15.05.2026

Najstarszy żyjący piłkarz Lecha: Jego zwycięstwa to najlepszy lek [WYWIAD]

Miał sześć lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Do Lecha, wtedy Kolejarza Poznań, przeniósł się kilka miesięcy po śmierci Józefa Stalina. Grał z legendarnym Teodorem Aniołą i świetnie pamięta kulisy spotkań z lat 50. 93-letni dziś Henryk Pietrzak to najstarszy żyjący piłkarz Lecha Poznań. W rozmowie z Weszło opowiada o biciu po gołym tyłku przez Hitlerjugend, o bramce, którą pomógł zdobyć maszynista, i o golu, którego strzelił, bo rywal w niewybredny sposób powiedział, że nie ma sensu go kryć. Opisuje najwybitniejszych polskich piłkarzy tamtych czasów. Pietrzak mówi też, co podoba mu się w obecnym Lechu i dlaczego chciał, by „Kolejorz”, prowadząc z Legią 4:0 do przerwy, wbijał jej kolejne gole.

Jakub Radomski: Co pan czuł, gdy Lech prowadził niedawno do przerwy aż 4:0 z Legią?

Henryk Pietrzak, rocznik 1933, piłkarz Lecha w latach 1953-1964: Chciałem, by chłopcy strzelali kolejne gole. Zadzwoniłem w przerwie do kolegi Macieja Henszela (menedżer do spraw komunikacji w Lechu – przyp. red.) i mówię mu: „To niesamowite. Jest szansa odbić sobie za nasze 0:6. Niech oni to zrobią”. Nie udało się, ale i tak byłem szczęśliwy.

Chodziło o rewanż za mecz z 1956 roku?

Dokładnie tak. Wie pan, z Legią zawsze grało się ciężko. Nie lubiliśmy się z nimi, zresztą Warszawa i Poznań chyba do dziś się nie lubią. W 1956 roku to był zespół CWKS Warszawa, ściągający najlepszych polskich piłkarzy, którzy szli do wojska. Legia przyjechała do nas na mecz, a nas skoszarowano w Puszczykowie, 10 kilometrów od Poznania. I tak się zdarzyło, że mnie oraz Teodora Aniołę, naszego najlepszego zawodnika, rozłożyła wysoka gorączka. 39 stopni, zatruliśmy się czymś i nie byliśmy zdolni do gry. Być może pan nie uwierzy, ale to był pierwszy i jedyny raz w życiu, gdy miałem gorączkę.

Najgorsze było to, że w połowie meczu jeden z piłkarzy Legii, Czesław Ciupa, wyleciał z boiska. Oni prowadzili 1:0, a później, grając w dziesiątkę, wbili nam pięć bramek! Byliśmy w szoku. Jak to możliwe? Dopiero po pewnym czasie pozostali koledzy przyznali, że ich też chwyciła choroba, choć nie w takim stopniu. Ale nie mogli normalnie biegać i właściwie oddychać.

Henryk Pietrzak jest byłym piłkarzem Lecha. „Mam 93 lata i nie ma dla mnie lepszego lekarstwa niż jego zwycięstwa”

Jest pan spokojny o mistrzostwo Polski Lecha?

Mają wielką szansę. Górnik odpadł z walki o tytuł, ale Jagiellonia jest niebezpieczna. To zespół, który ma jakość pod bramką rywala. Mam wrażenie, że im grają potencjalnie trudniejszy mecz, tym prezentują się lepiej. Lech musi wygrać przynajmniej jedno z dwóch spotkań, a Jagiellonia jedzie teraz do Katowic na mecz z GKS-em, który też ma szansę na europejskie puchary. Tam się może sporo rozegrać. Daję dziś Lechowi 80 procent szans na tytuł. Mam 93 lata i nie ma dla mnie lepszego lekarstwa niż jego zwycięstwa. Ale życie nauczyło mnie, że sport bywa totalnie nieprzewidywalny. Ogladał pan mistrzostwa świata w snookerze?

Niespecjalnie.

Odbywały się niedawno i w półfinale Mark Allen w meczu z Wu Yize miał ostatnią bilę. Trafiłby i jest w finale. A on z tych 20 centymetrów pomylił się, nie wbił tej bili. I przegrał. To była najłatwiejsza sytuacja, porównałbym to do rzutu karnego, wykonywanego na pustą bramkę. Allen odpadł, choć mecz był w zasadzie wygrany, i przepadło mu bardzo dużo pieniędzy. Jeśli chodzi o sport, trzeba czekać do końca. Ale obecny Lech może się podobać, bo prezentuje ładną dla oka, typowo ofensywną piłkę.

