Trzy mistrzostwa z rzędu w tak wyrównanej lidze, jak Ekstraklasa to duża rzecz. W ostatnich latach taka sztuka udała się tylko Legii, a także Wiśle w pierwszej dekadzie bieżącego stulecia. Po czasach hegemonii właśnie tych dwóch ekip wygląda na to, że wyrósł nam nowy zespół, który dystansuje stawkę i wyznacza wzorce. Lech w tym momencie musi być postrzegany jako główny kandydat do tytułu.
Lech jest kompletnym przeciwieństwem stereotypu mistrza Polski. Zamiast osłabiać, to się wzmacnia. Zamiast dziwnych, nieprzemyślanych ruchów, działania z sensem nastawione nie tylko na sukces na krótką metę, ale dlugofalowy, ciągły rozwój. Kibice ligowych rywali mogą z zazdrością przyglądać się temu, co dzieje się przy Bułgarskiej.
Tylko jakiś absolutnie niewyobrażalny kataklizm mógłby wywrócić to, co od kilku lat z dużą skrupulatnością jest budowane w Poznaniu. I właśnie ta stabilizacja sprawia, że to w lechitach widzimy największego faworyta do zgarnięcia kolejnego mistrzostwa Polski.
Lech faworytem do kolejnego mistrzostwa! Zamiast się osłabić, to jeszcze się wzmocnił
Doskonale pamiętamy jak polskie zespoły potrafiły w ekspresowym tempie się rozbroić. Do pierwszego meczu sezonu nieraz przystępowały bez wielu istotnych zawodników z poprzednich rozgrywek, którzy rozjeżdżali się na wszystkie strony świata. A to często skutkowało wstydliwymi wynikami w Europie. Lech nie dość, że się nie osłabił, to jeszcze poszedł o krok dalej.
Zespół Nielsa Frederiksena nowe rozgrywki zaczął w silniejszym zestawieniu niż kończył poprzednie. Jedyną stratą z podstawowego składu było odejście Antonio Milicia, przy czym umówmy się, przy całym szacunku do tego, co Chorwat robił przez lata spędzone w Poznaniu, młodszy już nie będzie. Coraz częściej łapały go kontuzje i potrzebował sporo czasu na dojście do formy.
Poza tym Terry Yegbe ekspresowo udowodnił, że Milić będzie miał godnego – pod wieloma względami nawet lepszego – następcę. Właśnie Ghańczyk jest jednym z przykładów tego, że Lech zadziałał inaczej niż mogliśmy się przyzwyczaić przy polskich klubach. Mistrz Polski przystąpił do sezonu z praktycznie skompletowaną kadrą.
W obecnym Lechu nie ma czegoś takiego, że w pierwszym miesiącu sezonu na stoperze gra prawy obrońca na zmianę z defensywnym pomocnikiem. Na każdej pozycji jest jakościowy zawodnik i odpowiedni konkurent, który w większości ligowej stawki spokojnie mógłby grać w pierwszej jedenastce.
Szykujące się odejście Bartosza Mrozka? Nie ma żadnego problemu, od razu sprowadzono Mateusza Lisa, którego chyba nawet można uznać za upgrade między słupkami. Nie zdziwiłoby nas, jakby niektórzy – choćby Lech sprzed kilku dobrych lat – czekali aż sfinalizuje się sprzedaż Mrozka i dopiero wtedy na szybko kombinowaliby jego następcę.
W obliczu kontuzji Aliego Gholizadeha dołożono też nowego skrzydłowego w postaci jego rodaka Allahyara Sayyadmanesha i kadrę można uznać za kompletną. No ewentualnie przydałby się jeszcze ktoś do środka pola, ale skoro taki Filip Jagiełło w tym momencie nie łapie się do pierwszej jedenastki, to znaczy, że sytuacja jest co najmniej niezła.

