Polska liga rośnie w siłę, choć niekoniecznie odczuwamy ten fakt po przyjemności z jej oglądania w tym sezonie. Niektóre zmiany są szybkie i gwałtowne, co sprawia, że nasze kluby pewnych rzeczy muszą uczyć się na żywym organizmie, bez okresu przejściowego. Jak na dłoni widać to po transferach. Można postawić tezę, że nauczenie się dokonywania dobrych zakupów za dużo większe niż dotychczas pieniądze jest największym wyzwaniem dla dyrektorów sportowych polskich klubów na najbliższe lata.
Liczby mówią same za siebie. Opierając się na danych zebranych przez Transfermakt wynika, że w ciągu czterech sezonów same kwoty transferowe wydawane przez ekstraklasowiczów wzrosły sześciokrotnie. W sezonie 2022/23 wyniosły raptem 9,26 mln euro. Rok później 13,5 mln euro. W ubiegłym sezonie już 22,5 mln euro, ale to nadal tyle, ile teraz wyciągnął z portfela sam właściciel Widzewa Łódź, Robert Dobrzycki. Sezon 2025/26 to łącznie blisko 60 mln euro, które kluby Ekstraklasy przeznaczyły na transfery gotówkowe.
Dlaczego polskie kluby na razie nie potrafią dobrze wydawać dużych pieniędzy?
Widzew jest oczywiście liderem tego wyścigu, on w największym stopniu go napędza, ale nie działa w próżni. Rekordy zakupowe w ostatnich miesiącach bili też w:
- Legii Warszawa (Mileta Rajović),
- Lechu Poznań (Yannick Agnero),
- Pogoni Szczecin (Sam Greenwood – tutaj trzymamy się wersji Alexa Haditaghiego i deklarowanych dwóch milionów euro),
- Koronie Kielce (Tamar Svetlin),
- GKS-ie Katowice (wykup Mateusza Kowalczyka),
- Jagiellonii Białystok (Kajetan Szmyt),
- Motorze Lublin (Karol Czubak i Fabio Ronaldo),
- Wiśle Płock (Deni Jurić).
W niektórych przypadkach rekord zmieniał się więcej niż raz w trwającym sezonie. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że olbrzymi wzrost wydatków na nowych piłkarzy w zdecydowanie zbyt małym stopniu przekłada się na boiskową jakość.
W letnim i zimowym okienku nasze kluby pozyskały aż dwunastu zawodników kosztujących przynajmniej 1,5 mln euro (nie licząc wykupionego przez Raków Jonatana Brauta Brunesa). Z tego grona na dziś sprawdzają się tylko Przemysław Wiśniewski i od biedy Kamil Piątkowski.

W pozostałych przypadkach pojawiają się mniejsze lub – często – większe zastrzeżenia.
– Kilka z tych transferów dotyczyło Polaków, a wtedy całościowa perspektywa może być trochę zamazana. Każdy klub chciałby mieć jak najwięcej rodzimych piłkarzy w kadrze, ale wiadomo, że oni przeważnie są po prostu drodzy – uważa Mateusz Ożóg z MVP Agency, reprezentującej m.in. Robina Gosensa, Mahira Emreliego, Dawida Błanika i Marcina Wasielewskiego.
– Chęć posiadania Polaków i patrzenie na nich przez różowe okulary jest jednym z powodów tego zjawiska. Po czasie wychodzi, że niektórzy zostali przepłaceni, aczkolwiek takie ukierunkowanie jest poniekąd naturalne. Nie ma problemów językowych. Polski piłkarz ma już jakieś kontakty w ekstraklasowej szatni, nie wchodzi do zupełnie nowego środowiska. Odpada w zasadzie kwestia aklimatyzacji czy większość spraw rodzinnych, bo jednak czym innym jest przeprowadzka z miasta do miasta niż z kraju do kraju. Widzimy jednak, że Polak z nazwiskiem kosztuje dużo, a niekoniecznie gwarantuje nagły skok jakości – dodaje.
