Jeśli twoja akademia pochłania ponad 20 milionów złotych rocznie; jeśli w pierwszym zespole wychowankowie rozgrywają łącznie 37,6% minut, to wprowadzanie młodzieży musi być twoim konikiem. Lech Poznań odsłonił kulisy zarządzania zawodnika, proces wejścia do pierwszego zespołu oraz ogrywania w zespole rezerw. Oto, jak pracuje najlepsza fabryka talentów w Polsce.
Raport CIES Football Observatory nie pozostawia złudzeń. W Ekstraklasie tylko Zagłębie Lubin może dorównać Lechowi Poznań pod względem procentowego czasu gry wychowanków. Szwajcarskie centrum analityczne definiuje to określenie bardzo precyzyjnie: mówimy o pierwszym klubie, w którym zawodnik spędził minimum trzy lata w okresie od 15. do 21. roku życia. W Polsce wygląda to tak:
- Lech Poznań – 37,6%
- Zagłębie Lubin – 36,1%
- Cracovia – 15,1%
Różnica poraża, zwłaszcza w odniesieniu do średniej dla Ekstraklasy, która wynosi zaledwie 9,7%.
Wynik mistrza kraju imponuje jednak nawet wtedy, gdy zerkniemy na ranking międzynarodowy. Lecha nie ma w światowym TOP25, ale można założyć, że mieści się w adekwatnym zestawieniu dla Europy. W globalnej czołówce znajdziemy bowiem jedenaście drużyn ze Starego Kontynentu. Ostatnia – Rosenborg BK – ma wynik niewiele lepszy od mistrza Polski: 39,9%.
Klub zdaje sobie sprawę, że tegoroczny rezultat może być rekordem nie do powtórzenia. Za moment drużynę mogą opuścić Bartosz Mrozek, Antoni Kozubal i Michał Gurgul. Wszyscy mają zgodę na transfer w przypadku dobrej oferty. Trzech kolejnych wychowanków odgrywających pierwszoplanowe role wyczarować się nie da, ale Lech ma pod dostatkiem talentów, na które postawi w następnej kolejności.
Spis treści
- Lech Poznań stoi wychowankami. Europejska czołówka pod względem minut własnych talentów
- Zero przypadku. Jak Lech Poznań wprowadza talenty z juniora do seniora
- Frederiksen chwali akademię, akademia Frederiksena. „To sztuka zrobić z nastolatka najlepszego obrońcę”
- Rezerwy Lecha Poznań mają walczyć o awans i rozwijać młodzież. Oto plan na drugi zespół
Lech Poznań stoi wychowankami. Europejska czołówka pod względem minut własnych talentów
Piotr Rutkowski lekko się zaniepokoił, wręcz przeraził. W trakcie spotkania z przedstawicielami mediów uświadomił sobie, że gdyby jednak Wojciech Mońka otrzymał ofertę życia i Lech sprzedałby czwórkę, nie trójkę wychowanków, to w podstawowym składzie mogłoby brakować młodzieżowca o takim statusie po raz pierwszy od… Bardzo dawna.
– Trochę się boję pomyśleć, co by się stało, gdybyśmy nie mieli w jedenastce naszego wychowanka-młodzieżowca. To chyba nigdy się nie wydarzyło… Może w 2010 roku? Nie wiem, musiałbym naprawdę daleko szukać – głośno zastanawiał się Rutkowski.
Także dlatego kolejny sezon Wojciecha Mońki w Lechu jest więcej niż pożądany. Nowe twarze mogą jednak zaskoczyć tak jak w pewnym momencie zaskoczył sam Mońka. Niels Frederiksen, który na Gali Ekstraklasy pochwalił pracę akademii i jakość wychowanków, zabierze na obóz przygotowawczy kilku chłopaków, którzy powoli przebijają się do pierwszego zespołu. Ciche nadzieje wiązane są z szybkim rozwojem stopera Huberta Janyszki.
– Zostanie z nami na tę rundę, będzie walczył o szansę i pokazanie się. Liczymy, że pójdzie tropem Wojtka. On też nie wskoczył od razu, też wahaliśmy się na wypożyczeniem – mówił Marcin Wróbel, dyrektor akademii Lecha.
