencie został Radosław Mroczkowski.
– To było ogromne ryzyko. W zasadzie trudno sobie wyobrazić trudniejszą decyzję, niż tamta ówczesnego prezesa Przemysława Klementowskiego. Po pierwsze, z uwagi na czas, a po drugie – bo rozstawaliśmy się z takim trenerem. To mogło się różnie skończyć. Myślę, że to była najodważniejsza decyzja prezesa Widzewa na przestrzeni wielu lat. Trudno mi sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby Widzewowi w Ostródzie nie wyszło – wspomina w rozmowie z Weszło Arkadiusz Stolarek, który spotkanie Sokół – Widzew komentował na żywo w klubowej telewizji.
A mogło Widzewowi nie wyjść. Nie brakowało wiele.
Zespół z Łodzi, żeby mieć pewny awans do II ligi, musiał ten mecz wygrać. Przed ostatnią kolejką miał tyle samo punktów, co Lechia, ale lepszy bilans bezpośrednich spotkań. Rywal grał na własnym boisku z MKS-em Ełk i było raczej wiadomo, że sobie poradzi. Widzew spotkanie z Sokołem zaczął bardzo źle. Z kontuzją zszedł Marcin Pieńkowski. Jeszcze w pierwszej połowie trener Mroczkowski dokonał kolejnej zmiany. Zespół z Łodzi stracił gola, do przerwy przegrywał 0:1. A Lechia po 30 minutach prowadziła już 3:0.

Mecz Widzew – Sokół Ostróda, sezon 2017/2018
Stolarek: – Mecz o być albo nie być, a tu katastrofa. Z przerwy pamiętam grobową atmosferę. Piłkarze schodzili załamani do szatni, na trybunach, wśród kibiców Widzewa, duża nerwowość. A po końcowym gwizdku? Szaleństwo. Widzew znów pokazał, że gra do końca.
Wyrównanie nastąpiło szybko, z rzutu karnego. Później goście mieli szczęście, bo z boiska mógł wylecieć Sebastian Zieleniecki, ale nie było systemu VAR. W 77. minucie upragnionego gola dla Widzewa strzelił Daniel Świderski, który potem podwyższył jeszcze na 3:1. Stolarek w euforii krzyczał na antenie o piłkarzu, który został zdeptany przez trenera Smudę, a tu staje się bohaterem. W końcówce Sokół zdobył kontaktową bramkę po rzucie wolnym. Ostatnie sekundy były bardzo nerwowe. Stały fragment za stałym fragmentem. Ale Widzew wytrwał i mógł cieszyć się z upragnionego awansu do II ligi. Wywalczonego w bólach. „Horror w Ostródzie dla Widzewa!” – tytułował swoją relację serwis WidzewToMy.
Radości nie było końca. – Jeśli picie alkoholu jest złe, to nie chcę być dobry! – krzyczał w klubowej telewizji bramkarz Maciej Humerski. Stańdo pisze też w swojej książce, że w autokarze, wracającym do Łodzi, zawodnicy najczęściej skandowali okrzyk, który wcześniej wiele razy słyszeli z trybun: „Widzew grać, kurwa mać!”.
Widzew Łódź – Znicz Pruszków 0:1, 25 lipca 2020 roku
Stolarek nie wie do końca, jak nazwać uczucia, które mu wtedy towarzyszyły. – Mieszanka, totalna mieszanka. Z jednej strony: jak nie cieszyć się z awansu, o który było tak ciężko? A z drugiej poziom gry i wynik tamtego spotkania. Oba były poniżej krytyki, a do tego wszystkiego doszły jeszcze wydarzenia po ostatnim gwizdku. Uderzenie na murawie dwóch zawodników to jedna z bardziej wstydliwych rzeczy, jakie przydarzyły się kibicom Widzewa w całej historii klubu. Nie zamierzam ich bronić, choć można było też się zastanawiać, jak doprowadzono sportowo do czegoś takiego, mając personalnie tak dobry skład – opisuje po sześciu latach.
Widzew w 2018 roku, o czym już wiecie, awansował do II ligi. Od razu pragnął kolejnego awansu, ale w sezonie 2018/2019 nie wyszło. Zespół miał 10 remisów z rzędu. Ktoś wyliczył, że prawdopodobieństwo czegoś takiego to mniej więcej 1:300 000. Mniejsze niż np. to, że człowieka trafi piorun. Pojawiały się zawoalowane przypuszczenia, że zawodnicy mogą ustawiać mecze.