Przykłady Legii czy Widzewa faktycznie pokazują, że samo nasprowadzanie aktualnych lub niedawnych reprezentantów Biało-Czerwonych nie załatwia sprawy.

Rajović nie strzela, Bukari nie gra
To jednak na pewno nie wyczerpuje tematu, bo z powyższej dwunastki Polacy są tylko czterema przypadkami. Do tego dochodzi wewnętrzny transfer Steve’a Kapuadiego z Legii do Widzewa. Pozostali to obcokrajowcy, którzy dotychczas nie mieli nic wspólnego z polskim rynkiem i właśnie kupowanie tego rodzaju zawodników na razie przysparza najwięcej trudności.
Bogdan Mircetić nie dobił jeszcze do stu minut rozegranych w Ekstraklasie, a kosztował Raków półtorej bańki. Andi Zeqiri okazał się totalnym niewypałem w Widzewie (jeden gol w lidze, dwa w Pucharze Polski), a przecież przychodził jako wielka gwiazda, dla której podstawiono prywatny samolot właściciela. Sam Greenwood po przyzwoitym początku coraz bardziej zawodzi. Ostatnio trudno go nawet uznać za ligowego szaraka. Yannick Agnero po kilku miesiącach przestał być memem w Lechu Poznań, w końcu zdobył parę bramek, ale to tyle.
Mileta Rajović wygląda na napastnika bez atutów, wiele już o tym napisano. Duńczyk znajduje się na potężnym minusie względem tego, co powinien strzelić, a ile naprawdę strzelił – sześć goli w Ekstraklasie przy xG wynoszącym aż 12.33! W dużej mierze przez jego nieskuteczność Wojskowi tak fatalnie punktowali jesienią i prawdopodobnie nie dostaną się nawet do eliminacji Ligi Konferencji.
Emil Kornvig z zewnętrznych nabytków Widzewa prezentuje się najlepiej. Tu jest duża szansa, że na dłuższą metę się obroni, ale wiosną Aleksandar Vuković długo męczył go w roli prawego wahadłowego/prawego pomocnika, a to piłkarz od zawsze operujący głównie w środku pola. Z Lechią po dłuższej przerwie zagrał właśnie tak ustawiony i od razu miał wielki udział przy dwóch golach swojej drużyny.

Emil Kornvig
Chęć szukania młodszych piłkarzy
Mateusz Ożóg: – Polskie kluby dysponując coraz większymi budżetami nadal wiele transferów dokonują w charakterze inwestycji. Chodzi więc o piłkarzy w stosunkowo dobrym wieku, mających jeszcze potencjał sprzedażowy. A tacy zawsze są najdrożsi. Gdy sprowadzasz 29-letniego obcokrajowca za milion euro, wiadomo, że on ma być potrzebny na teraz. I w takich przypadkach często jakość piłkarska byłaby pewnie wyższa niż w przypadku zawodnika do 25. roku życia. Wtedy jego aktualne umiejętności są tylko częścią kwoty transferowej, potem płacisz już za potencjał, który masz szansę rozwinąć. Sądzę, że gdyby nasze kluby wydawały takie kwoty wyłącznie na gotowców, trafionych ruchów za milion euro w górę mogłoby być trochę więcej.
– Pamiętamy wszyscy żarty o 30-letnich Słowakach czy Hiszpanach. Wśród nich także znalazły się postaci, które dużo wniosły do ligi i nawet zostały legendami, ale dziś kluby już z założenia nie patrzą w takich kierunkach. Bardzo często mają już określone limity wieku i nie tylko. Precyzyjne wymagania co do parametrów motorycznych i innych statystyk stały się normą. Wszystko jednak w granicach pewnej grupy wiekowej, co ogranicza pole manewru – dodaje.
– Polscy dyrektorzy sportowi typu Dariusz Adamczuk nie mają doświadczenia w wydawaniu większych pieniędzy. Nasi działacze byli przyzwyczajeni do funkcjonowania w realiach „szukamy za darmo lub za niewielkie kwoty odstępnego”. W takich okolicznościach możesz głównie wygrać. Zawodnik odpala, masz sukces transferowy. A jeśli nie wyjdzie, to trudno, bierzemy następnego – mówi nam anonimowo osoba, która doskonale zna realia polskiego rynku. Dla potrzeb tekstu nazwijmy go „panem X”.
