25.07.2026

Flis: ŁKS robił mi czarny PR po odejściu, kłamali o moim zdrowiu

Trochę po cichu Marcin Flis w wieku 32 lat wrócił do Ekstraklasy jako piłkarz Wisły Płock. Bardzo długo trudno było zakładać taki scenariusz. Doświadczony obrońca latem 2024 roku z hukiem spadł z ŁKS-em, w którym od pewnego momentu już w ogóle nie grał. Potem przez pół roku pozostawał bezrobotny, aż zakotwiczył w desperacko walczącej o pozostanie w Betclic 1. Lidze Pogoni Siedlce i tam napisał niesamowitą historię, dzięki której jeszcze raz sprawdzi się w elicie. A był już przygotowany na to, że być może przyjdzie mu zakończyć karierę.

W rozmowie z Weszło Flis opowiada o tych wydarzeniach. Dlaczego tak długo pozostawał bez klubu? Czemu w Łodzi nie było szans na utrzymanie? Do jakich patologii tam dochodziło i jak kłamano na jego temat? Jak utrzymał świetną formę fizyczną bez treningów zespołowych? Skąd pomysł na strzelanie rzutów karnych, skoro przed Pogonią wykonał jednego i przestrzelił? Czy Adam Majewski w Płocku był koronnym argumentem? Zapraszamy.

*

Gdy jesienią 2024 rozmawialiśmy podczas twojego bezrobocia, chyba byś się tylko uśmiechnął na pytanie o ewentualny powrót do Ekstraklasy. 

Na pewno moja sytuacja była wtedy trudna. Jeśli już, łatwiej byłoby mi wrócić do Ekstraklasy podpisując kontrakt z pierwszoligowcem i wywalczając z nim awans. Ale wyszło inaczej. Życie lubi zaskakiwać.

Dlaczego tak długo pozostawałeś bez klubu?

Miałem dwie opcje z Ekstraklasy, ale po sparzeniu się z ŁKS-em chciałem dać sobie więcej czasu i rozsądniej wybrać klub. Później pojawiły się zagraniczne oferty z egzotycznych kierunków, z których też nie skorzystałem. Pod koniec okienka nie miałem już żadnych ciekawszych propozycji, nie licząc możliwości wyjazdu do Iranu. Nie zdecydowałem się, bo był to już niepewny teren pod względem życiowym. Efekt był taki, że do grudnia już nic się nie wydarzyło i pozostało mi czekać, czy uda się coś znaleźć zimą.

Marcin Flis: Brałem pod uwagę zakończenie kariery

Twoja sytuacja rodzinna też skłaniała ku unikaniu dalekich podróży.

Tak, nasza córeczka była jeszcze mała, dlatego nie braliśmy mocniej pod uwagę takiego wariantu. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu iść gdzieś na siłę i poczekamy.

Żałowałeś tych dwóch ofert z Ekstraklasy?

Tak naprawdę konkretną ofertę miałem jedną i z perspektywy czasu nie żałuję. Tamten klub spotkał podobny los co ŁKS, chociaż oczywiście możemy gdybać, czy ze mną w składzie nie byłoby inaczej. W drugim przypadku pozostawaliśmy na łączach, zainteresowanie wydawało się dość mocne, ale musiałbym jeszcze czekać na rozwój sytuacji.

Marcin Flis

Pojawiło się zwątpienie, czy dalej będziesz grał na wysokim poziomie?

Gdy jesienią już nic się nie działo, brałem pod uwagę, że być może przyjdzie mi zakończyć karierę, o ile zimą nie nastąpi przełom. W styczniu oferty nie były oszałamiające, ale postanowiłem spróbować z Pogonią Siedlce. Po rozmowie z żoną stwierdziłem, że warto dać sobie pół roku na sprawdzenie, czy jest jeszcze sens coś robić. Nie był to klub marzenie, dziś jednak mogę sobie gratulować tej decyzji.

To był wybór „albo Pogoń Siedlce, albo koniec”?

W pewnym sensie tak. Dalej miałem jakieś możliwości z Azji, żeby polecieć z rodziną i żyć sobie w fajnym miejscu za podobne pieniądze jak w Polsce, ale jak mówiłem, taka eskapada z półtorarocznym dzieckiem w naszym odczuciu mijała się z celem. Uznałem, że lepiej zostać w kraju, zwłaszcza że mamy na miejscu swoje biznesy, których doglądamy.

