Widzew wygrał 3:1 z Lechią i po raz pierwszy od trzech miesięcy w końcu opuścił strefę spadkową. To zwycięstwo jest dla Łodzian podwójnie cenne, bo nie tylko pozwoliło im złapać oddech w kontekście walki o utrzymanie, ale również dlatego, że zostało odniesione wbrew wszystkim niedowiarkom!
Syndrom oblężonej twierdzy wjechał w Łodzi na pełnej. I w sumie trudno się dziwić, bo Widzew realnie jest zagrożony spadkiem. Na dwie kolejki przed końcem podopieczni Aleksandara Vukovicia mają tylko punkt przewagi nad czerwoną kreskę i przed sobą dwa pojedynki z bezpośrednimi rywalami o byt w Ekstraklasie – najpierw z Koroną, a potem Piastem.
Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji klub, który wydał na transfery rekordowe 22 miliony euro, raczej nie powinien opuszczać gardy z pokory, tak na wszelki wypadek. Przy al. Piłsudskiego stało się jednak dokładnie na odwrót. Pesymistyczne nastroje, przynajmniej chwilowo, zostały zastąpione euforią po ostatnim zwycięstwie 3:1 z Lechią.
Zwycięstwie, podkreślmy, WBREW WSZYSTKIM! Trzeba przyznać, że zamknął Widzew usta tą wygraną pożal się Boże mediaworkerom, którzy już wieszali psy na wielkim RTS-ie!
Wbrew wszystkim, czy wbrew sobie? Widzew ucisza dziennikarzy
Pomeczowe kulisy Widzewa otwierają wypowiedzi Mateusza Borka i Adama Sławińskiego z Kanału Sportowego oraz Dawida Dobrasza z Meczyków, które – zdaniem działu marketingu łódzkiego klubu – brutalnie zostały zweryfikowane przez rzeczywistość.
– Ja byłem zażenowany tym, co zobaczyłem w pierwszej połowie – mówił Borek po porażce z Legią na Łazienkowskiej.
– Takie procentowe szanse na utrzymanie, te 40 punktów w tym sezonie, to jest jest około 53. proc. szans – wyliczał wówczas Sławiński.
– To jest następny mecz Widzewa, który przegrany jest w końcówce – Radomiak, Jagiellonia… – dodawał Dobrasz.
Z jednej strony rozumiemy euforię po zwycięstwie, to naturalne zwłaszcza w takim okolicznościach, ale bądźmy poważni. Wszystkie przytoczone cytaty… są prawdą. Brutalną dla Widzewa prawdą, której nie ma sensu pudrować.
W meczu z Legią Vuković i spółka nie pokazali absolutnie nic. Przez całe 90 minut oddali ledwie jeden celny strzał na bramkę, wypracowując przy tym oszałamiającą średnią 0.30 xG (choć w tym kontekście bardziej odpowiednie byłoby XD).
Próg czterdziestu punktów, dotąd uważany za gwarant utrzymania, w tym sezonie przestał być pewnikiem. Inna sprawa, że Widzew tylu oczek na swoim koncie wciąż nawet nie ma.
A jeśli chodzi o kolejny przegrany mecz w końcówce, nie zgadniecie, to również fakt! Nie tak dawno policzyliśmy, że gdyby spotkania z udziałem Widzewiaków kończyły się przed upływem 90. minuty, to ci walczyliby o puchary zamiast utrzymania.
Jeśli więc zwycięstwo z Lechią było, jak twierdzi Widzew, WBREW WSZYSTKIM, to do tego grona zaliczać się powinni przede wszystkim piłkarze Widzewa, którzy wreszcie kopnęli w piłkę zamiast w czoło. Ale na buńczuczne prężenie muskułów, przystawianie palców do ust i robienie calmy a la Ronaldo na Camp Nou jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie.
CZYTAJ WIĘCEJ O WIDZEWIE ŁÓDŹ NA WESZŁO:
- Oficjalnie: Widzew rozwiązał umowę z byłym trenerem
- Widzew pożegna się z niewypałem transferowym? Jest chętny
- Media: Widzew może wydać na niego 5 mln euro
Fot. Newspix
Artykuł Widzew kopnął w piłkę zamiast w czoło. I już pręży muskuły! pochodzi z serwisu weszlo.com.