Potrzeba lepszej weryfikacji przed podpisem
Właśnie o takie „inwestycyjne” transfery Robert Dobrzycki miał w Widzewie pretensje do poprzedniego dyrektora sportowego Mindaugasa Nikoliciusa. Właściciel chciał przyspieszyć proces, pokonać kilka szczebli jednym susem, dlatego oczekiwał milionowych ruchów znacznie podnoszących jakość. Takich mieli zimą dokonać Dariusz Adamczuk i Piotr Burlikowski. Wiemy, co z tego wyszło. Większość na tę chwilę nie spełnia oczekiwań, a Łodzianie nadal nie są pewni utrzymania.

Flagowym przykładem całego problemu jest rzecz jasna kupno Osmana Bukariego. Jeśli do Ekstraklasy przychodzi gość za 5,5 mln euro, musi być gwiazdą. Nie ma innej możliwości. W samym Widzewie zresztą Adamczuk i spółka zapowiadali, że Ghańczyk przychodzi, żeby błyszczeć w lidze i jeśli stanie się inaczej, będzie to ich porażka. Ciąg dalszy znamy. Bukari najbardziej przydał się… przy rozdawaniu kwiatów na dzień kobiet.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zarówno przy Rajoviciu, jak i Bukarim od początku widać było wiele czerwonych flag. To nie tak, że dziennikarze i eksperci rozpływali się nad tymi ruchami, a potem je krytykowali. Nie. Od razu pojawiało się mnóstwo opinii i ostrzeżeń, że nie mówimy o zawodnikach wartych góry pieniędzy. Mimo to w Warszawie i Łodzi zdecydowali się na ich zatrudnienie.
Pan X: – Coraz więcej polskich klubów już dostrzega ten problem i zaczyna pracować nad systemami ewaluacji zawodników. Chcą zrozumieć, czy dany zawodnik obiektywnie jest warty wydania na niego 1-2 mln euro, czy nawet więcej. Obserwując Widzew, mam wątpliwości, czy tam takie pytania sobie zadawali chociażby przy Bukarim. Gdybyś przyjrzał się jego liczbom i zajrzał trochę głębiej, konkluzja w dziale sportowym powinna brzmieć, że takich piłkarzy, w takim wieku, o takiej charakterystyce i takich statystykach, jesteśmy w stanie znaleźć w cenie nawet trzykrotnie niższej. Wychodzi tu brak doświadczenia i brak obiektywnych narzędzi, które pomagają w minimalizacji ryzyka.
I dodaje: – Z zimowego zaciągu Widzewa sprawdził się przede wszystkim Przemysław Wiśniewski, czyli transfer najmniejszego ryzyka. Brakuje mi tu strzałów mniej oczywistych za większe pieniądze. Z uwagą będę śledził rozwój Yannicka Agnero. W Halmstad miał ciekawsze „głębsze” liczby i jeszcze nie spisywałbym go na straty w Lechu.

Czy kluby robią wszystko, żeby pomóc piłkarzom w aklimatyzacji?
Mateusz Ożóg z kolei zwraca uwagę na to, że być może polskie kluby mają jeszcze duże rezerwy jeśli chodzi o proces aklimatyzacji niektórych zawodników.
– Po czasie okazuje się, że wiele rzeczy można było zrobić inaczej i lepiej poprowadzić piłkarza. Z boku najłatwiej powiedzieć, że mu się nie chciało, zabrakło zaangażowania lub był zwyczajnie za słaby. A rzadko wytłumaczenie jest tak proste. W wielu przypadkach kluczowe jest podejście trenera. Najwybitniejsi fachowcy na świecie często nie są absolutnie najlepszymi taktykami czy specami od przygotowania motorycznego, tylko najlepszymi psychologami, rozmówcami i przyjaciółmi piłkarzy. To zrobiło różnicę u Juergena Kloppa, Carlo Ancelottiego i innych. Za nimi wszyscy zawodnicy skoczą w ogień – zauważa.