Właśnie miałem pytać o tworzenie planu B, ale częściowo już odpowiedziałeś.

Zajmujemy się z żoną z nieruchomościami. Inwestujemy i sprzedajemy je z zyskiem. Od lat działamy w tym kierunku i dobrze nam idzie. Tym bardziej nie chciałem podpisywać gdzieś kontraktu za wszelką cenę, bo nie tylko nie ratowało nam to życia, ale jeszcze mogłoby je skomplikować. Podczas tego półrocznego rozbratu z piłką mogliśmy się mocniej skupić na tych rzeczach. Rodzinie też poświęcałem więcej uwagi, więc nie był to czas stracony.

Temat nieruchomości sam w sobie cię interesuje?

Ja mam podejście czysto biznesowe. Bardziej interesuje on żonę, która lubi ogarniać projektowanie, remonty i tak dalej.

Marcin Flis

Marcin Flis: Nie było szans na utrzymanie ŁKS-u, nic tam nie działało

Poszukiwań nowego pracodawcy nie ułatwiła ci wiosna w ŁKS-ie, gdy prawie nie grałeś, a klub spadł z Ekstraklasy…

Tak naprawdę do lutego grałem praktycznie wszystko, dopóki nie zaczęło dochodzić zmian na szczytach klubu. Wiadomo już było, że pojawi się nowy właściciel, a z tylnego fotela nieformalnie działał nowy dyrektor sportowy [Robert Graf, PM], który oficjalnie nie został jeszcze zaprezentowany, ale każdy wiedział, że zaczął układać sprawy po swojemu. Kilka czy nawet kilkanaście osób usłyszało, że klub już nie wiąże z nimi przyszłości. Od marca nie wystąpiłem ani razu. Podejrzewam, że dyrektor i właściciel uzgadniali, kto będzie grał, a kto nie. Tak bywa w piłce. Kto jest w jej środku, ten wie, że czasami takie rzeczy się dzieją.

Patrząc na chłodno, dało się uniknąć spadku w Łodzi?

Nie. Moim zdaniem nie było szans na pozostanie w lidze. Szczerze mówiąc, nic tam nie działało. Jesienią dyrektor Janusz Dziedzic próbował to ratować i robił wszystko, co w jego mocy, ale miał naprawdę mocno ograniczony budżet. Wielu zapomina, że wykonał w Łodzi dobrą robotę i wywalczy awans z trzema drużynami, bo poza nami szczebel wyżej poszły też rezerwy i trzeci zespół. Ściągnął zawodników za małe pieniądze  w porównaniu do tego, czym dysponował jego następca, który mimo to nie stworzył ekipy na awans i dziś już w ŁKS-ie nie pracuje.

My, Polacy, próbowaliśmy nadrabiać różne braki atmosferą i scalać zespół, ale na boisku prawie nic nie funkcjonowało. Z czasem grali już głównie obcokrajowcy. Szybko przez osoby trzecie zakomunikowano, że tak to będzie wyglądać, bo ci z zagranicy są na długich i wysokich kontraktach. Trzeba więc ich jeszcze w miarę możliwości wypromować, żeby latem ktoś się na nich skusił. Gdyby w ostatnich miesiącach siedzieli na ławce, trudno byłoby się ich pozbyć i rozwaliliby budżet klubu w I lidze. Zawodnicy z zagranicy podlegali pod przepisy FIFA i w takiej sytuacji nie można się z nimi rozstać tak łatwo jak z Polakami, których obowiązują regulacje PZPN. A one mówią, że w razie spadku można wypłacić piłkarzowi jedną pensję i rozwiązać umowę, choćby obowiązywała na lata. Niefajnie nas potraktowano.

Czyli już na przełomie lutego i marca w Łodzi byli pogodzeni, że żegnają Ekstraklasę.

W marcu na sto procent. Dopóki był Piotr Stokowiec, próbowaliśmy walczyć, ale nie dało się. Trudno powiedzieć o trenerze Stokowcu, że nie zna się na swoim fachu, skoro jednak nawet taki fachowiec nie był w stanie tego ogarnąć, to dużo mówi. Indywidualnie mieliśmy wielu dobrych zawodników, tyle że zupełnie niepasujących jako całość. Każdy grał na siebie, nie było zespołu.