Janyszka póki co zbiera świetne opinie. Gdy wskoczył do pierwszego zespołu, na treningach wyglądał jak ograny senior, w czym faktycznie przypomina Mońkę.
Hubert Janyszka w meczu Lech – Legia. Fot. Newspix
Hubert Janyszka
W ostatnim meczu sezonu debiut miał zaliczyć Tymoteusz Gmur, ale uraz zgłoszony przez Mateusza Skrzypczaka zmusił trenera do dokonania innej zmiany. Teraz Gmur ma trafić na wypożyczenie, co będzie częścią większego domina:
- Tymoteusz Gmur i Sammy Dudek trafią na wypożyczenie do 1. ligi;
- Karol Delikat wskoczy do kadry w miejsce Gmura;
- Kornel Lisman wraca do zdrowia, jego przyszłość jest omawiana;
- Kamil Jakóbczyk również wraca, może zostać wypożyczony;
- Wojciech Szymczak byłby wtedy napastnikiem numer trzy;
- Patryk Prajsnar ma małe szanse na minuty, więc także rozważane jest wypożyczenie, żeby postawił krok do przodu w rozwoju.
Jeśli nie Janyszka, to minuty może zebrać Karol Delikat. Wygląda na to, że to on ma największe szanse na grę. W trzecioligowych rezerwach zanotował dziewięć goli oraz dwie asysty.
– Mocno do siebie przekonuje przez cały sezon, zrobił liczby. To chyba taki zawodnik, który może mocno powalczyć o to, żeby ogrywać się przy Pablo Rodriguezie i tej ekipie – stwierdził dyrektor Wróbel.
W tle przewija się jeszcze Eryk Śledziński. Podczas spotkania z działaczami Lecha Poznań usłyszeliśmy, że to „bardzo fajny profil”, że trenerzy pierwszego zespołu „byli nim oczarowani, gdy był na obozie”. Natomiast na procentowy czas gry wychowanków wpływ mają nie tylko oni, lecz i Robert Gumny czy Mateusz Skrzypczak. Czy w takim razie jest szansa na podobny wynik w następnym sezonie?
– To będzie trudne, ale nie możemy popaść w skrajność w drugą stronę. W poprzednich latach utrzymywaliśmy procentowy czas gry wychowanków na poziomie 20-25%. I takie około 25% jest fajnym celem. 37,6% to wynik wyjątkowy, ale 25% byłoby dobre – stwierdził wprost Piotr Rutkowski.
Eryk Śledziński w meczu Lech Poznań – Banik Ostrawa. Fot. Newspix
Eryk Śledziński w sparingu z Banikiem.
Zero przypadku. Jak Lech Poznań wprowadza talenty z juniora do seniora
Najważniejsze jednak, żeby to wszystko nie działo się na siłę, na wyrost. Młodzież w Lechu Poznań ma robić kolejne kroki, zaliczać kroki milowe prowadzące do transferu do lepszych lig. Bartosz Mrozek, Michał Gurgul i Antoni Kozubal takie zaliczyli, stąd to im najbliżej do zmiany barw. Kolejni przejdą bardzo konkretnie wyznaczoną ścieżką, która zakładał dokładne monitorowanie postępów w oczekiwaniu na moment przełomowy.
Opowiedzmy to na przykładzie Huberta Janyszki, który ma za sobą debiut w pierwszym zespole.
– Hubert zszedł na tydzień do akademii, mimo że pierwszy zespół skończył treningi. Wie jednak, że nie zagra w meczu rezerw, bo on musi być gotowy na 19 czerwca. Nie może złapać urazu, ma się wyciszać, ma zaplanowany pewien proces – tłumaczy Marcin Wróbel.
Spytałem dyrektora akademii Lecha o to, jak zarządzać zawodnikami balansującymi pomiędzy zespołem rezerw i pierwszą drużyną, żeby czerpali korzyści z obecności wśród najlepszych; żeby nie byli tylko dodatkiem do treningu, upchniętym na alibi, że młodzież dostaje szansę.