Oczywiście, nie jest tajemnicą, że jeszcze tego lata z klubem może pożegnać się dwóch istotnych zawodników. Zgodę na transfer mają Michał Gurgul i Antoni Kozubal. Tylko nawet, jeśli to się wydarzy, ciężko mieć poczucie, że coś się zawali. Wyjdzie Piotr Rutkowski czy Tomasz Rząsa i stwierdzi, że w sumie ten Joao Moutinho nie jest taki zły, a w razie czego i Robert Gumny może pograć na lewej obronie. Nic takiego nie będzie miało miejsca. Kibice w Poznaniu mogą być spokojni, że w klubie są przygotowani na odejście obu wychowanków i jest stworzona lista z nazwiskami konkretnych zastępców.
Lech stawia na stabilizacje. I to w pozytywnym znaczeniu
Mówiąc o tym, że Lech zbytnio nie ucierpi na stracie jednego czy drugiego zawodnika, mamy na myśli także to, że tam wszystko działa jako całość. To nie jest jakaś struktura zbudowana na jednostce (patrz Legia i Marek Papszun) i przy jej potencjalnym odejściu wszystko się wali. Wszystko jest elementem większej całości i nawet, gdy jeden z trybików wypadnie, to nie będzie większym problemem zastąpienia go nowym, być może nawet lepszym.
Zbudowano zespół, który raz, że ma wysoką jakość, a dwa – był konstruowany na podstawie ściśle określonych wytycznych, co sprawia, że tworzy drużynę, a nie jakiś zbiór jednostek. Nielsa Frederiksena otoczono sztabem na wysokim poziomie i zbudowano całe szerokie zaplecze, włącznie z prężnie funkcjonującą akademią.
To wszystko powoduje, że kolejne sukcesy nie biorą się z przypadku czy jakiegoś uśmiechu szczęścia. Są one wypadkową systemu, na jaki w pewnym momencie twardo postawili w Poznaniu.
Jednym z jego założeń jest też stabilizacja. Jak mało gdzie, przy Bułgarskiej nie wykonują nerwowych ruchów. Nawet gdy robi się goręcej, pojawia się jakiś chwilowy kryzys, to wszyscy zdają sobie sprawę, że to tylko jakieś chwilowe załamanie i nie warto zbaczać z obranej drogi. Jest konsekwentne zaufanie do tego, na co wcześniej postanowiono.
Mniej cierpliwi działacze znaleźliby już kilka momentów, w których stwierdziliby, że warto pożegnać się z Nielsem Frederiksenem. A jednak Duńczyk cały czas pracuje i to procentuje. Właśnie zaczął trzeci rok przy Bułgarskiej, co pozwala mu wyciągać wnioski z własnych doświadczeń.
A, że ta sztuka mu się udaje, widać już na starcie sezonu. W poprzednich dwóch latach jego zespół potrzebował czasu, by po ciężkim obozie przygotowawczym złapać odpowiednią formę. Teraz nastąpiły zmiany w sposobie przygotowań – o czym w ich trakcie głośno mówili sami piłkarze – i to spowodowało, że już od pierwszego meczu obserwujemy Lecha na wysokim poziomie.
Możemy też być spokojni, że gra na trzech frontach duńskiego szkoleniowca nie przerośnie. Liczba tych znaków zapytania i potencjalnych zagrożeń została maksymalnie zminimalizowana.

Tyle że ta wspomniana stabilizacja w Kolejorzu nie jest równa tej, którą znamy z niektórych innych klubów, gdzie tam oznacza dryfowanie, licząc jedynie na ciągnięcie ligowego bytu. W Poznaniu to brak rewolucji, ale przy tym spokojna i rozważna ewolucja. Tak jak w pierwszym zespole, nie zrobiono wielkich zmian, ale dołożono kilka ogniw, tak podobnie wygląda to szerzej, w klubowych strukturach.