Marcin Flis

Marcin Flis: Ludzie z ŁKS-u utrudniali mi znalezienie nowego klubu

Zaburzono proporcje między Polakami a obcokrajowcami?

Myślę, że to też był problem. To generalnie byli fajni goście. Z niektórymi do dziś mam kontakt, ale trafiali się tacy, którzy wprowadzali złą atmosferę w szatni. To nie musi być liczna grupa. Wystarczą dwie, trzy czy cztery złe jednostki, żeby popsuć całą drużynę. A władze ŁKS-u bardziej były za tymi kilkoma zgniłymi jabłkami niż za nami – z powodów, o których przed chwilą wspomniałem. Pierwszy raz znalazłem się w klubie, w którym działy się takie rzeczy. Trudno to opisać, musiałbyś to przeżyć.

Pójdę śladami Leszka Balcerowicza: nazwiska! 

Nie będę wchodził w nazwiska, nie chcę robić komuś problemów. Co nie zmienia faktu, że były takie jednostki. Niektórzy potrafili bez uprzedzenia wrócić z dwudniowym opóźnieniem po przerwie na reprezentację i nie ponosili żadnych konsekwencji. Polak spóźniłby się na jeden trening i dostałby wysoką karę. Mieliśmy święte krowy w zespole, na zbyt dużo im pozwalano. To się nie mogło udać.

Łódź nie dała o sobie zapomnieć nawet po twoim odejściu. Robiono ci czarny PR na rynku transferowym.

Niedawno nawet dowiedziałem się, że miałem ogromne problemy z kolanami. Po kilkunastu miesiącach jeden z prezesów klubu, który wstępnie się mną interesował, wygadał się, że po poproszeniu o opinię w Łodzi usłyszeli, że nie nadaję się już do gry. Co oczywiście było bzdurą, ale na gorąco nie wiedziałem, że pewne osoby z ŁKS-u w ten sposób robiły mi pod górkę. Pewnie zależało im, żebym po odejściu od nich nie znalazł już klubu na dobrym poziomie. Wtedy odbiór mój i kilku innych zawodników – bo nie tylko mi rzucano kłody pod nogi – byłby taki, że ci goście rzeczywiście nie nadawali się do gry w piłkę i dlatego nikt ich nie wziął.

Pokazałem niektórym, że jeszcze potrafię grać i kolana w żaden sposób mi nie dokuczają. W Płocku też słyszeli o tych kolanach, więc dokładnie je sprawdzili na testach medycznych. No i z rezonansów wyszło, że mam nogi w idealnym stanie, jakbym nigdy nie wyeksploatował ich sportem wyczynowym.

Miałeś wtedy 30 lat, teoretycznie widziałeś w piłce wszystko i mnóstwo przeżyłeś, a okazuje się, że nawet kogoś takiego można jeszcze zaskoczyć.

Przeważnie grałem w klubach z naprawdę dobrą atmosferą. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z zagrywkami tego kalibru. Rozumiem, że stwierdzi się jasno, że ktoś w danym klubie wyglądał źle, ale kłamliwe psucie opinii już po rozstaniu to wyższy poziom bycia nie w porządku. Nie wiem, jak autorzy tych kłamstw mogą patrzeć w lustro. Niestety, tacy ludzie zdarzają się w naszej piłce i dopóki w niej będą, nie będzie się ona rozwijała tylko zwijała. Najgorsze, że oni rotują się w klubach. Jak ich wyrzucą z jednego, pójdą do drugiego, poukładają się z agentami i jakoś leci. A zawodnicy niech się martwią. Rzadko ktoś mówi o takich rzeczach, bo obawia się, że może jeszcze gdzieś się z nimi przetnie. Mnie już znacznie bliżej do końca niż początku, dlatego nie zależy mi, żeby być kochanym. Zawsze starałem się być szczery.

Marcin Flis: Nawet ja nie wierzyłem, że Pogoń Siedlce zdobędzie tyle punktów

Podejrzewam, że w takim razie masz podwójną satysfakcję, że udało ci się wrócić do Ekstraklasy. 

Na pewno te osoby nie chciały mnie w niej więcej widzieć, ale nie robiłem tego po to, żeby im coś udowodnić. Totalnie je olewam, nic dla mnie nie znaczą. One jedynie na chwilę zamąciły, a życie z czasem podwójnie mi oddało.