Wystarczyło wygrać jedno z dwóch ostatnich spotkań, by awansować, ale Widzew dwukrotnie schodził z boiska pokonany. Kluczowy okazał się mecz w Bełchatowie z tamtejszym GKS-em, przegrany 1:3. Zespół z Łodzi miał swoje szanse, nie pomógł też sędzia Kornel Paszkiewicz, nie uznając bramki dla Widzewa na 2:2. Co ciekawe, ten sam Paszkiewicz siedział na wozie VAR przy okazji ostatniego meczu w Kielcach przeciwko Koronie. Świat jest mały. Po powrocie do Łodzi wściekli kibice „przywitali” piłkarzy. Dostało się (werbalnie) trenerowi Jackowi Paszulewiczowi, który po sezonie odszedł. Ktoś miał też rzucać jajkami.
Rok później Widzew znów stanął przed wielką szansą. Był bardzo blisko. Do Łodzi przyjechał Znicz i nikt nie wyobrażał sobie, że gospodarze nie zwyciężą. Było trochę jak teraz – przed meczem z Piastem. Wygrana Widzewa na pewno daje osiągnięcie celu, ale nawet porażka, przy szczęściu na innym stadionie, może pozwolić awansować. Zespół, prowadzony wtedy przez Marcina Kaczmarka, zagrał koszmarny mecz.
Widzew miał przewagę liczebną, pięciu na dwóch, ale stracił gola. Fatalnie zachował się Sebastian Rudol, goście przejęli piłkę i po ładnej, dwójkowej akcji do siatki trafił Patryk Czarnowski. Na stadionie konsternacja. Widzew próbował odrobić straty i zdominował rywala, ale z jego ataków nic nie wynikało. Przegrał 0:1, a gdy sędzia zakończył spotkanie, trwał jeszcze w Katowicach mecz GKS-u z Resovią. Trzeba było czekać. GKS remisował 1:1 i miał świetną szansę, ale trafił w słupek. Ostatecznie nie wygrał, co oznaczało awans Widzewa.
Ale w Łodzi nikt nie potrafił się cieszyć. Na murawie po ostatnim gwizdku działy się rzeczy, które nie powinny mieć miejsca. Fragment książki „Widzew Reaktywacja”: „Awansujemy? To pytanie krążyło mu po głowie, gdy został w nią uderzony. Za późno dostrzegł ubranego na czarno mężczyznę w kominiarce, który w biegu wymierzył mu cios. Adam Radwański padł na murawę. Nigdy więcej nie zagrał już w Widzewie”.
Wraz z ostatnim gwizdkiem kibice Widzewa zaczęli skandować pod adresem własnych piłkarzy: „Wypierdalać!”. Później wznieśli okrzyk: „Oddajcie barwy, pajace, oddajcie barwy!”. Nagle część kibiców wbiegła na boisko. Jedni chcieli ściągnąć koszulki z graczy, którzy ich zawiedli, a inni po prostu ich zbluzgać. Dwóch przekroczyło granice – pierwszym był wspomniany człowiek w kominiarce, a drugi z fanów podbiegł do Roberta Prochownika, zabrał mu koszulkę i jeszcze uderzył w twarz.

Zamieszanie po meczu Widzew – Znicz Pruszków
Nerwowo było też później. W szatni zawodnicy uznali, że, mimo okoliczności, będą się cieszyć z awansu i nie chcą tego robić w ukryciu. Na stadionie zorganizowano zakończenie sezonu, ale radość piłkarzy nie wszystkim się podobała. Stańdo pisze w książce, że zeszła do nich grupka osób. Ktoś miał rzucić tekst: „Jak wy się świetnie bawicie”. Gdy wokół pojawiło się więcej ludzi, zrobiło się agresywnie, niebezpiecznie, ale sytuację opanowano. Później wielu osobom nie podobało się również wrzucanie przez piłkarzy zdjęć ze świętowania.
