Nieprzypadkowo wyścig Paryż-Roubaix określa się jako „Piekło Północy”. Kolarze dużą jego część jadą po bruku, na którym, to cytat z zawodnika: „Czujesz się jak na wojnie, bo facet obok nagle wylatuje jak z katapulty”. Ten wyścig jest tak morderczy, że nie zdążył go dotąd wygrać nawet Tadej Pogacar. W tym roku, dzień przed zmaganiami zawodowców, na legendarnej trasie startowali amatorzy, a wśród nich rzecznik prasowy Motoru Lublin. Karol Młot od dziecka pasjonuje się kolarstwem. Posłuchajcie, jak przeżył to ciężkie, ale jednocześnie piękne doświadczenie.
To miał być dzień, w którym Tadej Pogacar udowodni, że jest jednym z najlepszych kolarzy w historii. W niedzielę genialny Słoweniec pragnął zwyciężyć w Paryż-Roubaix, ostatnim kolarskim monumencie, którego jeszcze nie wygrał. Na trasie szło mu świetnie, ale dojechał drugi, bo finisz, który co roku odbywa się na torze kolarskim w Roubaix, przegrał z Belgiem, Woutem van Aertem. – Gdy wjechaliśmy na welodrom, miałem nogi jak spaghetti – mówił Pogacar, kolarz, wydawałoby się, niezniszczalny. Ale Paryż-Roubaix – wyścig, liczący obecnie 259 km, z czego aż 55 km to segmenty po „kocich łbach”, XIX-wiecznej kostce brukowej, potrafi złamać każdego.

Wout van Aert i Tadej Pogacar na bruku
Kolarze o legendarnym wyścigu Paryż-Roubaix: „To definicja piekła”
W 1985 roku na prowadzeniu był Holender Theo de Rooij. Wydawało się, że może wygrać, ale upadł. „Ten wyścig jest bez sensu! Tyrasz jak zwierzę, nie masz czasu się wysikać, wszystko masz mokre. To jedno wielkie gówno!” – krzyczał podczas wywiadu dla CBS.
– Co tam się działo na odcinkach brukowych za moich czasów. Pamiętam zwłaszcza jeden, Beuvry-La-Foret. Liczył 1500 m. Trzeba było wybrać, czy jedziesz po kostkach brukowych, na których przemieszczasz się wolniej, czy bokiem, po szybszej ścieżce, ale na niej co chwilę były górki i dołki. Facet obok nagle wylatywał z roweru jak z katapulty. Zupełnie jakbyś był na wojnie, a twoich kolegów dosięgałyby granaty – opowiadał mi w 2014 roku Cezary Zamana, który ukończył ten wyścig dwukrotnie (1993, 1994).
Fabian Cancellara, wybitny specjalista od klasyków, powiedział kilkanaście lat temu, że Wyścig Dookoła Flandrii wygrywa najlepszy zawodnik, a Roubaix – najtwardszy. To monument, który nazywany jest „Piekłem Północy” i nie ma w tym określeniu cienia przesady. Jego niektóre odcinki brukowe obrosły w legendę: jak Arenberg, gdzie kostki były kładzione w czasach Napoleona I. Włoski kolarz, Filippo Pozzato, powiedział kiedyś: „To miejsce to definicja piekła”. Druga słynna sekcja to Carrefour de l’Arbre – nieco krótsza, położona bliżej mety, ale bardzo trudna technicznie. Dlatego to tam bardzo często rozstrzygają się losy wyścigu.
Van Aert i Pogacar finiszowali w Roubaix w niedzielę, a w sobotę w tym samym miejscu na metę wjeżdżali amatorzy, którzy zdecydowali się wziąć udział w Paris-Roubaix Challenge. Do wyboru mieli trzy dystanse. Na środkowy – 145 km, w tym 19 sekcji brukowych, m.in. te najtrudniejsze, zdecydował się Karol Młot – prywatnie kolarz amator i wielki pasjonat rowerów, a zawodowo rzecznik prasowy Motoru Lublin. Posłuchajcie, jak to wspomina.
***
Jakub Radomski: Było ciężej, niż się spodziewałeś?