– Być może czasem nowi w klubie na początku za bardzo są pozostawieni sami sobie i za dużo się od nich wymaga w aspekcie czysto życiowym. Każda nacja i grupa kulturowa ma inne uwarunkowania, nie da się tu wszystkich zmierzyć jedną miarą. Inaczej podchodzisz do Polaka, Słowaka, Czecha czy zawodników z Bałkanów, a inaczej do Portugalczyka i Brazylijczyka. Uwzględnienie różnic charakterologicznych i wyciągnięcie ręki w tym kontekście może sprawić, że piłkarz pokaże pełnię swoich możliwości. W innym razie jest ryzyko, że w Polsce nigdy nie odpali, a po jakimś czasie po jego występach w innym kraju zdziwimy się, dlaczego w Ekstraklasie nie mógł grać tak samo. Sądzę, że tutaj jeszcze niektóre kluby mają do wykonania większą robotę niż w samym skautingu. Zamiast zindywidualizowanego podejścia mamy tylko dokręcanie śruby, gdy na początku coś nie idzie – analizuje Ożóg.
Jego zdaniem sam proces selekcyjny kandydatów do transferu stoi już u nas na całkiem wysokim poziomie. – Strukturalnie coraz więcej naszych klubów niczym w tym aspekcie nie odstaje od zachodniej konkurencji, a czasami nawet ją przewyższa. Tutaj nie szukałbym jednej z głównych przyczyn. Pytanie, czy nasza „szkoła skautingu” nie zwraca uwagi na trochę inne rzeczy niż skauci z zagranicy. U nas decyduje parametr motoryczny, to absolutna podstawa. Jest to uzasadnione, bo mamy ligę bardzo fizyczną. Kluby raczej nie wezmą czarodzieja z piłką przy nodze, który zostanie zadeptany. Być może aż za bardzo przesunęliśmy suwak w tę stronę, choć de facto taki jest współczesny futbol, trudno się z tym kłócić – komentuje Ożóg.

Finansowo niczego nie urywamy, ale dla europejskich średniaków stajemy się konkurencją
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Kluby Ekstraklasy zaczęły wydawać znacznie więcej, ale w skali Europy wciąż mówimy o drobnych. Dopiero co na Weszło akcentował to trener GKS-u Katowice, Rafał Górak.
– Nawet teraz chyba nadal nie jesteśmy średniakiem europejskim. Finansowo jeszcze nam daleko do realiów lig nieraz niekoniecznie lepszych niż polska. Chcąc brać udział w tych igrzyskach i z powodzeniem grać w europejskich pucharach, o czym często mówi świat publicystyczny, trzeba zdawać sobie sprawę, że budżety klubów muszą być coraz wyższe. My bez pieniędzy nie zrobimy nic. Jasne, później sztuką jest ten pieniądz wydać racjonalnie i przygotować zespół najlepiej jak się da. Ale patrząc na chłodno, mimo wyraźnego kroku do przodu, rynkowo wciąż dupy nie urywamy, więc spokojnie – mówił w lutym szkoleniowiec GieKSy.
Rafał Górak – wywiad
Z tym poglądem zgadza się Pan X: – Wzrost budżetów nie sprawił, że nagle przed naszymi klubami otworzyły się dotychczas niedostępne rynki. Co najwyżej trochę bardziej otworzyła się Skandynawia, to największa różnica. Wcześniej zawodnicy z takim statusem w lidze norweskiej jak Emil Kornvig nie przyszliby do Polski. On już jednak dużego potencjału sprzedażowego nie ma, to ma być jakość na tu i teraz. Brakuje mi ruchów, na których kiedyś możesz jeszcze zarobić. Widzew latem próbował z piłkarzami typu Akere, ale potem obrał inną drogę.