Marcin Flis

Podczas tego półrocznego bezrobocia utrzymałeś dobrą kondycję. Do składu Pogoni Siedlce wszedłeś z marszu.

Zawsze prowadziłem się profesjonalnie i zdrowie mi dopisywało. Pod tym względem nikt nigdy nie mógł mieć do mnie zastrzeżeń. To, że nie miałem klubu nie sprawiało, że zmieniłem podejście. Mieszkaliśmy w Trójmieście, gdzie mój kolega z czasów GKS-u Bełchatów, Filip Modelski po zakończeniu kariery zajął się treningami indywidualnymi w Performance House – najczęściej juniorów, ale nie tylko. Mieliśmy  do dyspozycji boisko w Sopocie plus siłownię i salkę. Pracowałem z nim na co dzień i to on utrzymywał mnie w dobrej dyspozycji fizycznej.

Filip miał swoje przejścia z kontuzjami i spotkał się z różnymi sytuacjami w polskiej piłce. Rozumiał moją sytuację i mocno mnie wspierał, żebym mógł dać sobie szansę w styczniu. Oczywiście największym motywatorem pozostawała żona. Widziała, że treningi wciąż sprawiają mi satysfakcję i ten ogień nie wygasł. Dzięki temu cały czas byłem gotowy. Daliśmy sobie pół roku w Siedlcach, żeby zobaczyć, czy to wszystko ma jeszcze sens. Dzięki żonie i Filipowi mogę ponownie zagrać w Ekstraklasie.

Okazało się, że ma to wielki sens. Pięknie się odbudowałeś w Pogoni i chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że gdyby nie ty, tego klubu nie byłoby dziś w Betclic 1. Lidze. 

Trafiliśmy na siebie w idealnym momencie. I ja, i klub znajdowaliśmy się w trudnej sytuacji i wzajemnie sobie pomogliśmy. Gdy przychodziłem do Pogoni, każdy myślał, że już nie ma czego ratować i spadek w zasadzie jest przesądzony. Trener Adam Nocoń wierzył, że pomogę mu podnieść zespół, ale szczerze mówiąc, nawet ja nie do końca byłem przekonany, że uda się odrobić tyle punktów. Widziałem, że klub ma swoje ograniczenia finansowe, pole manewru z transferami było niewielkie.

A jednak to się udało. Trener Nocoń wkomponował nowych piłkarzy i po dramatycznym finiszu utrzymaliśmy się. Rozkręcaliśmy się z meczu na mecz i ta wiara rosła. Na koniec piękna historia z Wartą Poznań, zapewniliśmy sobie pozostanie w lidze dosłownie w ostatniej sekundzie po moim rzucie karnym. Powiedziałem wcześniej, że Pogoń Siedlce nie jest klubem marzeń, o którym śnisz jako młody chłopak, ale cieszę się, że właśnie tam mnie los skierował. Wspólnie napisaliśmy niesamowitą historię.

Dostawałeś tam dwie pensje? Robiłeś przecież jako obrońca i napastnik. W pewnym momencie trafiłeś na czołówki portali jako najskuteczniejszy wówczas obrońca na świecie. 

Pensja była jedna, nie opłaciłbyś za nią dwóch zawodników. Nie szedłem tam dla pieniędzy. Dostawałem środki na podstawowe utrzymanie i tyle. Moją motywacją było sprawdzenie, czy warto jeszcze pchać się w granie, czy czas już schodzić ze sceny i zająć się innymi sprawami.

Marcin Flis

Marcin Flis: Z Wisłą Płock dogadałem się w kilka minut

Przez półtora roku strzeliłeś 18 pierwszoligowych goli, z czego 10 z rzutów karnych. Skąd pomysł, by je wykonywać? Przez całą wcześniejszą karierę podszedłeś do jedenastki raz i spudłowałeś.

W czasach Bełchatowa zmarnowałem karnego z Ruchem Chorzów i od tamtej pory faktycznie więcej się za to nie zabierałem. Wiele razy byłem w gronie wyznaczonych jako drugi, trzeci, czwarty, ale nigdy nie wyszło tak, że ten pierwszy nie mógł uderzać. W Pogoni zresztą też na starcie kto inny był pierwszym wykonawcą, a ja drugim. Kolega jednak od razu nie wykorzystał jedenastki i od następnej kolejki to ja byłem przewidziany do strzelania. A że karnych dostawaliśmy sporo, mogłem się wykazać. To nie takie łatwe trafić z wapna. Gdy stajesz na jedenastym metrze, bramka nagle robi się mała, ale jak dotąd nie pomyliłem się. Do tego doszło kilka goli z gry i mogłem się wyróżnić.