Karol Młot, rzecznik prasowy Motoru Lublin: Chyba nie. Ale było naprawdę ciężko. Spodziewałem się, że sektory brukowe będą bardzo trudne. Wiedziałem, że to nie są „kocie łby”, które znamy z Polski. Na pierwszy ogień poszedł Arenberg. Ponad 2 km po bruku, od razu było bardzo mocno. Plus był taki, że kolejne dwa segmenty brukowe wydały mi się trochę łatwiejsze. Można było nieco dołożyć.
Trenowałeś jakoś specjalnie pod tego typu nawierzchnię?
No właśnie nie. Ja w ogóle w tym roku mało jeździłem na rowerze. W lutym skręciłem kostkę i przez ponad miesiąc byłem wyłączony z jeżdżenia. Tydzień przed zawodami zachorowałem. Nie było jak się przygotować. W tym roku nie przejechałem na żadnym treningu 100 km. Najwięcej zrobiłem 75 km, a tutaj trzeba było pokonać prawie dwa razy więcej.

Karol Młot na trasie legendarnego wyścigu. Fot. Sportograf Team
Rzecznik Motoru Lublin o Paris-Roubaix Challenge: Byliśmy wykończeni, a tu nagle tak duże trudności
Które miejsca były najcięższe?
Te, o których pisze się najwięcej: Arenberg, a później Carrefour de l’Arbre. Na ten drugi sektor wjechaliśmy, mając już po 120 km w nogach, z tego 25 po bruku. Byliśmy zmęczeni, a tu nagle tak duże trudności. Natężenie tych odcinków, ich częstotliwość w końcówce, sprawia, że to jest trudne wyzwanie.
Jak to w ogóle można opisać?
Ciężko to do czegokolwiek porównać, ale jazda po bruku w takim wyścigu nasuwa mi do głowy dwa słowa: „chaos” i „rzeź”. Rzeź, bo podczas jazdy boli cię wszystko i szukasz sobie właściwego toru, ale wszędzie jest krzywo, nie pomagają ci przerwy między kostkami.
Chaos, bo wokół siebie masz innych zawodników: jedni jadą wolniej, inni szybciej. Ty chcesz pojechać swoim tempem, choć w głowie masz bardziej myśl: „Pragnę to przejechać jak najszybciej, żeby jak najkrócej bolało”. Musisz omijać niektórych gości, a jednocześnie uważać, żeby ktoś inny w ciebie nie wjechał. Trzeba, mimo olbrzymiego zmęczenia, mieć oczy dookoła głowy.
Wybrałeś środkowy z trzech dystansów.
Tak, na najdłuższy (170 km i 30 odcinków brukowych – przyp. red.) nie czułem się gotowy. Razem z kolegą, Kacprem, z którym pojechaliśmy do Francji, zobaczyliśmy, że środkowy dystans zaczyna się od Arenbergu, więc powiedzieliśmy sobie: „Jak jechać do Roubaix, to trzeba zmierzyć się z tym miejscem”. To niesamowity wyścig, naprawdę. Kończąc go, spełniłem jedno z największych kolarskich marzeń. Gdy przyjeżdżaliśmy przez kolejne miasteczka, obok trasy było całkiem sporo kibiców, a przecież jechali amatorzy, a nie zawodowcy. Ludzie nas oklaskiwali, krzyczeli: „Allez! Allez!”. A gdy wjechałem na ten słynny welodrom w Roubaix, na którym znajduje się meta, czułem ciarki na całym ciele. A później wielką radość.
Podczas Paris-Roubaix Challenge nie mierzy się czasu, prawda?
Zgadza się. To w zasadzie nie był wyścig, tylko challenge. Ruszaliśmy o siódmej rano, był limit, żeby dojechać do Roubaix na 17.00. Nie mierzono nam czasu. Wiele osób chciało go po prostu ukończyć, już to było wyzwaniem. Sam tak do tego podszedłem. Chciałem czerpać radość z każdego kilometra, o ile będzie to możliwe. Powiedzmy, że było (śmiech). Satysfakcja była przeogromna.

