Niedawno zakończony program „Hit the Mic. Zostań komentatorem!”, który wyemitował Canal+ wzbudził duże zainteresowanie i wiele emocji wśród widzów. Jego zwycięzcą został Krzysztof Zimoch. W nagrodę dostał pracę w redakcji Canal+ Sport i skomentował już cztery mecze Ekstraklasy. W najbliższej kolejce czekają go dwa kolejne: Piasta Gliwice z Cracovią i Śląska Wrocław z Wieczystą Kraków.
W rozmowie z Weszło Zimoch opowiada o tym, jakie błędy dostrzega u siebie po pierwszych tygodniach w nowej roli, które sytuacje z programu jego zdaniem były przerysowane na potrzeby fabuły, po którym wypowiedzianym zdaniu poczuł ciary zażenowania, dlaczego jego zdaniem praca komentatora bywa przeceniana i jak odnajduje się w ciągłych porównaniach do swojego ojca – Tomasza Zimocha. Zapraszamy.
*
Kiedy dowiedziałeś się o wygraniu „Hit the Mic. Zostań komentatorem!”? Bezpośrednio po meczu Lech Poznań – Raków Częstochowa, który komentowaliście osobno ty i Michał Siwek?
Tak, ogłoszenie zwycięzcy nastąpiło w tym samym dniu, jakoś 3-4 godziny po spotkaniu.
Spodziewałeś się wtedy, że stosunkowo szybko pojawisz się na prawdziwej antenie w meczach Ekstraklasy?
Nie miałem pojęcia, jaki dokładnie jest plan. Chyba na wstępie nie zostało to sprecyzowane. Ustaliliśmy jedynie, że kontrakt obejmuje ten sezon i do czerwca realizujemy nagrodę, a ciąg dalszy będzie wynikiem tego, jak się sprawdzę. Moją ambicją jest bycie częścią tej redakcji na dłużej.
Krzysztof Zimoch: W debiucie stres dało o sobie znać
Jakie wrażenia miałeś po debiucie w meczu Cracovia – Zagłębie Lubin? Dopiero po mniej więcej dwóch kwadransach zorientowałem się, że za mikrofonem jest ktoś nowy, brzmiałeś naturalnie.
Zaraz po meczu miałem poczucie wstydu. Dzień po meczu „kaca”. A w poniedziałek na nowo czułem mobilizację, żeby pokazać się z jak najlepszej strony przy spotkaniu GKS-u Katowice z Wieczystą Kraków. Dały o sobie znać stres i świadomość, że to wszystko naprawdę się dzieje, że pracuję w Canal+. Dotarło do mnie, że właśnie ukoronowałem tych sześć miesięcy między zgłoszeniem się do programu a końcowym zwycięstwem.
Miałem szczęście, że debiutowałem u boku Michała Treli, który ma bardzo, bardzo dużą wiedzę o piłce nożnej. Może nawet lekko mnie to deprymowało, bo czułem, że wychwyci jakieś moje niedostatki w tej materii, nawet jeśli nie powie mi o nich głośno. Po meczu Michał bardzo merytorycznie mnie zrecenzował. Wziąłem sobie do serca jego wskazówki.
Co ci powiedział?
Powiedział na przykład, żebym zachował spokój w sytuacji, gdy nie jestem w stanie natychmiastowo wymienić strzelca gola. Tak miałem przy bramce Aleksa Ławniczaka. Głos mi się zawiesił. Mózg podpowiada, żeby od razu przekazać nazwisko, a ty nie jesteś w stanie. Trzeba to więc sprytnie zamarkować, żeby nikt się nie zorientował. Michał doradził też, żebym unikał takich zwrotów jak „niestety” czy „na szczęście”, bo to zawsze nas trochę pozycjonuje względem jednej lub drugiej drużyny. Albo mówienia o kiepskim fragmencie meczu w wykonaniu danego zawodnika, bo nieraz po chwili właśnie ten zawodnik strzela gola i cała nasza recenzja idzie do śmieci. Wskazywał mi także na złe odmienianie niektórych nazwisk, a z Hasicia w pewnym momencie zrobiłem „Ajdicia”.