Z drugiej strony, na tych rynkach, na których mocniej się udzielamy, znaczymy coraz więcej. – Od ludzi z klubów zagranicznych będących na podobnej półce słyszę narzekania. Narzekania, że przebić finansowo kluby Ekstraklasy naprawdę nie jest łatwo. To grupa klubów w Europie, które generalnie skautują mniej więcej tych samych piłkarzy. Mówię tu o klubach austriackich, szwajcarskich, duńskich, średniakach portugalskich, holenderskich czy belgijskich. Grono piłkarzy do obserwowania wcale nie jest tu tak liczne, jak mogłoby się wydawać. I na tym tle możemy rywalizować na pieniądze. Nieraz trafiają do nas nazwiska, które całkiem uznane europejskie marki też chciałyby mieć u siebie – podkreśla Mateusz Ożóg.
Co nie zmienia faktu, że nadal mówimy o niższej półce finansowej. Jeden z moich rozmówców zauważył, że na Zachodzie 1-2 mln euro nieraz wydaje się na zawodnika do akademii, a w Polsce ktoś za takie pieniądze powinien być czołową postacią w pierwszym zespole. W takich realiach się obracamy.

Walka ze stereotypami trwa
A mimo to można mieć przeświadczenie, że spora kasa do rozdysponowania trochę uśpiła niektórych dyrektorów i skautów. Wiem, że silę się na bardzo trywialne porównanie, ale zapewne wielu z was doświadczyło tego zjawiska w wirtualnej rzeczywistości podczas gry w Football Managera. Gdy byliście małym klubem, z lichym budżetem, potrafiliście całymi dniami przeszukiwać niezwykle uważnie nawet bardzo egzotyczne rynki, żeby wyhaczyć jakąś perełkę za grosze. Kiedy natomiast rośliście i pieniądze przestawały być największym problemem, wasza czujność spadała, stawaliście się mniej skrupulatni i bardziej chętni, żeby iść na gotowe. Do pewnych poziomów już się nie zniżaliście.
Pan X przekonuje, że takie porównanie wcale nie jest bez sensu i podaje przykład z życia. – W jednym z polskich klubów poszła informacja, że może wydać ponad milion euro na transfer na określoną pozycję. Skauci zaczęli podsyłać oczywiste tematy, które były już ograne. Ich kreatywność spadła. Polskie kluby nadal muszą próbować kupować jak najtaniej. Teraz mogą robić to na nieco wyższych półkach i po to są działy skautingu, żeby czasami wymyślić coś nieoczywistego. Ściągnięcie takiego Kornviga, jeśli ma się kasę, nie jest żadną skautingową filozofią. Wiadomo, że jak chłop ma takie liczby w norweskiej ekstraklasie i wyróżnia się w Lidze Europy, to będzie się wyróżniać w Widzewie. Nie tędy droga – komentuje.
Z rozmów z ludźmi siedzącymi na co dzień w tym segmencie środowiska piłkarskiego można dostrzec jeszcze inne przeszkody, które raczej nie dotyczą lig zachodnich. Przede wszystkim, mimo niesamowitego podskoczenia w rankingu UEFA dzięki Lidze Konferencji, ciągle nic nie znaczymy w Lidze Mistrzów i Lidze Europy. A w takim razie na wejściu nic nie znaczymy w oczach wielu piłkarzy i agentów. Trzeba się nagimnastykować, mnóstwo rzeczy tłumaczyć i pokazywać, żeby zmienić wizerunek Ekstraklasy.
Ponadto Polska jako kraj nadal powszechnie jest postrzegana na Zachodzie jako uboga, stereotypowa Europa Wschodnia, gdzie po ulicach spacerują niedźwiedzie. No, w tym ostatnim przypadku akurat zaraz może nie być to mit, ale mówimy o temacie na zupełnie inną opowieść. Potrzebny jest po prostu czas i jeśli nie zejdziemy z właściwej ścieżki, za kilka lat wizerunek Ekstraklasy siłą rzeczy stanie się znacznie lepszy i rzadziej trzeba będzie tłumaczyć oczywistości.