Chodzi pan na mecze?

Mam wejściówkę, ale już raczej nie. Mimo że posiadam cholernie mocny organizm, to jednak oczy mi siadły. Może pójdę na spotkanie ostatniej kolejki, ale będę widział głównie cienie. Kiedy jest mecz, słucham transmisji w radiu, a na telewizor zerkam głównie, gdy pada bramka i później są powtórki.

Pomógł maszynista i czarny dym. Tak w Poznaniu poległ Ruch Chorzów z Gerardem Cieślikiem w składzie

Który piłkarz Lecha na przestrzeni tych wszystkich lat robił na panu największe wrażenie?

Nie lubię tak indywidualnie wyróżniać, bo patrzę na piłkę nożną jak na sport drużynowy. Interesuje mnie przede wszystkim gra zespołowa, co pewnie bierze się z faktu, że najczęściej występowałem na środku pomocy. Ale genialny był na pewno Mirek Okoński. Proszę pana, ten gość to była baletnica z piłką! Ona mu się kleiła do nogi, rywal się kładł, leżał, a Mirek biegł dalej. Miał zabójcze zwody. A prywatnie? Trochę wyskokowy człowiek. Szkoda go, bo mógł osiągnąć więcej.

Ale i tak, kiedy odszedł do Hamburgera SV, robił tam niesamowite numery. Była taka sytuacja: znajdował się na bliższym słupku, bramka pusta, a on, zamiast wepchnąć piłkę do siatki, znalazł przy drugim słupku Manfreda Kaltza i dograł do niego. Gdy spytałem go kiedyś o tę akcję, odpowiedział: „Kaltz był kapitanem, szefem drużyny. A ja musiałem sobie w tym Hamburgerze szukać kumpli”. Typowy Mirek Okoński.

Mirosław Okoński w barwach Lecha

Mirosław Okoński w barwach Lecha

A najlepszy zawodnik Lecha, z którym pan grał?

Teodor Anioła. To był piłkarz naprawdę wielkiego formatu. Wybitny strzelec, a jednocześnie zupełnie niepodobny do zawodników, którzy dziś zdobywają bramki. Anioła strzelał gole z pozycji, z których wydawało się to nierealne. W 1957 roku spadliśmy z najwyższej ligi, wróciliśmy do niej dopiero po trzech latach. Gdyby nie to, on by tam bił kolejne rekordy. Miał jedną, podstawową zasadę: strzelać na bramkę, czasami z obojętnie jakiej pozycji. Widział zarys bramki? Nawet specjalnie nie celował, po prostu uderzał w światło. Był mistrzem uderzeń z zewnętrznego podbicia. Piłka leciała specyficznie, uciekała bramkarzowi.

Był 1954 rok, spotkanie z Gwardią Warszawa, na wyjeździe. Mocny rywal, ale wygraliśmy 2:1.Po spotkaniu ich bramkarz, Tomek Stefaniszyn, pyta Teodora: „Człowieku, jak ty to robisz, że piłka ciągle ląduje w siatce?”. A on: „Tomek, nie wiem. Po prostu kopię i wpada”.

Na początku lat 50. specjalnie szykowaliśmy się na Ruch Chorzów. Oni zdobywali mistrzostwo Polski, mieli genialnego Gerarda Cieślika. Ale w 1954, 1955 i 1956 roku, gdy przyjeżdżali do Poznania, zawsze przegrywali 0:1. Pierwszy mecz wyglądał tak, że oni przeważali, nagle jeden kolega zagrał do Anioły ze środka boiska. Piłka leciała w stronę chorągiewki i piłkarze Ruchu nie biegli za nią, bo byli przekonani, że opuści boisko. Anioła nie dał za wygraną, pobiegł, piłka odbiła się od chorągiewki. Opanował ją i będąc cztery metry od linii bocznej, a metr od końcowej, oddał silny strzał zewnętrznym podbiciem. I wpadło.

Wszyscy w szoku. Bramkarz Ruchu, Ryszard Wyrobek, tylko bezradnie patrzył, jak piłka leci nad nim, a później nagle spada i wpada do bramki. Nigdy wcześniej i później nie widziałem podobnego gola. A rok później ograć Ruch pomógł nam dym.

Jak to?