Chciałem o tym wspomnieć. W doliczonym czasie dwa razy to usłyszałem.
Podobny błąd przytrafił mi się podczas meczu w Katowicach. De la Rosę z Wieczystej pomyliłem z Kacprem Łukasiakiem z GKS-u. Akcję przeprowadzali gospodarze, a ja mówiłem o De la Rosie, bo zakodowałem sobie jego pozycję i wygląd, a tamten zawodnik był do niego podobny. To są wpadki, których bardzo chciałbym się wystrzegać, a które niestety zdradzają, że jeszcze jestem na początku komentatorskiej drogi. Mam nadzieję, że szybko się z nimi uporam.

Generalny odbiór masz jednak pozytywny?
Tak, chociaż jestem z natury bardzo krytyczny wobec siebie. Rzadko jestem zadowolony ze swojej pracy. Przeważnie widzę rzeczy, które muszę poprawić. Nad tymi miłymi rzeczami raczej się nie zatrzymuję, bo to może być zgubne i przestanę się skupiać na tym, co trzeba dalej szlifować. Cenię krytyczne głosy, które dostaję na X czy bezpośrednio od szefów w Canal+. Wierzę, że po kilku następnych meczach na rozbieg, dalej będzie już tylko lepiej.
Krzysztof Zimoch: Im dalej zachodziłem, tym bardziej mi zależało
Na razie jesteś pomijany przy meczach Widzewa. Nie ma w tym przypadku, bo kiedyś współpracowałeś z jego klubowymi mediami?
Myślę, że jest to brane pod uwagę. Delikatnie mi zasugerowano, że na razie będzie dla mnie bezpieczniej, jeśli nie będę pracował przy Widzewie. Tak łatwiej uniknąć zarzutów o stronniczość. Jeśli z czasem okaże się, że przy ligowym mikrofonie czuję się już jak ryba w wodzie, to zapewne pojawi się też możliwość komentowania Widzewa. Zresztą, zawsze może wydarzyć się coś nieprzewidzianego i awaryjnie trzeba będzie dzwonić do Zimocha, który na co dzień jest na miejscu w Łodzi.
Po uczestnikach programu „Hit the Mic” mniej lub bardziej widać było, że się stresują. Po wszystkim potrzebowałeś czasu na całkowity reset i schowanie się do szafy?
Z tą szafą trafiłeś, bo studio lektorskie mam w szafie – dosłownie. Często więc używam zwrotów „wyjść z szafy” czy „schować się w szafie” i niektórzy się zastanawiają, o co chodzi.
Co do stresu, najmniej go odczuwałem podczas pierwszego etapu. Pamiętam, że był to długi, bardzo gorący i duszny dzień. Nie miałem już sił, żeby sobie jeszcze dokładać obciążeń stresowaniem się. Wyszedłem z założenia, że fajnie w ogóle się tu znaleźć wśród szesnastu wybranych osób, na nic szczególnie nie liczę, byleby pokazać się z jak najlepszej strony. Mam wrażenie, że byli uczestnicy, u których stres dał o sobie dać w znacznie większym stopniu. Ale im bliżej finału, mocniej się wczuwałem w ich sytuację, coraz bardziej zaczęło mi zależeć. W finale stres był bardzo duży, jednak i tak największy miałem w Krakowie podczas debiutu na antenie.

Co czysto warsztatowo stanowiło największe wyzwanie podczas programu: pierwsza próba przed jury, mecz ze stadionu, skrót, symulacja multiligi?
