Adrian Siemieniec był trenerem bez jakiejkolwiek skazy. Aż do dziś, 10 września. Ta afera nie zmieni jego statusu w polskiej piłce, ale podaje w wątpliwość to, co miało być jednym z największych atutów złotego dziecka polskiej trenerki – zwykłą ludzką przyzwoitość.
Szkoleniowiec Jagiellonii przekroczył granicę. Jego wiadomości do sędziego Kamila Wójcika opublikowanych przez WP Sportowe Fakty nie da się w żaden sposób obronić i wytłumaczyć. Tak w wymiarze przepisów, etyki sportu, jak i rzeczonej ludzkiej przyzwoitości. Trener nie ma prawa wystosowywać próśb do sędziów o to, by był przez nich traktowany preferencyjnie. Nawet jeśli to tylko z pozoru niewinna prośba o to, by go ostrzec.
Z jakiego niby powodu sędzia Raczkowski, albo jakikolwiek inny, miałby ostrzegać Adriana Siemieńca, a siedemnastu pozostałych ligowych trenerów już nie? Po pierwsze – to w ogóle nie jest jego zadanie. Sędzia jest od oceniania, a nie pomagania. Po drugie – wszyscy powinni być traktowani równo. Po trzecie – proszenie o to przed meczem wprowadza atmosferę, która nigdy nie powinna panować pomiędzy trenerem i sędzią.
Załóżmy przez moment, że sędzia Raczkowski zgadza się na prośbę szkoleniowca i co jakiś czas przekazuje w stronę ławki uwagi, że danemu piłkarzowi sporo się już nazbierało i zaraz może dostać kartkę. W teorii niewinna pomoc, przecież nie gwiżdże pod niego, a tylko dzieli się swoimi przemyśleniami na temat skali przewinień piłkarzy…
W praktyce taki trener ma zwyczajnie łatwiej. Niewiele łatwiej, ale jednak łatwiej. Takie podpowiedzi w jakiś sposób ograniczałyby ryzyko otrzymania kolejnych kartek. Szkoleniowiec doskonale wiedziałby, w którym momencie ma zrobić zmianę, bo takie podszepnięcie byłoby swoistym ostatnim ostrzeżeniem. Nie musi poświęcać swojej uwagi na czytanie gry. Nie musi oszczędzać zagrożonych piłkarzy. Może zjeść ciastko i mieć ciastko.
Jeśli Jagiellonia nie chciała stresować się przed kluczową kolejką, to miała do tego wyłącznie jedną drogę – mogła po prostu nie łapać kartek. Żaden trener nie ma prawa wymagać, że jakiś arbiter będzie go traktował inaczej niż jakiegokolwiek innego. Nawet trener, który ma z sędziami na pieńku, musi być traktowany na tych samych zasadach. Oczywiście, w jego przypadku droga do wyproszenia z ławki na trybuny może być krótsza, ale co do zasady jego zespół musi funkcjonować według tych samych reguł.
Adrian Siemieniec może mówić o szczęściu, że ma (miał) krystaliczny wizerunek, bo ta afera rozejdzie się po kościach. Oczywiście, pewnie zostanie ukarany, ale nie sądzę, by skończyło się to poważnymi konsekwencjami, czyli długim zawieszeniem czy ostracyzmem. Gdyby jednak czegoś takiego dopuścił się inny trener – na przykład Marek Papszun – mielibyśmy kompletną jazdę ze wszystkich stron.
Inną sprawą jest to, że nieprzypadkowo – o czym piszą autorzy materiału: Dariusz Faron i Szymon Jadczak – sprawa wypłynęła akurat po 53 dniach od meczu GKS-u Katowice z Jagiellonią. Kamil Wójcik zarzucał kierownictwu sędziów mobbing i groźby. Kulesza miał ponoć proponować mu przywileje w zamian za rezygnację z zawiadomienia prokuratury. Jego korespondencja z Siemieńcem trafiła do rzecznika dyscyplinarnego dokładnie w momencie, gdy ten złożył do prokuratury zawiadomienie przeciwko Marcinowi Szulcowi i członkowi kolegium sędziów. Wcześniej przetrzymywano ją, a następnie wykorzystano do nacisku na sędziego, by uciszyć jego oskarżenia.
I są to metody jak z jakichś komunistycznych reżimów, nieprzystające do XXI wieku. Ale oczywiście nie może zamazywać to istoty sprawy, która mówi, że Adrian Siemieniec po prostu wyraźnie przekroczył granice.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Artykuł Duże rozczarowanie Adrianem Siemieńcem [KOMENTARZ] pochodzi z serwisu weszlo.com.