Karol na welodromie w Roubaix. Fot. Sportograf Team
Dzień po nas jechali zawodowcy, więc postanowiliśmy zostać, pokibicować przy trasie i zobaczyć, jak ten wyścig wygląda z bliska. Pojechaliśmy do lasku Arenberg, była tam strefa kibica, telebim, było czuć kolarskie święto. Stanęliśmy mniej więcej pośrodku sektora, gdy przejeżdżali kolarze. Potwierdziły się słowa, że ten wyścig to jeden wielki chaos.
Karol Młot o kontrowersjach wokół Polaka: Myślałem, że gość robi sobie jaja
Śledziłeś pewnie temat Wojciecha Kluka – Polaka, który startował na najdłuższym dystansie i chwalił się później w mediach społecznościowych, że wygrał piekielny wyścig dla amatorów. Jedni mu gratulowali, inni zaczęli szydzić czy krytykować.
Nie wiem, na jakich zasadach odbywało się to na dłuższym dystansie i czy startujący tam umówili się na ściganie, czy nie. Z jednej strony fajnie, że on sobie postawił cel i potraktował to jako rywalizację, ale z drugiej to był challenge, a nie ściganie o prestiżową wygraną – na stronie zawodów wyraźnie było to zaznaczone. Jednocześnie uważam, że trochę za duży szum się wokół tego zrobił. Pamiętam, że gdy zobaczyłem film, na którym chwalił się ze zwycięstwa, myślałem, że gość robi sobie jaja. Z biegiem czasu dotarło do mnie, że to wcale nie był performance.
Jak w ogóle zaczęła się twoja pasja do kolarstwa?
W dzieciństwie, podczas wakacji, regularnie oglądałem Tour de France i inne wyścigi. Pamiętam, że Paryż-Roubaix należał do moich ulubionych, bo bardzo dużo się w nim działo. Było wiele kraks, defektów i upadków. Jednym słowem – wiele złych rzeczy, które mogą przydarzyć się kolarzom. A jeździć zacząłem trzy lata temu. Kupiłem rower szosowy, ale nie mam ambicji, by być najszybszym kolarzem-amatorem. Wiem, że nigdy nie będę. Robię to dla siebie, próbuję cieszyć się okolicą, naturą.
Startowałeś wcześniej w jakichś innych znanych wyścigach?
Tak, ale w Polsce. Dwa razy brałem udział w Majka Days w Dobczycach, wyścigu organizowanym przez Rafała Majkę. Do tego Rajdy Dla Frajdy – to impreza, podczas której ważny jest sam fakt, że możesz przejechać trasę z innymi kolarzami. Brałem również udział w Rajdzie Doliną Dunajca. Jako kibic staram się regularnie być na Tour de Pologne. Byłem w Turynie, gdy startowała tam hiszpańska Vuelta. Teraz zamierzam pojawić się w Barcelonie na Tour de France. Bilety na samolot i noclegi mam już ogarnięte, pytanie tylko, czy uda się to połączyć z obecną pracą (śmiech).
Masz jakieś najpiękniejsze miejsce, w którym byłeś na rowerze?
Odpowiem jak lokalny patriota – Jezioro Czorsztyńskie. Bardzo ładne są rejony słowackiej Żyliny. Podobało mi się w okolicach hiszpańskiego Calpe. Wjechałem tam na słynną przełęcz Coll de Rates. Mam nadzieję, że wspaniałe doświadczenia jeszcze przede mną. Nie mam na ten moment mocno sprecyzowanych planów i marzeń wyścigowych. Ale na pewno chciałbym wybrać się do Francji i wjechać na L’Alpe d’Huez i Mont Ventoux. To kultowe miejsca.
ROZMAWIAŁ: JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl / Sportograf Team
WIĘCEJ O KOLARSTWIE NA WESZŁO:
- Jeszcze nie tym razem. Tadej Pogacar znów drugi
- Polskie kolarstwo czeka kryzys. Gwiazdy zakrywały kłopot
- Zimowe igrzyska w przyszłości, czyli biegi, kolarstwo i judo?
Artykuł Rzecznik Motoru ukończył słynny wyścig. „Chaos i rzeź” [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com.