Nasz stadion mieścił się obok torów kolejowych. Atakujemy, jest zamieszanie pod bramką Ruchu. Anioła oddaje strzał, a piłka leci pod nogami obrońcy i Wyrobka. Gol. Może się wydawać, że szmata, ale nie do końca. Pomógł nam maszynista, który pracował na górce rozrządowej. Zobaczył, że trwa mecz i próbujemy atakować. Podjechał za trybunę i puścił czarny dym z lokomotywy parowej. Dymek akurat przelatywał przez pole karne, gdy Teodor uderzał piłkę, dlatego przez ułamek sekundy nie było jej widać. Zawodnicy Ruchu wkurzeni, ale sędzia uznał gola. W 1956 roku wygraną z Ruchem dał nam Janusz Gogolewski, ale Anioła miał asystę.

Były piłkarz Lecha o golu strzelonym Legii Warszawa: Oni prawie się pozabijali

Pan swojego pierwszego gola w najwyższej lidze strzelił przeciwko Legii, prawda?

Tak, 1955 rok. Legia miała w składzie dziewięciu reprezentantów Polski. W linii pomocy występował Marceli Strzykalski. Nie było na niego siły, trochę cham i prowokator. Biegał za tobą i krzyczał, że złamie ci giry albo urwie łeb. Było 0:0, 40. minuta. Czerwiec, upał jak cholera, wszyscy już mocno zmęczeni. Mieliśmy rzut rożny, ja stałem jakieś 28 metrów od ich bramki. Bramkarz Legii, słynny Edward Szymkowiak, krzyczy do kolegów: „Ósemka niekryta!”. Strzykalski odpowiada mu: „Tego chuja nie trzeba kryć!”. No to co – kolega dograł mi ostrą piłkę, którą przyjąłem udem lewej nogi, uderzyłem i wpadło. Wyszło efektownie. Jak w tej Legii się kłócili!  Prawie się na boisku pozabijali.

Minęły dwie minuty, dostaliśmy rzut wolny z około 17 metrów. Oni dalej się kłócą o tamtą pierwszą bramkę. Wtedy, gdy sędzia odgwizdywał rzut wolny, nie trzeba było czekać na kolejny gwizdek, by go wykonać. Anioła błyskawicznie uderzył. Trochę w środek bramki, ale wpadło. Było 2:0 dla nas, ostatecznie ograliśmy wtedy Legię 2:1.

W pana czasach zdarzały się puszczone mecze albo spotkania, w których jedna drużyna robiła przysługę drugiej?

W 1957 roku było wiadomo, że prawdopodobnie spadniemy. W pierwszej rundzie zdobyliśmy tylko dwa punkty, a w drugiej – 14, ale to było za mało do utrzymania. Zostały dwie kolejki, pojechaliśmy na mecz z Gwardią Warszawa, która prowadziła w tabeli. Rozgrzewka, przeciwnicy pokazują nam piątkę na palcach. Byli przekonani, że nas rozjadą. A my wygraliśmy 1:0, znowu trafił Anioła. W drugiej połowie nagle patrzę, a nasza bramka jest pusta. Bramkarz Henryk Skromny trzyma się słupka. On miał często problemy ze stawem kolanowym. Wyskakiwało mu coś z niego, a ja byłem specjalistą od wstawiania tego na miejsce.

Jak pan to robił?

Swoim kolanem uderzałem w jego. Często pomagało. Wtedy nie można było przeprowadzać zmian. Jeżeli twój zawodnik, nawet bramkarz, doznawał urazu, nie było zmiłuj. Kończyłeś w dziesiątkę. A na bramce stawał zawodnik z pola. Wtedy trener krzyczał: „Heniu, masz bluzę, wchodzisz do bramy!”. Byłem już na to gotowy, ale ostatecznie inny kolega z zespołu nastawił Skromnemu kolano.

Ale pytał pan o te przysługi. W ostatniej kolejce do Poznania przyjechał Górnik Zabrze. Wygrana dawała mu tytuł, pierwszy w historii. I Górnik dość łatwo pokonał nas 3:1. Ja jako młody zawodnik nie odniosłem wtedy wrażenia, że mecz był ewidentnie puszczony, ale od tego czasu Lech i Górnik pozostawały w przyjacielskich relacjach.

Lech pierwsze mistrzostwo Polski osiągnął w 1983 roku. O tytuł biły się wtedy z naszym zespołem Widzew i Ruch. I gramy z Górnikiem. Dość łatwe 2:0 dla Lecha. W zespole z Zabrza działał wtedy Marian Olejnik. Kojarzyłem go z boiska, graliśmy przeciwko sobie. Powiedział mi kiedyś o tamtym meczu z 1983 roku: „Ludzie z Widzewa chodzili z walizką wokół Górnika, ale nigdzie ich nie dopuszczałem”.

