26.04.2026

Sędzia nie „ustawił” meczu. To była piłkarska przepaść [KOMENTARZ]

Legia poległa w Poznaniu aż 0:4. Została w pierwszej połowie zmiażdżona, zmieciona z planszy. Nie miała zupełnie nic do powiedzenia i zupełnie nie kupuję narracji, że to wszystko przez kontrowersyjną czerwoną kartkę. Przecież już wcześniej jedni grali w piłkę, a drudzy za nią biegali. Lech pokazał w kolejnym meczu, że ma taki potencjał ofensywny, że brak mistrzostwa Polski po prostu byłby nielogiczny. Pogoni i Legii strzelił w sumie sześć goli, a spokojnie mógł załadować ich z 12-13. Marek Papszun robi, co może, ale jakościowej przepaści nie da się załatać. Trzeba skupić się teraz na meczu z Widzewem, który z różnych względów będzie najciekawszym spotkaniem między tymi drużynami od lat. 

Już widzę sporo głosów kibiców, zwłaszcza sympatyzujących z Legią, że sędzia Piotr Lasyk, razem z ludźmi na VAR-ze, skrzywdził ich zespół. Oszukał, by nie powiedzieć gorzej. I że popsuł, zniszczył to spotkanie, pokazując Rafałowi Augustyniakowi czerwoną kartkę. Że przecież wtedy było tylko 0:1 i różnie mogło się to wszystko potoczyć.

Szczerze? Czerwona kartka mnie trochę zdziwiła. Być może usłyszymy teraz jakiś przepis, wytłumaczenie tej decyzji, ale mam wrażenie, że w takich sytuacjach w 95 procentach przypadków kończy się na żółtej kartce i nawet nie rozważa się wykluczenia piłkarza.

Ale to jedna sprawa. A druga to wpływ tej kartki na wynik meczu. Hipotetyczny wpływ, nawet powiedziałbym, że rzekomy.

Ludzie, błagam. Trochę obiektywizmu. Przecież Legia, gdy jeszcze grała w Poznaniu jedenastu na jedenastu, była bezradna. Wystarczało jedno przyspieszenie zespołu Nielsa Frederiksena, by goście kompletnie się gubili. Każde niesztampowe zachowanie któregoś zawodnika gospodarzy rodziło zagrożenie, a akcja bramkowa na 1:0 była tego symbolem – Lech zrobił coś z innej półki i Legia nie wiedziała, co się dzieje i jak temu zapobiec.

Duński trener Lecha był przed spotkaniem z Legią dosyć spokojny i mówił na konferencji, że Legii będzie ciężko zatrzymać jego zespół, zwłaszcza gdy gracze Lecha będą ruchliwi z piłką. 

Te słowa okazały się prorocze.

Lecha Poznań i Legię Warszawa dzieli dziś przepaść, jeśli chodzi o piłkarską jakość

Scenka pierwsza – gol na 3:0 dla Lecha. Timothy Ouma, którego kilka razy na Weszło mocno krytykowaliśmy (słusznie) za cholernie nierozważną grę i który jest czasami odbierany jako piłkarz mocno defensywny (niesłusznie), ma piłkę przy nodze. Układa ciało tak, jakby miał zagrać w swoje lewo. Jest to tak sugestywne, że Artur Jędrzejczyk robi krok w tamtą stronę. Kenijczyk jednak błyskawicznie zmienia położenie ciała i gra do Patrika Walemarka. Legia jest zaskoczona, po chwili do siatki trafia Michał Gurgul.

Scenka druga – Ali Gholizadeh, dla mnie najlepszy piłkarz Ekstraklasy, wykonuje błyskawiczny balans, będąc przy piłce, i robi to tak, że znajdujący się obok niego Damian Szymański prawie upada na murawę. Scenka trzecia, już z drugiej połowy – Irańczyk ma piłkę po lewej stronie boiska i błyskawicznie gra do rozpędzającego się po prawej stronie… stopera, Wojciecha Mońki. Podanie jest idealne, nie dało się go wykonać lepiej, i Lech miał dużą szansę na piątego gola.

To jest właśnie to – jakość, której Lech ma pod dostatkiem, a w Legii jej bardzo brakuje i Marek Papszun musi szyć z tego, co ma. Szyje całkiem nieźle, bo jest dobrym trenerem, ale dziś jego zespół po prostu nie miał szans. Był jak Olaf Lubaszenko w tej scenie z „Psów”, krzyczący, że „nie mam, kur…, broni”. Oba zespoły, patrząc na kreatywność i indywidualne umiejętności piłkarzy, zwłaszcza w formacjach ofensywnych, dzieli obecnie przepaść.

Lech ma swoje problemy z bronieniem – to na pewno nie przypadek, że Raków i GKS Katowice strzeliły przy Bułgarskiej po trzy gole. Ale jednocześnie Kolejorz ma na środku defensywy Wojciecha Mońkę – chłopaka, który robi ciągłe postępy. W meczu z silnym i szybko grającym Szachtarem jeszcze czasami popełnia błędy, ale na poziomie Ekstraklasy błyszczy. Zobaczcie, jak ten gość świetnie wyprowadza piłkę.

Legia dzisiaj takiego piłkarza nie ma. Nie posiada też w środku pola zawodnika, odpowiedzialnego również za odbieranie piłki, który miałby potencjał na poziomie Antoniego Kozubala. Ma co prawda Kacpra Urbańskiego, którego niedawno Papszun nawet trochę pochwalił, ale to przypadek gracza, który był kompletnie bez formy, a teraz miewa tylko sporadyczne przebłyski.