Kiedy emocje opadły, grupa kibiców „Wiara spod Zegara” opublikowała na Facebooku oświadczenie. Jego fragment brzmiał tak (pisownia oryginalna): „Po wczorajszym meczu „osiągnięty sukces” , a raczej „dar od losu” świętowali skórokopy w koszulkach z naszym herbem. Podzielacie ich entuzjazm? Nas nie dziwi ich radość. Dzięki promocji do wyższej ligi wszyscy otrzymają większą o 20% miesięczną pensję. Też byście się cieszyli gdybyście zawalili swoją robotę, a mimo tego dostali podwyżkę, co nie? Mimo wszystko zakładamy, że większości z was byłoby wtedy jeśli nie wstyd to chociaż niezręcznie, spojrzeć w oczy swojemu szefowi lub kolegom z zespołu byłoby zwyczajnie głupio. Skórokopom Widzewa głupio nie było bawiąc się do późnych godzin i wrzucając w neta fot ze świętowania „sukcesu”. Odnośnie pożal się Boże incydentu jaki miał miejsce na płycie boiska informujemy, że potępiamy takie zachowanie, a sprawca tego nikczemnego czynu powinien się samodzielnie ukamienować. Fakt, gdyby finał sezonu odegrał się w innych, radosnych okolicznościach sytuacja pewnie by się nie wydarzyła. Z tego miejsca ślemy pozdrowienia dla Roberta Prochownika. Nie traktuj tego czynu osobiście, a za wyłapany cios przeprosić powinni Cie koledzy z zespołu, którzy to głównie swoją postawą wywołali takie odruchy, za które Ty niewinnie chłopaku oberwałeś”.
Stolarek, który komentował na żywo również tamten mecz: – Po tamtych wydarzeniach było we mnie zniechęcenie i żal, że wszystko musiało przybrać taki obrót. Myślę, że zawodnicy mogli nie publikować zdjęć z radości, nie epatować nimi. Najwidoczniej nie zdawali sobie sprawy z tego, ile to kosztowało wszystkich dookoła. Można było się tym nie dzielić, zostawić to wewnątrz grupy. Ale jednocześnie nie rozumiałem głosów typu: „Lepiej już by było, gdyby nie awansowali”. Jak w ogóle można tak mówić?
Widzew Łódź – Podbeskidzie Bielsko-Biała 2:1, 22 maja 2022 roku
Osiem lat. Tyle Widzew czekał na powrót do Ekstraklasy. Ale wywalczenie go w 2022 roku wcale nie przyszło tak łatwo. Kiedy 3 maja zespół Janusza Niedźwiedzia pokonał w derbach 1:0 ŁKS na jego boisku, wydawało się, że wielkie szczęście jest o krok. A tu zimny prysznic: w kolejnym meczu klęska u siebie aż 1:4 z Resovią. Po tamtym spotkaniu prezes Mateusz Dróżdż w ostrych słowach przemawiał do zawodników w szatni. Później, w przedostatniej kolejce, Widzew pojechał do Legnicy na mecz z pewną już awansu do elity Miedzią. Przegrał 0:1, chwilę przed bramką dla gospodarzy, w 79. minucie, Juliusz Letniowski nie wykorzystał rzutu karnego. Byli tak blisko, już w zasadzie witali się z Ekstraklasą, a tu wszystko trzeba było rozstrzygnąć w ostatniej kolejce. Do Łodzi przyjechało Podbeskidzie. Żeby nie oglądać się na rywali, w tym przypadku na Arkę Gdynia, Widzew po prostu musiał wygrać.
Przed spotkaniem, wtedy najważniejszym w swojej karierze trenerskiej, Niedźwiedź postanowił trochę zawodnikom odpuścić na treningach. Uznał, że tak będzie lepiej. Widzew prowadził 1:0 już po pięciu minutach, po golu Bartłomieja Pawłowskiego. Grał nieźle, wydawał się kontrolować wydarzenia na boisku, i nawet wyrównanie, które nastąpiło w 47. minucie, nie wybiło go z uderzenia. Cztery minuty później Dominik Kun trafił na 2:1 i ten wynik utrzymał się do końca spotkania. Na stadionie euforia.
Stańdo tak opisywał w książce ostatnie minuty meczu: „Końcówka była niczym scena finałowa z hollywoodzkiego filmu. Nadzwyczajnie głośny doping do samego końca. Owacje przy każdym wślizgu i wybiciu w aut. Gwizdy, gdy goście utrzymywali się zbyt długo przy piłce. Publiczność fetująca widzewiaków naciskających defensorów rywali. Biegający do utraty tchu piłkarze. Niedźwiedź szalejący przy ławce. Stamirowski i Dróżdż wstrzymujący oddech”.
Działacze zadbali też o symboliczną scenkę po spotkaniu. Puchar za awans niósł i przekazał kapitanowi Mariusz Rachubiński – kapitan Widzewa, który reaktywowany zaczynał w sezonie 2015/2016 od IV ligi. Ubrany był nawet w koszulkę z tamtego czasu. Ładne, obrazowe, pokazujące, gdzie kiedyś był Widzew i w jakie miejsce udało się wrócić.