Choćby w ostatnim czasie zatrudniono nowego trenera rezerw, mającego bogate doświadczenie z m.in. PSV Eindhoven. Wcześniej struktury wzmocnił też niezwykle uznany w środowisku Łukasz Bortnik, pełniący funkcję Head of Physical Performance. W największym skrócie chodzi o pracę z danymi dotyczącymi przygotowania fizycznego i motorycznego.
Działania na wielu różnych polach są ze sobą spójne i w połączeniu dają coraz większe pieniądze i możliwości, co przekłada się na coraz lepsze transfery, a w dalszej konsekwencji daje wyniki na boisku. Warto pamiętać, że to, co widzimy nie jest przypadkiem, a wypadkową działań całej dużej organizacji, do których zalicza się Lech.
Ligowa konkurencja nie jest bez problemów. W Lechu największym są paski na koszulce
Mimo wszystko, Lech wciąż nie jest taką siłą, by nie patrzeć w stronę ligowych rywali. Cały czas jednak musi zwracać na nich uwagę i mieć się na baczności. Tyle że ci, co są stawiani w gronie tych, którzy mają zagrozić zespołowi Nielsa Frederiksena w zdobyciu mistrzostwa, zmagają się ze swoimi problemami.
- Górnik stracił dwóch liderów środka pola, a kolejny nabawił się dość poważnej kontuzji. Nie jest wykluczone, że z klubem pożegna się też przykładowo wyróżniający się Maksym Chlań. Jeśli do końca roku Zabrzanie będą grali, co trzy dni (muszą wygrać tylko jeden z trzech dwumeczów w eliminacjach), to ciężko przypuszczać, że Michal Gasparik będzie w stanie to połączyć na tyle dobrze, by bić się o mistrzostwo.
- Raków właśnie pożegnał Brunesa i przynajmniej na kilku pozycjach kadra nie należy do najlepszych i najbardziej konkurencyjnych. Sprowadzono kilku ciekawych graczy, ale bardziej jako plan na przyszłość niż na tu i teraz. Wciąż pozostaje też zagadką, jak na dłuższym dystansie poradzi sobie Dawid Kroczek.
- Jagiellonia straciła Afimico Pululu i na ten moment nie ma klasowego napastnika, bo ciężko za takiego uznawać Nika Preleca. Skończyło się też wypożyczenie Bartłomieja Wdowika, sprzedany został Bartosz Mazurek. Ogólnie mówiąc, kadra nie powala na kolana. Zwłaszcza, że wydaje się na ten moment słabsza niż w ostatnim sezonie, a w nim i tak wielkiego szału nie robiła.
- Widzew wciąż pozostaje nieodgadniony. Poprzedniego sezonu już raczej nie powtórzy, ale mimo wszystko tych znaków zapytania pozostaje zbyt wiele, by mówić o nim jako poważnym kandydacie do zdobycia tytułu.
- O opłakanej sytuacji Legii powiedziano już wszystko i ciężko ją traktować na tyle poważnie, jak niektórym wciąż się wydaje. W szeroko pojętej czołówce głównie utrzymuje ją osoba Marka Papszuna, na którego barkach spoczął cały ciężar. W Warszawie jest jedyną nadzieją na to, że dzięki jego pracy uda się zakręcić na miejscach w okolicach podium.
Dobrym kontrastem pozostaje do tego to, że w ostatnim czasie największymi problemami w Lechu była przedłużająca się kwestia wizy dla Allahyara Sayyadmanesha, przez co na zgrupowaniu we Wronkach pojawił się kilka dni później oraz to, że niektórym nie spodobały się paski na domowych koszulkach na nowy sezon.
Lech w tym momencie jest co najmniej dwa kroki dalej niż reszta stawki i ucieka szybciej niż reszta goni. Bezsprzecznie jest głównym kandydatem do kolejnej obrony tytułu i nie ma wątpliwości, że każdy inny wynik zostanie w Poznaniu uznany za porażkę.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix
Artykuł Lech odjeżdża lidze. Trzecie mistrzostwo z rzędu nie będzie zaskoczeniem pochodzi z serwisu weszlo.com.