Trudno mi tu ułożyć kolejność. Na pewno ostatnie zadanie, czyli komentowanie ze stadionu, najlepiej pokazywało pełnię naszych możliwości. Wszystko inne było trochę rzeczywistością reality show. Nie chcę mówić, że zakrzywieniem, ale czy komentując trzyminutowy fragment meczu musisz pokazać pełnię swoich emocji i wydrzeć się jak najgłośniej? No chyba nie o to chodzi. A siłą rzeczy każdy z nas chciał się wtedy sprzedać jak najlepiej. W multilidze podobnie. Byliśmy podzieleni na cztery duety, słyszało się pozostałe trzy i pewnie chciało się na ich tle jakoś wyróżnić. W skrótach sprawdzana była zupełnie inna paleta umiejętności – praca z montażystą i „skomentowanie” tego materiału w studio przed jurorami i publicznością. Bardzo sterylne zadanie. Mieliśmy świadomość, że w rzeczywistości to tak nie wygląda, co mogło potęgować tremę.
Krzysztof Zimoch: Te słowa Michała Kołodziejczyka mnie zaskoczyły
Michał Kołodziejczyk w podcaście Łukasza Kadziewicza nie ukrywał, że to jednak show, że pewne rzeczy i sytuacje zostały lekko przerysowane. Miałeś przeświadczenie, że zawiera się to również w uwagach, które otrzymywali uczestnicy? Ty kilka dość konkretnych dostałeś.
Najkrócej mówiąc: tak, miałem takie wrażenie. Byłem w szoku, gdy widziałem, jak shortsy z poszczególnych etapów zaczynają stawać się viralem i żyć swoim życiem. Chyba dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że odbiór danej sceny u widzów jest zupełnie inny niż na żywo. Przykładem ten dialog z pierwszego etapu, gdy Michał mówi, że „Krzysiek jest de facto gotowy do pracy, ale ja nie wiem, czy chcę gotowca, czy kogoś do ukształtowania”. To było trochę wycięte z kontekstu. Nie jestem gotowym, skończonym produktem. Dopiero się uczę, muszę wiele rzeczy doszlifować. A jednocześnie nastawienie Michała do mnie nie było takie, jak można było wywnioskować na podstawie takiej krótkiej scenki. Niektóre rzeczy odbieraliśmy zupełnie inaczej podczas nagrywania niż potem widzowie podczas oglądania.
„Krzysiek de facto jest gotowy do pracy”, ale….
Zdobyć zaufanie kompletu jury w Hit the Mic nie jest łatwo, ale @ciekawski27 podjął to wyzwanie
„Hit The Mic” oglądaj w CANAL+: https://t.co/qeXhGmghL9 https://t.co/qHvRge0Get
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) September 15, 2026
Czyli gdy Michał Kołodziejczyk po jednym z etapów zarzucił ci przeświadczenie, że już nie musisz się rozwijać, wiedziałeś, że jest to wypowiedź nieco podkręcona na potrzeby fabuły?
Wtedy akurat się zdziwiłem i zastanawiałem, na czym oparł tę opinię. Wydaje mi się, że raczej nie sprawiałem wrażenia kogoś, kto pozjadał wszystkie rozumy świata. Słyszałem potem wypowiedź Michała z tego podcastu, że czuł, że chcę się na niego rzucić. Wiadomo, że w takich programach dochodzi element „reżyserii”, ale na pewno byłem zaskoczony tą wypowiedzią. Najwidoczniej to był jeden z tych momentów, który miał ubarwić emocjonalnie poszczególne sceny.
Najwięcej uwag miano do ciebie po symulacji multiligi, sugerując, że za wszelką cenę chciałeś przekazać na antenie coś, co wcześniej sobie zaplanowałeś. Chodziło o tę włoską sentencję. Dużo metodyczności, mało spontaniczności – te uwagi chyba zabrzmiały wiarygodniej.
Zaraz po wypowiedzeniu tej sentencji czułem ciary zażenowania w stosunku do siebie. Od razu wiedziałem, że pewnie jury zwróci na to uwagę, choć po cichu liczyłem, że produkcja wytnie tę scenkę podczas montażu. No niestety nie i wszystko poszło (śmiech). Nie żebym się bronił, ale pokaż mi komentatora, który czasem czegoś sobie nie przyszykuje pod dany mecz. Nie wszystkie porównania czy analogie przychodzą spontanicznie, część na pewno jest zaplanowana. Natomiast faktem jest – bodajże Michał Mitrut o tym wspomniał – że warto nastawić się, żeby niczego nie dokładać na siłę. Jeśli ktoś sprawdza się w danym zadaniu, dodatkowe staranie się o wyróżnienie na tle innych może ci zaszkodzić. Lepsze jest wrogiem dobrego i chyba muszę to zapamiętać.