– To pytanie zadają sobie wszyscy – uśmiecha się Wróbel. – Pytałem o to w Ajaksie. Odpowiedzieli, że u nich dziura pomiędzy pierwszym i drugim zespołem jest nawet większa: tu Liga Mistrzów, tam druga liga holenderska. Współpraca z pierwszym zespołem jest jednak ogromna, każdy mikrocykl jest analizowany. Są trenerzy odpowiedzialni za przejście z juniora do seniora, performance. Mamy Łukasza Bortnika, szefa działu motoryki, który analizuje, co będzie najlepsze: zagranie meczu, zejście na trening i mecz do rezerw, czy nawet odpuszczenie dwóch spotkań, bo szansa w pierwszym zespole jest blisko – tłumaczy.
Ciekawą historią jest Wojciech Mońka. Wedle powszechnej opinii: wyskoczył znikąd. Natomiast trzy lata temu, gdy trener był John van den Brom, Mońka już kręcił się przy pierwszym zespole. Bardzo mocno naderwał wtedy mięsień przywodziciela, co trochę spowolniło jego rozwój.
Faktycznie: to, jak błyskawicznie rozwija się najlepszy obrońca Ekstraklasy, zaskoczyło nawet jego samego. W końcu ze sceny mówił, że statuetkę przewidział, ale dopiero za rok. Były jednak znaki, które wskazywały, że Mońka zaraz zadomowi się w pierwszym składzie – to zostało zaplanowane wewnętrznie, nie było wypadkową potrzeby chwili, urazów, nawet jeśli pomogły one w wykonaniu ostatniego kroku.
– Był taki moment, że Niels Frederiksen powiedział: dajcie mi dwa tygodnie, przygotujemy go, niech się wprowadzi, usiądzie na ławce i za chwilę zacznie grać. To nasze doświadczenie: wiemy, że gdy zbliża się ten moment, to więcej da ławka w pierwszym zespole niż mecze w rezerwach. Mnóstwo osób dba o to, żeby zgadzał się najmniejszy detal, to wszystko jest też komunikowane zawodnikowi – wyjaśnia Wróbel.

Kamil Jakóbczyk przed kontuzją regularnie trenował z pierwszym zespołem Lecha i grał w rezerwach.
O Hubercie Janyszce na ten moment wiele mówić w Poznaniu nie chcą, żeby nie pompować oczekiwań. Wiadomo, że po sukcesie Mońki oczekiwania będą duże, jednak wszystko podlega procesowi. Może być tak, że za pół roku Janyszka nie będzie powoli wchodził w buty kolegi po fachu, lecz… zaliczy jeszcze wypożyczenie, którego Mońka nie potrzebował.
– Dajemy pół roku na ocenę performance’u na boisku, potem podejmiemy decyzję. Chcemy, żeby zawodnik spędził przynajmniej tyle czasu w pierwszym zespole. Możliwe, że będzie wchodził bezpośrednio, natomiast zwykle bramkarze i środkowi obrońcy debiutują najpóźniej. Rzadko zdarza się, żeby do pierwszego zespołu wchodzili tak młodzi stoperzy jak Hubert i Wojtek, więc oni też potrzebują czasu, pamiętajmy o tym – przestrzega Marcin Wróbel.
W Lechu wszystkim zależy przede wszystkim na jednym: żeby młodzież nie traciła czasu. Pod koniec minionego roku w Alkmaar Adrian Siemieniec wyliczał, ile treningów straciła Jagiellonia przez logistykę związaną z grą w Europie. Setka całkowicie zniknęła przez mecze, pięćdziesiąt przeznaczono na rozruchy i aktywacje, zamiast na normalną jednostkę treningową. Chciał w ten sposób pokazać, że najtrudniej mają ci, którzy potrzebują rozwoju, nie grają regularnie i są nieco z boku.
– Staramy się monitorować proces, żeby nie tracić czasu. Nawet jeśli ktoś się wyróżnia, musi przez określony procent czasu być na treningach, w meczach, żeby spełnić narzucone cele. Nie ma tak, że ktoś w jedynce jest, potem go nie ma, potem znowu jest i nikt za bardzo nie wie, dlaczego. Czasami trudno jest dopasować młodzież do treningu, bo kadra jest szeroka, są gry i trzeba coś wymyślić, żeby nie ustawiać nikogo z boku, żeby faktycznie skorzystał. To jest monitorowane – usłyszeliśmy w Poznaniu.
