Stało się coś, w co trudno byłoby nam uwierzyć jeszcze na starcie sezonu – Jagiellonia nie tylko nie ma już kłopotu ze skrzydłowymi, ci stali się wręcz jej atutem! Zapraszamy na Kozaków i Badziewiaków po 7. kolejce Ekstraklasy.
Kozacy po 7. kolejce Ekstraklasy
Duża w tym zasługa Ousmane’a Sowa, który od razu wniósł do Białegostoku dużo luzu i kreatywności. To ogólnie ciekawy przypadek. W rundzie, po której odszedł z Górnika, notował gola lub asystę co 114 minut. Miał wtedy na koncie dziewięć trafień i trzy ostatnie podania na koncie. W Brondby… kompletnie się zaciął. W czternastu meczach ani razu jego nazwisko nie pojawiło się na liście strzelców bądź asystentów. Przyszedł więc do Jagiellonii i… od razu trafia do siatki. Po pięciu meczach dla polskiego zespołu ma już dwie bramki. Średnia: gol co 103 minuty.
Jest to bilans z gatunku niecodziennych. Tak działa na niego polskie powietrze? To dowód na to, że naszą ligę i duńską dzieli jednak spora różnica w jakości? A może po prostu Ousmane Sow to piłkarz piękny, ale tak chimeryczny, że ciężko będzie mu zrobić przez to poważną karierę?
My stawiamy na opcję numer trzy. Pamiętamy zresztą jego wejście do Górnika Zabrze. Trenerzy uwielbiają takich rezerwowych – gdy pojawiał się z ławki, zawsze wnosił coś na boisko i zazwyczaj tworzył kilka sytuacji strzeleckich. Miał jednak wielki problem z tym, by zamienić swoją ruchliwość i aktywność na konkrety. I tak jak robił wiele szumu, tak gola w swojej pierwszej rundzie w Polsce strzelił tylko raz.
A później pięknie się rozstrzelał.
Następnie się całkowicie zaciął.
A teraz znów strzela.
Niesamowity przypadek. Ale my – fani Ekstraklasy – nie mamy oczywiście nic przeciwko temu, żeby strzelał seryjnie wyłącznie na polskich boiskach. Na Sowa zwyczajnie świetnie się patrzy. Ma technikę, odwagę, potrafi wygrać mecz w pojedynkę. I tak jak Jaga miała jeszcze na początku tego sezonu duży problem na skrzydłach, tak obecnie skrzydła są wręcz jej atutem.

Badziewiacy po 7. kolejce Ekstraklasy
Na drugim biegunie jeśli chodzi o formę strzelecką jest Yannick Agnero z Lecha Poznań, który w niebywały sposób zmarnował patelnię w meczu z Rakowem. Mamy wciąż problem z oceną tego piłkarza. Lechowi zdarzało się ściągnąć zawodników w oczywisty sposób słabych – jak na przykład Bryana Fiabemę (swoja drogą: ostatnio piękna bramka w Norwegii). Agnero to jednak nie ten adres. On często zdradza potencjał, tylko że pod bramką przeciwnika zbyt często zdarza mu się stracić głowę. Widać, że mógłby stać się dobrym napastnikiem, gdyby tylko ktoś potrafił go oszlifować.
Iworyjczyk ma jedną cechę na kapitalnym poziomie (oczywiście w skali Ekstraklasy). Jest to wypracowanie sobie pozycji strzeleckiej. Zobaczcie nawet tę akcję z Rakowem – był znacznie dynamiczniejszy w ruchach niż Racovitan, którego ośmieszył, sadzając go na glebie. Do momentu strzału zrobił wszystko idealnie. Albo sytuacja z Wieczystą, po której padł gol – piłkarz wiedział, gdzie jest wolna przestrzeń i przygotował sobie piłkę w taki sposób, żeby huknąć na bramkę właśnie z tego miejsca.
Takich pojedynczych sytuacji znaleźlibyśmy jeszcze więcej. Agnero ma przyjęcie kierunkowe, ma czucie pozycji, potrafi dojść do wielu sytuacji strzeleckich.
Tylko że później trzeba je wykończyć…
A tu problem jest ogromny. Jak trzeba na siłę, to wali podcinką. Jak trzeba technicznie, to próbuje wariantu siłowego. Często oddaje strzały przewidywalne dla bramkarza. Na koniec dnia jest do duży problem, bo wykończenie powinno być wiodącą cechą każdego napastnika. A ta łatwość w dochodzeniu do sytuacji paradoksalnie sprawia, że ten braki w finalizacji akcji są jeszcze bardziej uwypuklone.

ZOBACZ RÓWNIEŻ
Artykuł Skrzydła stały się atutem Jagiellonii [KOZACY I BADZIEWIACY] pochodzi z serwisu weszlo.com.