Antoni Kozubal w meczu z Legią

Antoni Kozubal w meczu z Legią

A ofensywni pomocnicy Lecha? Zespół z Poznania wyszedł dziś na spotkanie kwartetem z przodu: Gholizadeh, Walemark, Leo Bengtsson i Mikael Ishak. Frederiksen ma tu taki potencjał, że sadza na ławce Luisa Palmę i to nie budzi większych kontrowersji. Mało było w ostatnich latach zespołów w naszej lidze z takim stężeniem kreatywności i błyskotliwości z przodu. W ataku jest Ishak, który może mieć dłuższy okres bez gola, ale w takim spotkaniu ładuje dwie sztuki. Po drugiej stronie Mileta Rajović, który czasem trafi do siatki, ale najczęściej jest niewidoczny albo beznadziejny. Mogło dziś zdziwić, że po czerwonej kartce Papszun zdjął nie Duńczyka, a Rafała Adamskiego, który wydaje się jednak bardziej pożytecznym piłkarzem.

Pragmatyzm Michala Gasparika i Górnika Zabrze to będzie za mało, by dogonić takiego Lecha

I jeszcze jedna rzecz – Lech rozbił dziś Legię, mając w składzie pięciu wychowanków. W pewnym momencie stanowili oni całą linię obrony, od lewej: Gurgul, Robert Gumny, Mońka i 17-letni Hubert Janyszka.

Przed tą kolejką i po meczu Jagiellonia – Górnik wydawało mi się, że jeżeli Lech ma nie zdobyć mistrzostwa Polski, to właśnie przez tracenie punktów w dwóch najbliższych spotkaniach. Sądziłem, że jeżeli ktoś może ewentualnie coś z nimi ugrać, to Legia Papszuna albo Motor  (następna kolejka) na własnym stadionie, gdzie wreszcie będzie nowa płyta. Ale nawet gdyby Lech stracił punkty w Lublinie, w co coraz mniej wierzę, Górnik musiałby wygrać wszystkie mecze do końca, co wydaje się mało realne, biorąc pod uwagę, że tam jednak wszyscy skupiają się przede wszystkim na finale Pucharu Polski.

Trzy ostatnie ligowe mecze Lecha: Arka (u siebie), Radomiak (wyjazd) i Wisła Płock (w Poznaniu). To jednak stosunkowo łatwy układ gier. A Lech jest rozpędzony – przecież w Szczecinie było co prawda tylko 2:1, a powinno być z 5:0 i pewnie by było, gdyby nie świetny w bramce Valentin Cojocaru. Tamten mecz z Pogonią wyglądał jak dzisiejszy z Legią – jakby zetknęły się dwie różne piłkarskie galaktyki. 

Bardzo cenię to, co Michal Gasparik wniósł do Górnika, ten jego pragmatyzm, który zwłaszcza w ostatnich tygodniach okazuje się być skuteczny, ale podejrzewam, że to będzie za mało, żeby dopędzić Lecha. A inne zespoły mają już za dużą stratę. Brak mistrzostwa Polski dla Kolejorza w tym sezonie byłby nielogiczny. 

Sam Gasparik mówił jakiś czas temu, że zespołem, który najtrudniej było zatrzymać Górnikowi, był właśnie Lech. Co prawda jego drużyna wygrała w Poznaniu w ćwierćfinale Pucharu Polski, ale pamiętajmy, że w końcówce broniła się jednak dość rozpaczliwie i miała sporo szczęścia.

Czeka nas najciekawszy mecz Legia Warszawa – Widzew Łódź od wielu lat

A co na dole tabeli? Wygląda na to, że w piątek wieczorem czeka nas najciekawszy mecz Legia – Widzew od lat. W ostatnich tygodniach mieliśmy narrację, zresztą słuszną, że zespół z Warszawy pod wodzą Papszuna idzie do przodu i w tym, że długo był niepokonany w lidze, nie ma żadnego przypadku, a Widzew jest nudny, pozbawiony energii i beznadziejnie słaby w graniu do przodu.

Ale zobaczcie, jaki to sezon: wystarczył jeden dzień, Legia dostaje łupnia od Lecha, Widzew zagrał jako tako (nie mówiłbym, że dobrze, to Motor przez 90 minut potrafił przeprowadzić w 90 minut tylko dwie ładne akcje) i efekt jest taki, że obie drużyny dzieli w tabeli ledwie punkt. 

Gdyby Arka wygrała jutro w Gliwicach, czego nie można wykluczyć, Legia będzie miała tylko punkt przewagi nad przedostatnią drużyną w lidze. Będzie w piątek faworytem, tym bardziej, że Widzew ma problem w środku pola, ale szykuje się granie pod olbrzymią presją. Dla jednych i drugich. I jeszcze człowiek, którego autobiografia mogłaby mieć spokojnie tytuł „Vukochana Legia”, który przyjedzie na Łazienkowską jako trener wielkiego rywala, w dodatku walczącego o życie.

Na takie mecze się czeka, po prostu.



Fot. Newspix.pl

WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:

Artykuł Sędzia nie „ustawił” meczu. To była piłkarska przepaść [KOMENTARZ] pochodzi z serwisu weszlo.com.

Czytaj najświeższe newsy ze świata piłki nożnej na topliga.pl! Topliga to najlepsze źródło wiadomości piłkarskich - liga polska, Ekstraklasa, Puchar Polski, rozgrywki ligowe, Twoje ulubione drużyny i zawodnicy. Śledź najważniejsze wydarzenia, sprawdzaj wyniki, obserwuj transfery piłkarskie, poznaj ciekawostki z polskich boisk, bądź na bieżąco. Topliga to najlepsze wiadomości sportowe przygotowane specjalnie dla Ciebie.

Polityka Prywatności Kontakt

© 2026 topliga.pl