Brzmi jak oddanie przysługi po latach.

Pan to powiedział.

Henryk Pietrzak jako dziecko został pobity przez Hitlerjugend. „Zaczęliśmy płakać. Bolało”

Miał pan sześć lat, gdy wybuchła II wojna światowa.

Mieszkałem na wsi, 20 kilometrów od Poznania. Pamiętam ten czas. Pojawili się Niemcy i zagonili nas do pasienia krów. Deszcz, nie deszcz, musieliśmy to robić. Ciężka sprawa, zwłaszcza jak było zimno. Ale braliśmy piecyk, garnek, gotowaliśmy mleko. Można było je sobie popić i pojeść z chlebem. Zanosiło się je też w tajemnicy wieczorem do domu. Trzeba było uważać, żeby nas nie złapali. Nie zaznałem wtedy jakiejś strasznej biedy. Hodowaliśmy króliki, kury. Mama była krawcową i obszywała wszystkie babki gospodarskie w okolicy, w zamian za żarcie.

Blisko domu dziadka, w Stęszewie, było boisko. Polacy nie mogli na nim grać, ale ignorowaliśmy to. Parę razy goniła nas niemiecka policja, ale nie dawała rady. Wiadomo – my młodzi, oni stara wiara. Pewnego razu wysłali tam młodzież z Hitlerjugend. Nie spodziewaliśmy się tego. Złapali dwóch z nas, tamci wydali resztę. Przyszło wezwanie na policję. A w budynku ściąganie spodni, kładłeś się na stołek i lali cię w dupę. Kiedy wychodziliśmy, któryś z nich powiedział po niemiecku: „Ale oni twardzi, ani łezki nie było”. Tyle że 50 metrów za budynkiem wszyscy zaczęliśmy płakać. Bolało, przez dwa tygodnie moczyłem później dupę w kwaśnym mleku. Najmłodszy z nas miał dziewięć lat. Nikt już nie żyje z tej paczki, zostałem tylko ja.

Henryk Pietrzak

Henryk Pietrzak

Jak pan trafił do Lecha?

Wtedy to był Kolejarz. Lipno Stęszew, w którym występowałem, trafiło w Pucharze Polski na rezerwy Kolejarza. Wygraliśmy 4:1, strzeliłem trzy gole. Zauważyli mnie, rozmowy, no i trafiłem do Poznania. Ale na początku ciężko było mi się przebić. Miałem 17 lat, musiałem pracować, żeby coś zarabiać. Codziennie dojeżdżałem ze Stęszewa. O 5.30 wychodziłem z domu i często wracałem o 22.00. Jadłem jakieś kanapki od rana do wieczora. Obiad? Gdzie tam. Często tułałem się na dworcu, czekając na pociąg. Nie byłem odżywiony tak, jak powinien być zawodnik pierwszej drużyny Kolejarza i to się odbijało na meczach. Stawałem przy silnym jak tur stoperze przeciwnika i siadała psychika, do tego kondycja. Potrzebowałem czasu, by złapać rytm i poczuć się pewniej na boisku.

Gdy spadliście z ligi, częściej wyjeżdżaliście na zagraniczne turnieje.

To wynikało z tego, że najczęściej wysyłano zespoły, które były w ligowej czołówce na danym szczeblu. Podróże zagraniczne były jak wyjazd z ciemnego miasta. Największe wrażenie zrobił na mnie Paryż. Kiedyś byliśmy w Belgii, w Charleroi. Gdy rano wyszedłem na miasto, widziałem ludzi czyszczących okna i chodniki. Wszystko lśniło. To było niesamowite.

Innym razem udaliśmy się do Bułgarii, na turniej o Puchar Federacji Kolejarzy. Graliśmy w Sofii z tamtejszym Lokomotiwem. Przegraliśmy 0:2, sędziowie wydrukowali. W Bułgarii arbitrzy w tamtych czasach strasznie oszukiwali. Spotkanie o trzecie miejsce z Lokomotiwem Moskwa rozgrywaliśmy w Warnie, nad Morzem Czarnym. Przepiękne miejsce, tylko było 40 stopni. Przegrywaliśmy jednym golem, końcówka. Dostaliśmy karnego. Nikt nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności. Podszedłem do piłki. Widzę po chłopakach, że nie wszyscy chcą, żebym trafił, bo w dogrywce, w takich warunkach, pewnie byśmy padli. Ale chciałem strzelić. W bramce gość, który w reprezentacji ZSRR jest zmiennikiem Lwa Jaszyna. Uderzyłem w środek, on się rzucił w róg, ale zdołał odbić piłkę nogą.