Krzysztof Zimoch: Część widzów miała inne wyobrażenie, czym ten program powinien być
Tak szczerze: przed finałem nie czułeś przewagi warsztatowej nad Michałem Siwkiem? Dość szybko odniosłem wrażenie, że on właśnie bardziej pasuje do pracy reporterskiej czy studia meczowego niż do komentowania. Czułeś, że będziesz w swoim żywiole w większym stopniu niż on?
Do chwili wyemitowania pierwszego odcinka nawet nie słyszałem tego, jak Michał komentował. Obserwowaliśmy jedynie półfinał i pracę nad skrótem, ale to nie było nic miarodajnego w kontekście komentarza na żywo. Nie wiedziałem, jak wypadł w pierwszym etapie i podczas multiligi, bo znalazł się w innej czwórce. Nie mogłem więc realnie ocenić jego potencjału, podobnie jak on mojego. Druga sprawa – bez fałszywej skromności, byłem ogromnie zaskoczony werdyktem w półfinale. Nie rozumiałem, dlaczego właśnie ja przeszedłem do ostatniego etapu. Uważałem, że mi wtedy po prostu nie poszło. Jak mówiłem, jestem bardzo krytyczny wobec siebie. Oczywiście dostrzegam też u siebie dobrze rzeczy, ale po półfinale byłem mocno zaskoczony, że nie odpadłem. Słysząc sposób operowania głosem przez Michała i widząc jego wiedzę, nie sądziłem, że akurat ja wygram.
Myślę, że generalnie ten program nie miał jasno wytyczonych kryteriów. Moim zdaniem powstał po to, żeby redakcja Canal+ znalazła kogoś, kto zwyczajnie najbardziej jej pasuje. Niekoniecznie musiał to być ktoś o najlepszym głosie, największej wiedzy czy najlepszej prezencji, tylko ktoś, kto ma taką wypadkową wszystkich cech, że w największym stopniu odpowiada aktualnym potrzebom stacji. Mogłem założyć, że każdy werdykt będzie w jakiś sposób uzasadniony.

No właśnie. To nie twój problem, ale pojawiało się wiele głosów, że program odszedł od swoich pierwotnych założeń, choć może ludziom tylko się wydawało, że takie były. W półfinale mieliśmy już wyłącznie osoby doświadczone w pracy za mikrofonem, a wielu oczekiwało takich postaci jak ten kierowca ciężarówki z Austrii, zaczynający niemalże od zera.
Łukasz Piszczek, odpowiednie nazwisko już ma. Moim zdaniem wypadł super. Liczę, że nasze drogi jeszcze gdzieś się przetną. Rozumiem argumenty, o których wspomniałeś, choć nie do końca potrafię określić, co w tym przypadku oznacza posiadanie lub nieposiadanie doświadczenia. Czy Antek Stonoga, który od 2-3 lat komentuje mecze na streamach, jest osobą z doświadczeniem czy nie? Ja od lat pracuję w radiu, to prawda, ale nigdy nie zajmowałem się wyłącznie sportem. On był raczej na uboczu. Michał Siwek nigdy wcześniej nie skomentował meczu na żywo. Jak to zmierzyć? To budziło moje wątpliwości przy czytaniu takich uwag, ale poniekąd je rozumiem, bo chyba nie było wcześniej takiego programu w Polsce. Brakowało punktu odniesienia i najwyraźniej część widzów miała inne wyobrażenia, czym tego typu format powinien być.
Echa tego programu poszły dalej, bo rozgorzała dyskusja, czym w istocie jest samo komentowanie i czy nie zrobiono z niego jakiejś niemalże nadludzkiej umiejętności. Podczas „Hit the Mic” często padały stwierdzenia, że jakiś mecz czy stadion trzeba „udźwignąć”, z czym ostro polemizował na swoim kanale Mateusz Święcicki.