Premie za bramki negocjowałeś najostrzej w rozmowach z Wisłą Płock?

Nie, nie walczyłem o takie zapisy. Cieszyłem się z samego faktu, że ekstraklasowy klub jeszcze spojrzał w moim kierunku. Poza Wisłą dostałem jedno zapytanie z Ekstraklasy, ale chodziło bardziej o sondowanie tematu. Mój wiek jawił się jako problem. Za to po telefonie z Płocka bardzo szybko dogadałem się z prezesem, dosłownie w kilka minut.

To naprawdę miłe uczucie, gdy po takich nieprzyjemnych przejściach pokazałeś, że możesz wrócić na ten poziom. Ludzie często załamują się z błahych powodów. Czasami chłopaki mający 21 czy 22 lata, którym kończy się wiek młodzieżowca, przestają grać i marudzą, że trener nie daje im szansy. W swoim życiu takich trenerów przerobiłem kilku. W Piaście Gliwice w ciągu półtora roku dostałem cztery mecze. Tak bywa. Trzeba wtedy trenować dla siebie i wyciskać sto procent z rzeczy, na które masz wpływ. Na końcu decyduje trener, a zdarza się, że nie tylko on, co wiem po przygodzie w Łodzi. Ale jeśli pracujesz na maksa, to prędzej czy później możesz wypłynąć, nawet jeśli wcześniej będziesz zmuszony zejść do niższej ligi. Dziwię się młodym chłopakom, że po jednej nieudanej rundzie chcą kończyć kariery albo uważają, że świat się wali. Karta w każdej chwili może się odwrócić. Wystarczy pół dobrej rundy i nagle dostajesz oferty z zagranicy.

To kto będzie strzelał karne w Wiśle?

Wyjdzie w praniu przy pierwszym razie. Jestem jednym z wyznaczonych.

Dwa dni przed twoim przyjściem trenerem Wisły został Adam Majewski. To był koronny argument? Owocnie współpracowaliście w Stali Mielec, dobrze się znacie. 

Przyjście trenera Majewskiego to dla mnie super sprawa, bo wiem, jak chce grać i czego się po nim spodziewać. Wejście do zespołu mam dużo prostsze. Z drugiej strony, ktoś może stwierdzić, że mam fory, a tak naprawdę mogę mieć trudniej, bo teraz muszę wszystkim udowodnić, że nie gram po znajomości. Co do twojego pytania, osoba trenera była dodatkowym argumentem, ale tak czy siak byłem pozytywnie nastawiony do propozycji Wisły. Już mogę powiedzieć od środka, że klub super funkcjonuje, ma fajną bazę, dobrych zawodników i perspektywy rozwoju.

Zakładam, że sezon zaczynacie jak większość ligi, czyli trochę przyczajeni, byleby się najpierw utrzymać, a potem zobaczymy.

Utrzymanie jest celem nadrzędnym, jak u każdej drużyny. Mamy jednak potencjał, żeby zrobić coś dobrego i trochę namieszać w stawce. Wiele powiedzą nam pierwsze kolejki. Po rundzie jesiennej będziemy wiedzieli, o co dokładnie gramy.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

ZOBACZ RÓWNIEŻ

fot. Newspix

Artykuł Flis: ŁKS robił mi czarny PR po odejściu, kłamali o moim zdrowiu pochodzi z serwisu weszlo.com.

Czytaj najświeższe newsy ze świata piłki nożnej na topliga.pl! Topliga to najlepsze źródło wiadomości piłkarskich - liga polska, Ekstraklasa, Puchar Polski, rozgrywki ligowe, Twoje ulubione drużyny i zawodnicy. Śledź najważniejsze wydarzenia, sprawdzaj wyniki, obserwuj transfery piłkarskie, poznaj ciekawostki z polskich boisk, bądź na bieżąco. Topliga to najlepsze wiadomości sportowe przygotowane specjalnie dla Ciebie.

Polityka Prywatności Kontakt

© 2026 topliga.pl