Widzew Łódź nie zaczął tego sezonu od totalnego falstartu, ale też zbytnio nie ma za co chwalić. Domowy remis z Motorem Lublin to w najlepszym razie minimum przyzwoitości, a pewnie i tak znajdą się tacy, którzy uznają ten wynik za dowód na to, że sprawy znów idą w złym kierunku. I będą mieli argumenty.
Motor przecież przystąpił do rywalizacji po letniej rewolucji kadrowej i zmianie trenera. Czternastu zawodników odeszło, z kolei tylko sześciu przyszło i to w większości dość późno. A i tak goście mają pełne prawo do przeświadczenia, że spokojnie mogli ten mecz wygrać.
Widzew Łódź – Motor Lublin 2:2. Jedni i drudzy z niedosytem
Widzew potrafił dziś sporo wykreować. Gdy stracił gola, szybko odrobił straty po świetnej akcji Alvareza z Baeną i finalizacji głową Fornalczyka (już ma tyle samo goli co w całym poprzednim sezonie). Niedługo potem Łodzianie prowadzili, bo Mateusz Łęgowski dostał piłką w wyciągniętą rękę, mimo że nie mógł być zaskoczony dograniem Fornalczyka i sędziowie po analizie VAR podyktowali rzut karny. Analizie, która podobnie jak w Częstochowie trwała krótko, kiedy już arbiter podszedł do monitora, za to strasznie długo czekaliśmy na decyzję o potrzebie obejrzenia powtórek, co z perspektywy widza było zwyczajnie irytujące. Jest nad czym pracować w kontekście centralnego VAR-u, z którego zaczęto korzystać.
Jedenastkę pewnie na gola zamienił Sebastian Bergier, który odkupił winy za wcześniejszego samobója z początku spotkania. Wtedy to po dośrodkowaniu Ivo Rodriguesa zupełnie nie zorientował się w swoim położeniu i trącił piłkę głową tak, że w dość efektowny sposób pokonał Bartłomieja Drągowskiego.
Drągowski miał co robić
I właśnie taki był tego dnia Widzew. Z przodu trochę się działo. Krajewski pewnie do teraz zastanawia się, dlaczego nie padła bramka, kiedy znalazł się praktycznie sam przed Popą po kapitalnym podaniu Alvareza. Zamiast strzelać, zdecydował się na dogranie, którego nikt nie był w stanie zamknąć. Bergier w drugiej połowie przegrał pojedynek z nowym bramkarzem Motoru, choć tu pewnie sprawdzalibyśmy spalonego. Kilka razy było groźnie po stałych fragmentach, a Thomas Santos bohatersko blokował strzały Kornviga i Fornalczyka.
Jednocześnie Widzew na naprawdę sporo pozwalał Motorowi z przodu, zwłaszcza po zmianie stron. Karol Czubak po pierwszej połowie praktycznie został odcięty od grania. Miał osiem kontaktów z piłką, pięć strat, dwa celne podania, jeden wygrany pojedynek na pięć. Za to niemal od razu po rozpoczęciu drugiej połowy Wiśniewski zawalił wyprowadzenie od tyłu i Czubak powinien mieć asystę, tyle że Ndiaye przegrał pojedynek z Drągowskim. Sposób na niego znalazł dopiero chwilę później, pięknie uderzając od słupka. Podopieczni Aleksandara Vukovicia jeszcze przez kilka minut po przerwie w praktyce zostali w szatni.
Na tym szanse Motoru się nie kończyły. Ronaldo z bliska trafił w Drągowskiego po kombinacji Czubaka i Rodriguesa, a w końcówce Santos obił słupek po próbie z dystansu. To byłby cudowny gol. No i nie zapominajmy, że już w 1. minucie Drągowski pokazał klasę po sytuacyjnym strzale debiutującego Bourhane. Przyjezdni niby grali zachowawczo w wielu momentach, prosiło się o odniesienia do Wisły Płock Mariusza Misiury z poprzedniego sezonu, ale sumując te sytuacje, było ich dużo.
Niewiele dało wejście Karola Świderskiego, a Mario Garcia siedział na ławce. Nowi zawodnicy na starcie mało znaczą dla Widzewa, który nie wysłał sygnału, że w najbliższych kolejkach będzie grał dużo lepiej niż ostatnio. Motor natomiast pokazał, żeby nie panikować z jego sytuacją kadrową. Nadal jest na czym budować.
5
Zmiany:
Legenda
Żółta kartka
Czerwona kartka
Dwie żółte / czerwona kartka
Zdobyte gole
Gole samobójcze
Asysty
Asysty drugiego stopnia
Ocena meczowa
Plus meczu
Minus meczu
Zawodnik zmieniony
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix
Artykuł Widzew z Motorem jak Bergier pod obiema bramkami pochodzi z serwisu weszlo.com.