Michał Rydz, dziś prezes klubu, mówił po pokonaniu Podbeskidzia (cytat z „Widzew Reaktywacja”): „Przed oczami miałem prezentację u salezjan na Wodnej, tę pierwszą po upadku. Obarek (pierwszy trener Widzewa w IV lidze – przyp. red.) w legendarnym dresie, nieco odrapane mury, patio. Poczucie, że nie wiadomo, co nas czeka. Romantyczne, abstrakcyjne, ale i trudne. Przewinęło się tu mnóstwo ludzi, pokonaliśmy jeszcze więcej zakrętów, ale się udało. Widzew wrócił do elity”.

Radość Widzewa po awansie do Ekstraklasy
– Tamtego spotkania już nie komentowałem, bo niedługo przed nim skończyłem pracę w klubie. Mecz z Podbeskidziem oglądałem z poziomu trybun i był zdecydowanie inny, niż poprzednie, o których rozmawialiśmy. Czuć było pozytywną aurę na stadionie i wokół tego meczu. Wiarę w to, że zawodnicy spokojnie sobie poradzą. Zrobią to. Drużyna była poukładana, dlatego dominowało przekonanie, że nie powinno być problemów. Było zupełnie inaczej, niż teraz, przed spotkaniem z Piastem – wspomina Stolarek.
Komentator meczów Widzewa Łódź przed spotkaniem z Piastem: Boję się
Teraz Widzew znów gra o życie. Tym razem nie chodzi o awans, a o utrzymanie się w Ekstraklasie, którą przecież ten zespół, budowany za wielkie pieniądze, ma zawojować w kilku najbliższych latach. Analogii i podobieństw do opisywanych wyżej zdarzeń jest wiele: zespół wydaje się mieć duży potencjał, którego nie wykorzystuje. Zawiódł w ostatnich kolejkach. Jest dużo krytycznych głosów, dotyczących szkoleniowca i jego podejścia do spotkań, zwłaszcza tych wyjazdowych.
Niby sytuacja jest stosunkowo prosta: Widzew spadnie, jeżeli nie wygra, a jednocześnie Lechia pokona na wyjeździe zdegradowany już Bruk-Bet. Liczby, algorytmy, za najbardziej prawdopodobny uważają spadek zespołu z Gdańska (47%), ten drużyny Aleksandara Vukovicia wyceniając na 30%. Ale granie z Piastem na remis, jednocześnie czekając, co wydarzy się w Niecieczy, byłoby samobójstwem. Widzew musi naciskać, zaatakować i wygrać. Wykorzystać to, że wszystko ma w swoich rękach. Jednak po drugiej stronie będzie Piast, zespół raczej ofensywny, mający swój styl i trenera Daniela Myśliwca, który pracował w Łodzi, zna Widzew i ma sporo do udowodnienia.
Pytam Stolarka, jak podchodzi do sobotniego meczu. – Jest trochę jak przed tamtym spotkaniem ze Zniczem. Masz w składzie topowe nazwiska, ale przychodzi gigantyczna presja, z którą musisz się zmierzyć. Albo umiesz to zrobić, albo się poddajesz. Część zawodników, nawet tych potencjalnie bardzo dobrych, się poddaje. Byłem blisko Widzewa w różnych trudnych meczach i widziałem, z jak wielkim ciężarem się wiązały – tłumaczy.
I dodaje: – Nie nazwałbym się optymistą przed meczem. Boję się tego spotkania. Nie mam stuprocentowego przekonania, że ci zawodnicy są w stanie mentalnie sobie z tym poradzić. Mówią publicznie, że przecież od stycznia rozgrywają mecze o wielką stawkę, ale oni muszą teraz tak mówić. Co mogą mówić innego? Ciężko stwierdzić, co tak naprawdę myślą, co czują. Poza tym – w ilu tych meczach o dużą stawkę w tym roku udało im się naprawdę pozytywnie odpowiedzieć? No właśnie. Mam nadzieję, że zespół w meczu z Piastem się nie rozpadnie. Jeżeli się uda, będzie głęboki oddech i takie: „Uff, mamy dalej Ekstraklasę. Wyciągnijmy wnioski z tego, co było źle. Budujmy lepsze jutro na kolejny sezon”.
JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Artykuł Ulga, „skórokopy” i pobici piłkarze. Mecze o wszystko Widzewa pochodzi z serwisu weszlo.com.