Potrzeba cierpliwości dla zawodników ze słabszych lig
Powstaje jeszcze pytanie, czy tak duże problemy na polskich boiskach zawodników kosztujących po kilka milionów euro nie świadczą przypadkiem… dobrze o poziomie naszych rozgrywek.
– Mamy ligę bardzo fizyczną, dość intensywną i szybką. Mogłaby być w większym stopniu techniczna, z większą jakością piłkarską, ale jeśli łączysz wszystkie te rzeczy, to raczej idziesz do lepszego miejsca niż Ekstraklasa. Dla tych nieco słabszych Polska może być ligą przygotowującą do gry na Zachodzie, bo pod wieloma względami ich zweryfikuje. Jeżeli ktoś zostanie stłamszony w Ekstraklasie, to prawdopodobnie jego miejsce jest gdzieś na Cyprze. Nie uważam tego za wadę naszej ligi – ocenia Mateusz Ożóg.
Pan X: – Gdy kupujesz obiecującego chłopaka ze słabszej ligi, nie możesz oczekiwać, że od razu będzie wiodącą postacią. To tak nie działa. Ekstraklasa jest bardzo konkurencyjna, jej średni poziom rośnie i trudno się do niej wchodzi przychodząc z Bułgarii, Serbii, Chorwacji i tak dalej.
Sumując to wszystko, wychodzi, że mimo potężnych wzrostów kwot transferowych w Ekstraklasie, kluby obracają się na podobnym poziomie jakości co wcześniej. Różnica w tym, że mogą dziś kupić na takiej półce kogoś mającego 24-26 lat, z regularną grą w poprzednim zespole i bez pokaźnej kartoteki zdrowotnej, zamiast weterana po przejściach. Muszą jednak nauczyć się oceniać, kto jest warty głębszego sięgnięcia do sakiewki, a kogo lepiej odpuścić.
Kulminacja wyścigu zbrojeń dopiero przed nami?
Czy w takim razie można nastawiać się, że czeka nas latem kolejne rekordowe okienko i idący jeszcze dalej wyścig zbrojeń?
– Myślę, że zwiększy się grono klubów raczej wydających niż oszczędzających. Mamy teraz pięć miejsc pucharowych, na które jest mnóstwo chętnych. A występy w Europie mogą robić różnicę w temacie przychodów. Nikt nie będzie chciał odstawać, gdy większość wokół inwestuje. Ekstraklasa znajduje się w momencie przetasowań i tworzenia nowego układu sił. Część klubów o pierwszej piątce będzie myślało głównie w gabinetach, bez publicznych deklaracji, ale te ambicje będą. Nie spodziewam się wysypu transferów po 3 mln euro i więcej, ale sensowne – przynajmniej na papierze – zakupy za 1-1,5 mln euro powoli mogą stawać się standardem – przewiduje Mateusz Ożóg.
Pan X lekko obawia się rozgrzanych głów dyrektorów i prezesów. – Naprawdę mało jest u nas klubów, które długofalowo akceptują to, że co najwyżej mogą być w środku tabeli, a ewentualny spadek nie byłby dramatem. Ciągle w naszej piłce brakuje cierpliwości i chłodnej głowy. Opinie potrafią się zmieniać co tydzień, co jest bardzo trudne dla młodych zawodników. Na tym tle podoba mi się Lech Poznań. Jest stabilny, długoterminowo wiemy, czego się po nim spodziewać i co tam będą robić – stwierdził.
Przy problemach Legii i pięciu pucharowych miejscach można zakładać, że 3/4 ligi będzie celowało, przynajmniej kuluarowo, w walkę o czołowe lokaty. Oby tylko ten kluczowy dla Ekstraklasy okres nie zakończył się toną przepalonej gotówki i trudnymi do spłacenia długami. To, jak kluby wykorzystają czas prosperity, będzie najważniejsze dla naszej piłki klubowej w perspektywie następnej dekady.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. FotoPyK/Newspix
Artykuł Dlaczego milionowe transfery w Ekstraklasie to głównie pudła? pochodzi z serwisu weszlo.com.