Później był bankiet w Złotych Piaskach, niedaleko. Wchodzimy, a tam orkiestra z Poznania. Nasi znajomi. Przywitali nas, grając „Marsyliankę”. Później okazało się, że Bułgarom to się nie spodobało i ich przegonili ze Złotych Piasków. Musieli grać w innym mieście.

Henryk Pietrzak grał w piłkę do 65. roku życia. „To był wspaniały ostatni etap”

Fajne czasy. 

Fantastyczne. Choć w pewnym momencie zrozumiałem, że nie będę w stanie utrzymać poziomu sportowego. Wróciłem do nauki, w wieku 33 lat skończyłem technikum kolejowe. Założyłem też rodzinę. Żona, dwójka dzieci. Było mniej czasu na futbol, w ostatnim roku czasami słyszałem z trybun gwizdy pod swoim adresem. Poszedłem w trenerkę, ale jednocześnie do 48. roku życia byłem grającym zawodnikiem. Występowałem w niższych ligach. Przez 33 lata byłem zgłoszony w PZPN. Później uznałem, że zajmę się jeszcze bardziej rodziną, ale do 65. roku życia występowałem w drużynach oldbojów, m.in. Lecha Poznań. Było dużo wyjazdów zagranicznych. To był wspaniały ostatni etap. Można powiedzieć, że moje zejście z kariery było swobodne i przyjemne.

Dziś mam wnuka, który robi doktorat i firma chce go wysłać do Japonii. Prawnuczka ma 12 lat i pływa, jest w kadrze Wielkopolski. Prawnuczek, dziewięć lat, szkoli się w akademii piłkarskiej. Fajnie, że tak się rozwijają.

Henryk Pietrzak

Henryk Pietrzak

Co panu się podoba we współczesnej piłce, a co niekoniecznie?

Kiedyś bramkarz miał problem, bo rywale mocno go atakowali. Dziś jest pod dużo większą ochroną. Gdy grałem w piłkę, trener nie gadał za dużo. Po prostu mówił, na jakiej mam grać pozycji. Teraz kwestie taktyczne poszły bardzo do przodu i to jest dobre, choć czasami mam wrażenie, że zawodnicy stają się na boisku manekinami.

W Lechu podoba mi się, jak działa akademia. Niech pan zobaczy, jacy piłkarze z niej wyszli: Kamil Jóźwiak, Jakub Kamiński, Robert Gumny teraz wrócił, mamy świetnego Wojciecha Mońkę, dobrze prezentuje się Michał Gurgul. To duża sprawa. Kiedy występowałem w Kolejarzu, mówili na nas „murarze”, bo graliśmy bardzo defensywnie. Ale my graliśmy w ten sposób, bo mieliśmy z przodu Aniołę, którego rąbali, faulowali, a on mimo to potrafił zrobić coś z niczego.

Dziś jednak tej gry defensywnej jest trochę za dużo. Mam wrażenie, że 3/4 meczów toczy się głównie w obronie. Za moich czasów grano ostro, ale raczej nie było chamstwa. Teraz ono się zdarza, jest też udawanie, przesadzanie. No i przede wszystkim gra jest dużo szybsza. Gdy oglądam zespoły zagraniczne, mam wrażenie, że futbol opiera się obecnie na wytrzymałości i wykorzystywaniu indywidualnych umiejętności wybijających się jednostek. W każdym zespole masz jednego, dwóch, trzech gości, którzy mogą zadecydować o wyniku. W Lechu kimś takim najbardziej jest Ali Gholizadeh. Szkoda, że doznał tej przykrej kontuzji. Ale bardzo się cieszę, że on zostaje w Lechu na kolejny sezon. To świetny zawodnik.

ROZMAWIAŁ: JAKUB RADOMSKI 

Fot. Przemysław Szyszka / Lech Poznań

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Artykuł Najstarszy żyjący piłkarz Lecha: Jego zwycięstwa to najlepszy lek [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com.

Czytaj najświeższe newsy ze świata piłki nożnej na topliga.pl! Topliga to najlepsze źródło wiadomości piłkarskich - liga polska, Ekstraklasa, Puchar Polski, rozgrywki ligowe, Twoje ulubione drużyny i zawodnicy. Śledź najważniejsze wydarzenia, sprawdzaj wyniki, obserwuj transfery piłkarskie, poznaj ciekawostki z polskich boisk, bądź na bieżąco. Topliga to najlepsze wiadomości sportowe przygotowane specjalnie dla Ciebie.

Polityka Prywatności Kontakt

© 2026 topliga.pl