O tym, że sprawę traktuje się poważnie, świadczy fakt, że zaangażowany w proces jest nie tylko sztab szkoleniowy i pion sportowy, ale też dział naukowy.
Frederiksen chwali akademię, akademia Frederiksena. „To sztuka zrobić z nastolatka najlepszego obrońcę”
Marcin Wróbel chwali sobie współpracę z pierwszym zespołem Lecha Poznań, ale to nie tak, że wszyscy spijają sobie z dzióbków. Każdy ma swoje cele do osiągnięcia – tym dla dyrektora akademii jest jak największa liczba wychowanków stanowiąca o sile drużyny. Często oznacza to kompromisy, o czym wspomina Wróbel, wracając do nieoczywistych starć z Johnem van den Bromem.
– Współpraca z każdym trenerem wymaga cierpliwości i zrozumienia. Z Johnem dużo dyskutowaliśmy o grze Kozubala w rezerwach. On chciał, żeby grał po 90 minut, ale w drugim zespole zdarzało mu się schodzić w okolicach 60. minuty. Walczyliśmy o utrzymanie, w pewnym momencie Antek nie dawał rady, musiał schodzić, ale on cisnął w drugą stronę – tłumaczy.
Dyrektor akademii oddał też szacunek Nielsowi Frederiksenowi za to, w jaki sposób wprowadza młodzież do składu.
– Zrobił, powiedzmy, gwiazdę z młodego chłopaka. To sztuka zrobić z nastolatka najlepszego obrońcę ligi, chwała mu za to. Wykreował Mońkę, Kozubala, Gurgula. Dzisiaj można mówić, że akademia jest mocna także dzięki Nielsowi: wielu chłopaków wcześniej nie było w stanie wygrać rywalizacji, także decyzjami trenera. Frederiksen na nich postawił, wziął za to odpowiedzialność i zrealizował strategię klubu.
Tomasz Rząsa, dyrektor sportowy Lecha, docenia natomiast to, że kolejni trenerzy mogą po prostu korzystać z coraz lepszych piłkarzy.
– Nasza kadra się rozwija, jest więcej jakości, ale nasi wychowankowie są coraz bardziej gotowi. Porównanie 15-16 latków sprzed kilku lat i teraz wskazuje, że akademia nadąża za rozwojem, różnica się zmniejsza. Zawodnicy, którzy pierwszy raz trafiają na trening czy obóz seniorów dużo lepiej sobie radzą. Jestem tu osiem lat, ostatnie dwa, trzy lata to dużo wyższy poziom przygotowania fizycznego i motorycznego wychowanków. Bo piłkarsko zawsze byli dobrze przygotowani – zauważa.

Karol Delikat w sparingu Lech – MSK Zilina.
Lech Poznań na przestrzeni lat zrobił wiele, żeby doprowadzić do tego momentu. Śladem drużyn z Portugalii czy Holandii mocno postawił na przygotowanie fizyczne zawodników. W tle mamy także współpracę z topową akademią KRC Genk, gdzie trenerzy z Wielkopolski jeżdżą na staże. Przede wszystkim jednak chodzi o spójność pracy w poszczególnych zespołach. Łukasz Bortnik, szef działu przygotowania motorycznego, zajmuje się tym tematem także w akademii.
– Poszliśmy w kierunku unifikacji działań pierwszego zespołu i rezerw. Pracujemy na tym samym sprzęcie, systemach, żeby porównać dane fizyczne w najlepszych meczach, obciążeniach treningowych. Analizujemy obciążenia, intensywność, wyniki biegowe, planujemy na bazie tego co odjąć, do dodać. W Portugalii bardzo mocno poszli w przygotowanie fizyczne, też to zrobiliśmy. To nie przypadek, że w nowym sezonie będzie za to odpowiadało sześciu trenerów. Dystans do zawodników pierwszego zespołu będzie zawsze, ale chodzi o to, żeby go zmniejszać. Lepsza fizyczność oznacza szybsze decyzje na małej przestrzeni – wyjaśnia Marcin Wróbel.
Strategia klubu opartego na liczbach dotyczy także akademii. Lech magazynuje dane, dyrektor akademii przywołał przykład – klub może odtworzyć dane z testów motorycznym Karola Linetty’ego.