Myślę, że całościowo w Polsce trochę za dużo uwagi poświęcamy dyskusjom nad tym, jak istotny jest komentator podczas meczu. Może się mylę, ale mam wrażenie, że w krajach jeszcze mocniej rozemocjonowanych piłką nożną nie rozmawia się aż tyle nad tym, jaki jest jeden czy drugi komentator. To jest super praca, o której marzy wiele osób i może niektórym wydaje się, że ona nadaje ci jakiegoś niesamowitego statusu społecznego i ocierasz się o celebryctwo. Tutaj zgadzam się ze „Świętym”, że trochę przeceniamy ten zawód.
Co nie znaczy, że nie wymaga on określonych umiejętności. Nawet po tych kilku meczach widzę, jakie to trudne, żeby zachować skupienie i się nie zdekoncentrować. Znajomi pytają „wow, skąd ty wiesz, kto jest przy piłce?”. No właśnie dlatego, że jestem maksymalnie skupiony, ale to też jest wysiłek. Może kiedyś skomentuję hokej na lodzie – to dopiero byłoby wyzwanie, żeby nadążyć za wydarzeniami. Musisz więc mieć umiejętności, przygotowanie, znajomość przepisów i kwestii taktycznych. No i odpowiedni zasób słów, żeby jakoś ten mecz opowiedzieć i nie być „generatorem nazwisk”. Czasem zarzuca się komentatorom ten niemiecki sznyt: Nowak, Klemenz, Wdowiak, Nowak i tak dalej.
Niektórzy właśnie takiego komentarza oczekują. Nigdy nie zaspokoi się wszystkich preferencji.
No właśnie. Po kilku meczach mam do siebie zarzut, że chwilami jeszcze zbyt mocno komentuję radiowo i myślę dźwiękiem zamiast obrazem. Mam potrzebę zagadywania ciszy, co wiele osób drażni. Staram się mówić trochę mniej, bo wiem, że ludzie chyba najbardziej kupują komentatora, który nie przeszkadza i jakoś tam im towarzyszy. Takiej zasady chcę się trzymać. Nawet jeśli nie będzie kwiecistych porównań i wejścia na poziom emocji topowych komentatorów, to przynajmniej nie chcę irytować. Na początku to już dużo.

Krzysztof Zimoch: Może za kilka lat pytania o tatę znikną
W trakcie programu wskazywano, że komentator musi znać przepisy i podstawy taktyki, mieć bogate słownictwo. Gdzie dostrzegasz największe rezerwy?
Jeśli chodzi o wiedzę, wiem, że mam konkretne braki do uzupełnienia. Nie mam zamiaru wypełniać roli „dwójki” i być analitykiem czy bankiem informacji, ale główny komentator też musi rozumieć, o co chodzi w tym bieganiu za piłką. W radiu zajmowałem się również tematami społecznymi, religijnymi, kryminalnymi i tak dalej, przez co nie siedziałem w piłce aż tak mocno jak dziennikarze typowo piłkarscy. Dziś z dużą uwagą śledzę wydarzenia w poszczególnych ligach i klubach. Moja wiedza rośnie, bo za chwilę będę z niej rozliczany. Muszę znać historie piłkarzy, różne konteksty, ale pewnie niektóre braki w najbliższym czasie jeszcze kilka razy wyjdą. Postaram się, żeby dochodziło do tego jak najrzadziej.
Będziesz trzymał się Ekstraklasy czy możliwe są ligi zagraniczne?
Nie składano mi żadnych obietnic. Ja powiedziałem, że jak najbardziej chciałbym się sprawdzić w innych ligach, nie ma problemu. Jestem też gotowy do pracy stricte redakcyjnej. Chcę pracować w redakcji jako takiej, pomagać reportersko, przy przygotowywaniu skrótów. Fajnie, że mogę komentować, ale docelowo chciałbym, żeby była to tylko część moich obowiązków. Redakcje potrzebują również ludzi uniwersalnych, mogących pomóc na wielu polach.
