Widzew w ofensywie to od dłuższego czasu obraz żenujący i nie dajcie się zwieść tej niedawnej wygranej z Lechem. Można zagrać słabo, można mieć gorszy dzień, można przegrać, zremisować, wszystko można. No, prawie wszystko. Nie można bowiem zagrać meczu w piłkę nożną, w którym nie robisz niczego, by wygrać. Coś takiego nie ma zbyt wiele z piłką nożną wspólnego. Z Górnikiem Widzew oddał tak po prawdzie ze dwa strzały. Jeden zablokowany, drugi niecelny. W dodatku pierwszy z nich dopiero w 76. minucie. Reszta pałętająca się w sprawozdaniach z tego spotkania to jakiś statystyczny szum. I nie ma sensu choćby w najmniejszym stopniu bronić postawy drużyny, która odwala taką manianę.
Przyznawałem pewną rację trenerowi Vukoviciowi, kiedy ten na przedmeczowej konferencji prasowej przekonywał, że w położeniu Łodzian nie ma już miejsca na nadmiar ryzyka i dlatego warto wznawiać grę od bramki długim podaniem. Uznałem, że z takiej – by ładnie sprawę ująć – bezpośredniej gry też można kreować sobie sytuacje pod polem karnym rywali. Może i będzie ich mniej, być może Widzew nie będzie już strukturalnie dominował, ale rozumiem obranie kursu na pragmatyzm, nie neguję podstaw takiej filozofii.
Vuković szczerze o grze bramkarzy. „Dążę do minimalizacji ryzyka”
Jestem natomiast zażenowany tym, jakie formy przybrał ów widzewski pragmatyzm. I tego co zobaczyłem w meczu z Górnikiem nie rozumiem. W takim stylu nie da się bowiem walczyć o utrzymanie, taka gra jest, moim zdaniem, zaprzeczeniem jakiejkolwiek walki. Mecze naprawdę nie wygrywają się same.
Widzew gra w półpiłkę. Może i nieźle broni, ale trzech punktów za to nie dają
Możliwe, że mają w Łodzi najlepszą defensywę ostatnich tygodni. Pójdę krok dalej – może nawet najlepszą defensywę rundy wiosennej, na co mocnym dowodem może tu być fakt, że Widzew stracił od początku roku najmniej goli w całej lidze (do spółki z Zagłębiem Lubin, sześć sztuk). Rywale mają teraz problem z przebiciem się do Drągowskiego, mecze Łodzian nie obfitują w fajerwerki, bramkarz i jego koledzy z bloku obrony murują naprawdę solidnie.
Jeśli jednak na własnym stadionie żegnają cię po meczu gwizdy, to wiedzieć powinieneś, że robisz to źle. Ktoś powie, że Aleksandar Vuković jest w Widzewie niepokonany, że chociaż zespół przestał dostawać w trąbę. Fajnie, tyle że punktując w tempie oczka na mecz ta drużyna nie będzie miała najmniejszych szans na utrzymanie.
Dobra, bądźmy uczciwi – matematycznie jest to możliwe. Ale jeśli taką strategię przyjęto, to jest ona i absurdalna, i niezwykle ryzykowna.
Nie lubię jakoś specjalnie przywiązywania wielkiej wagi do liczby oddawanych strzałów – zwykle liczy się ich jakość i ostatecznie zdobyte gole. Goli jednak w dwóch ostatnich meczach Łodzian nie było, a strzały… a szkoda gadać. W sumie piętnaście prób – dziesięć z Arką, pięć (dobre sobie, nie było ich pięciu, nie ma szans) z Górnikiem. Jeden strzał celny, tydzień temu w Gdyni.
Powiedzmy sobie jasno, że tak nie grają zespoły, które mogą jakkolwiek zasłużyć na zwycięstwo. Nie da się wypracować gola, jeśli nie robisz ku temu żadnych zakusów. A – to może być pewnym zaskoczeniem – nie da się wygrać meczu, jeśli nie zdobędziesz gola. Niebywałe? No jednak tak jest, serio. Aleksandar Vuković raczej to wie, ale zespół, który niedawno przejął, od dłuższego czasu wypiera tę oczywistą myśl.
Wydaj ponad 20 mln euro i graj taką padakę… Widzewie, litości! [RELACJA]
Obrano nowy kierunek. Pora na tysiąc pięćset dwudziestą trzecią jego zmianę?
Widzew chciał mieć ekipę ekstraklasowych galacticos i wiemy już, że jej nie ma. Nie ma też jednak składu węgla i papy, bo zwyczajnie mieć nie może – zawodnicy, którzy trafili w ostatnich miesiącach do łódzkiej szatni gdzieś grali i coś tam potrafili, nagle się nie oduczyli. Wrzucono ich jednak do kotła, w którym ciągle się miesza i miesza, i miesza, i miesza.
I miesza.
Teraz przed Aleksandarem Vukoviciem postawiono jasny cel – utrzymanie. Porzucono myśl o uczeniu się jakiegoś ładnego futbolu, o posiadaniu piłki, o próbach prowadzenia gry. Zatrudnienie Serba było i jest jasnym sygnałem, że Widzew jest już gotów poświęcić dla punktów wszystko. Dobre, nie?
Co jednak, jeśli ten kierunek też jest zły. Wszystkie kierunki są złe? Bo na to wygląda – że Widzew na przestrzeni roku spróbował niemal wszystkiego i jak wyglądał źle, tak źle wygląda. Pokręcił, pokombinował, pozwalniał, pozatrudniał, podecydował, pomylił się też kilka razy, a wszystko tylko po to, żeby najlepszy zespół i najlepszą grę mieć na samym początku sezonu pod wodzą dawno już zapomnianego Żeljko Sopicia. Tak jest! To Chorwat pokazywał nam w tym sezonie najlepszy Widzew, jestem tego całkowicie pewien, choć nie winię za to żadnego z jego następców, a już na pewno nie zatrudnionego dopiero co i w sytuacji absolutnie kryzysowej trenera Vukovicia.
Ile jednak rzeczy musiało pójść po drodze źle, skoro po kilku miesiącach nawet tę nagle przerwaną kadencję Sopicia można wspominać z pewnym żalem? Zastanawiając się przy okazji, czy całej tej degrengolady nie zapoczątkowała tak naprawdę katastrofa ostatnich minut meczu w Białymstoku, gdzie Widzew powinien w lipcu zainkasować trzy punkty, a ostatecznie przegrał po trafieniach Imaza i Pululu. Ten łódzki efekt motyla może kosztować utrzymanie. Mówię, właściwie piszę, całkiem serio. Widzew nie odrabia strat do wyżej uplasowanych rywali. Nie atakuje w starciach z drużynami absolutnie w jego zasięgu. Jeśli boi się zagrozić bramce Górnika czy, tym bardziej, Arki, to nie jest już żaden pragmatyzm, a zwykła bojaźń.
Tak właśnie jest, oglądałem dzisiaj Widzew, który się boi. Na strach ten reaguje jednak paraliżem. Może nauczony historią tego sezonu, że inne reakcje nic nie dają? Nie wiem. Ale wydaje mi się, że nie tylko ja nie wiem.
CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- Nowy lider Ekstraklasy! Lech sprawę załatwił w cztery minuty
- W xG przeważa Raków, ale Papszun punktuje lepiej niż Tomczyk
- Korona wygrała z Arką i jest w grze o mistrza, puchary, środek lub spadek
Fot. Newspix
Artykuł Widzew się boi pochodzi z serwisu weszlo.com.