– Benchmarkowanie jest trudne, bo ile to dla 13-latka jest dużo? Natomiast możemy się odnieść do własnego podwórka. Zbieramy z nadgarstka predykcje wzrostu, staramy się wszystko spisywać i opierać na tym swoje decyzje. Mamy dane fizyczne w tym samym systemie, co przynosi nam efekty, bo możemy porównywać swoją pracę – dodaje dyrektor akademii.
Rezerwy Lecha Poznań mają walczyć o awans i rozwijać młodzież. Oto plan na drugi zespół
Liczby mają eliminować przypadek, ale ogromną rolę wciąż odgrywa proces wprowadzania zawodników do seniorskiego futbolu. Rezerwy Lecha Poznań długo grały na szczeblu centralnym. Od niedawna występują w trzeciej lidze, co ma swoje plusy i minusy. Niezadowalające rezultaty doprowadziły do zmian w sztabie – latem drugi zespół obejmie trener wyselekcjonowany w bliźniaczy sposób, co trener Niels Frederiksen. Lech II ma być bardziej konkurencyjny.
– Trzecia liga się zmieniła. Zawodnicy zarabiają tyle, ile dziesięciu naszych chłopców. Nie będziemy schodzić z naszej drogi, ale musimy sprawić, że zespół będzie w stanie jakościowo rywalizować z trzecioligowcami, gdzie grają mocne nazwiska. Nasi zawodnicy muszą walczyć o awans, perforować, brać odpowiedzialność, ale trzeba się trochę wzmocnić. Tylko w taki sposób, żeby nie blokować naszym chłopakom drogi do składu. Chcemy awansować na swoich warunkach – zapowiada Marcin Wróbel.
Lech II zrobi trzy, cztery transfery bardziej doświadczonych piłkarzy. Idealny scenariusz to taki, w którym do drużyny dołączają zawodnicy ograni, ale wciąż względnie młodzi, ambitni.
– Ciężko znaleźć kogoś, kto daje jakość i chce jeszcze pograć. Ktoś taki musi ciągnąć ten wózek, nie zjeżdżać powoli do bazy. Tak, żeby zawodnicy schodzący z pierwszego zespołu mieli tu otoczenie, w którym będą się rozwijać i dawać jakość. Od trzech miesięcy tworzymy analizy i predykcje, jak ułożyć kadrę, żeby odpowiadała nam i współpracy z pierwszym zespołem – dodaje dyrektor akademii.
Jednocześnie w Lechu unikają rotacji wstecznej. To znaczy – Marcin Wróbel wspomina, że gdy tego samego dnia rezerwy grały mecz ligowy, a zespół młodzieżowy rywalizował z Legią Warszawa, nastolatkowie wyszli na mecz drugiej drużyny, bo to było dla ich rozwoju ważniejsze niż prestiżowa wygrana w piłce juniorskiej. Wkrótce w Poznaniu ruszy też program wypożyczeń bramkarzy, którzy mają ogrywać się w seniorach na niższym poziomie, zamiast tkwić w akademii.
– Zaprosiliśmy do współpracy trenera Radosława Hołubca, który jest bardzo dobrze zorientowany na rynku bramkarskim, ma doświadczenie z pierwszej ligi i Ekstraklasy. Potrafi zarządzać projektami. Zaczniemy wypożyczać chłopaków do różnych klubów trzecio- i czwartoligowych. Co pół roku, na ogranie się – zapowiada Wróbel.
W ten sposób Lech chce zarządzać sporym zapleczem talentów bramkarskich, które powoli kwitnie w Poznaniu. Wiadomo też, że z drugim zespołem pożegna się doświadczony Adrian Lis: to także sygnał, że klub potrzebuje miejsca dla wychowanków między słupkami. Wygląda na to, że Bartosz Mrozek nie był rodzynkiem, który się przebił. Zresztą – Mateusz Pruchniewski już teraz jest blisko bycia numerem dwa. Bo to, że w polu trafią się kolejni, jest wręcz oczywiste.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix
Artykuł Następcy Mońki i Kozubala czekają. Tak Lech pracuje z talentami pochodzi z serwisu weszlo.com.