Wspominałeś, że zajmowałeś się tematami społecznymi czy religijnymi. To rzeczy ci bliskie czy po prostu brałeś to, co jest do zrobienia?
Raczej czułem, że biorę temat dotyczący czegoś ważnego. Lubię pracować tam, gdzie dzieją się rzeczy istotne. To chyba przez to, że zaczynałem jako reporter w lokalnym Radio Łódź. Gdzieś doszło do pożaru – jechałeś, siedziałeś na krawężniku i robiłeś relacje. Takie nastawienie mi zostało, teraz chcę je przerzucić na grunt piłkarski. Michał Trela w jednym z tekstów napisał, że mecz trzeba komentować ze świadomością, że dla kibiców jednego czy drugiego klubu ich drużyna jest najważniejsza na świecie. Nie wolno o tym zapominać, nawet jeśli jedziesz w poniedziałek wieczorem do miejsc, które nie przyciągają największej widowni. Po drugiej stronie jest ktoś, dla kogo to mecz numer jeden w całym tygodniu i chce usłyszeć, że jesteś w niego zaangażowany.

Co do samego „Hit the Mic”, jak wyglądała wstępna selekcja? Wysyłaliście głosówki?
Pierwszym etapem castingowym był kilkuminutowy fragment meczu Lech – Termalica z golem Gholizadeha, który należało odpowiednio skomentować. Do tego parę słów o sobie i swoich motywacjach. Całość nagrywałeś i wysyłałeś. Potem otrzymaliśmy zaproszenie na casting do Warszawy. Tam też był fragment meczu do skomentowania i test wiedzy. W oparciu o to wyłoniono naszą szesnastkę, która trafiła do programu.
Wiem, że często jesteś pytany o ten wątek, dlatego specjalnie zostawiłem go na koniec…
A już myślałem, że się obejdzie!
Sprawa nazwiska, jesteś synem Tomasza Zimocha. Teraz pewnie dobrze wiesz, jak się czują młodzi zawodnicy, którzy mieli za ojców znanych piłkarzy. Ciągle czuli, że muszą coś udowadniać i pokazywać, że są w określonym miejscu nie ze względu na korzenie rodzinne. Ty w programie wyraźnie odcinałeś się od zawodowej przeszłości taty, ale chyba musisz mieć wkalkulowane, że te porównania i szpileczki jeszcze długo będą się pojawiały.
Z jednej strony strasznie mnie to wkurza, że ciągle muszę ten temat poruszać. A z drugiej, mam bardzo mądrego ziomka, który mówi: – Stary, ale o co ci chodzi? Sam tego chciałeś. Wszedłeś do zawodu, w którym takie skojarzenia będą naturalne. Ja już chyba przestałem mieć pretensje do ludzi, że o to pytają. Chcę jednak być oceniany przez pryzmat swojej pracy. Może kiedyś będę mógł zapytać Wojciecha Szczęsnego, kiedy przestał być postrzegany wyłącznie jako syn Macieja. Raczej szybko, bo zrobił o wiele większą karierę i jest znakomitym bramkarzem. To wzorzec, do którego dążę: pracować tak, żeby ludzie zapomnieli, czyim jestem synem i widzieli, że to Krzysiek Zimoch. A te powiązania rodzinne – jeśli ktoś jeszcze będzie o nich pamiętał – staną się co najwyżej ciekawostką w tle.
Czas działa na twoją korzyść, że tak to określę. Pokolenie dzisiejszych 15- czy 20-latków raczej już nie kojarzy Tomasza Zimocha.
No to może jeszcze kilka lat i takich pytań już nie będzie (śmiech).
rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix/materiały prasowe Canal+
Artykuł Krzysztof Zimoch: Po tej wypowiedzi poczułem ciary żenady [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com.



„Hit The Mic” oglądaj w CANAL+: https://t.co/qeXhGmghL9 https://t.co/qHvRge0Get