Tradycyjna rozgrzewka to przeżytek, kibice mogą pomagać przy stałych fragmentach gry, piłkarze powinni otrzymywać nawet takie detale jak miejsce, w które warto wbić rywalowi palec. Łukasz Ocimek – asystent Łukasza Tomczyka w Rakowie Częstochowa – zabierze was w podróż po świecie trenerów. Jego karierę szybko zakończyły kontuzje, do trenerki zainspirował go Marek Papszun. Teraz współtworzy najciekawszy sztab w Polsce. Jakie mają pomysły, kim się inspirują i jak dobrzy są polscy trenerzy?
W cyklu „Sekrety Futbolu” zajrzę za kulisy polskich i europejskich klubów. W wybrane niedziele będą na was czekać dłuższe teksty, analizy i wywiady, w których pokażę wam pracę ludzi pracujących na sukces na boisku lub w ciszy i cieniu.
***
Jak pracuje nowy sztab Rakowa Częstochowa? Łukasz Ocimek – asystent Łukasza Tomczyka – o kulisach i metodach pracy
Spis treści
- Jak pracuje nowy sztab Rakowa Częstochowa? Łukasz Ocimek – asystent Łukasza Tomczyka – o kulisach i metodach pracy
- Łukasz Ocimek grał w akademii Rakowa Częstochowa. Karierę przerwał po kolejnej kontuzji kolana
- Marek Papszun zainspirował Łukasza Ocimka do pracy trenera. Trenował w jego Rakowie Częstochowie
- Czy polscy trenerzy mogą pracować w Europie? „To kwestia czasu, to są fachowcy”
- Dlaczego Łukasz Ocimek odrzucał wcześniej oferty Rakowa Częstochowa?
- Jak wyglądał dzień piłkarza Polonii Bytom? Odprawy, rozmowy, analizy. „Nigdy nie chcieli odpuścić”
- Czy warto wbić palec w obojczyk? Detale w pracy trenera. „Robimy trochę inaczej niż Pep Guardiola”
- Jak zdobyć trenerską wiedzę? Szkolenia, kursy, analizy i nauka od piłkarzy. „Założyłem mini-bloga”
- Łukasz Tomczyk i Łukasz Ocimek w Rakowie Częstochowa. „Od początku była ciekawość, ale też lekkie obawy”
- Raków Częstochowa będzie grał inaczej niż za Marka Papszuna? „Mamy przepracowane swoje rzeczy”
- Czy Łukasz Ocimek chce być pierwszym trenerem? Dlaczego odmówił Polonii Bytom?
- Trening bez rozgrzewki? Tak pracowała Polonia Bytom. „Sto minut więcej treningu indywidualnego”
- Kibice częścią taktyki? Jak wykorzystać trybuny przy stałych fragmentach gry
- Nieoczywiste aspekty pracy trenera. Przywary narodowe i praca pozycyjna
Łukasz Ocimek grał w akademii Rakowa Częstochowa. Karierę przerwał po kolejnej kontuzji kolana
Czy rozmawiam z najmłodszym asystentem na szczeblu centralnym i specjalistą od kolan?
Mogę być najmłodszym pierwszym asystentem, ale myślę, że są już w sztabach analitycy młodsi ode mnie. Jak zaczynałem, to na pewno prowadziłem w tej tabeli, bo miałem wtedy niecałe 21 lat.
A co z tymi kolanami?
Liczba moich operacji jest na takim poziomie, że tutaj mogę rywalizować w czołówce.
Chodzi o kontuzje, które przerwały twoją piłkarską karierę.
Nigdy nie mówię, że nie gram przez kontuzje, bo oceniając siebie teraz… Nie miałem umiejętności, żeby rywalizować na poziomie Ekstraklasy czy pierwszej ligi.
Czyli karierę brutalnie przerwał brak talentu?
Aż tak to nie! Myślę, że mógłbym zadebiutować w drugiej lidze, ale ciężko byłoby mi się na takim poziomie utrzymać. W swoim roczniku w Rakowie Częstochowa się jednak wyróżniałem, byłem kapitanem, trenowałem z pierwszym zespołem – to był taki wewnętrzny sukcesik dla mnie. Natomiast w międzyczasie były cztery operacje w lewej nodze, jedna w prawej… Tradycyjnie – ACL.
Skąd aż tyle poważnych kontuzji?
Nabiłem trochę minut w wieku 15-17 lat i nie byłem gotowy na takie granie.
Po której operacji pomyślałeś: dobra, to nie ma sensu?
Pierwsza i druga były w krótkim odstępie czasu, po sobie. Po drugiej miałem takiego motywacyjnego kopa, czułem, że jestem lepszym zawodnikiem, bo bardzo brakowało mi wcześniej siły fizycznej, motoryki ogólnej.
Klasyk: kontuzja kolana, wzmacniasz ciało, czujesz się silniejszy…
Tak. Dopiero po tych kontuzjach trener Marek Papszun zaprosił mnie na treningi pierwszego zespołu. Pokazałem się, trener chciał, żebym został, trenował. Potem była trzecia operacja, która wiązała się od razu z czwartą, bo były komplikacje. Nie wróciłem już nie tyle na poziom Rakowa, ile nawet na poziom rezerw Rakowa. Poszedłem do czwartoligowej Warty Działoszyn, grałem pół roku i w zimę, w meczu kontrolnym, wydarzyła się ostatnia kontuzja. Po pięciu sekundach wiedziałem już, że to był mój ostatni mecz. Nawet nie po pięciu, od razu.
Szybko.
Tych operacji było tyle, że gdy grałem w Warcie, to na boisku bałem się, że coś mi się stanie. Wewnętrznie umówiłem się ze sobą, że kolejna kontuzja i kończę. Chciałem być trenerem, chciałem się w tym kierunku rozwijać. Po czasie jestem szczęśliwy, że nie odpuściłem głupi pomysł, żeby może jeszcze raz spróbować.
Łukasz Ocimek, Łukasz Tomczyk i Wojciech Mróz. Fot. Newspix
Łukasz Ocimek, Łukasz Tomczyk i Wojciech Mróz
Grywasz jeszcze w piłkę? Tak po prostu, amatorsko?
Jakbym powiedział, że nasze gierki wewnątrz sztabu są amatorskie, to bym nam umniejszył! One stoją na naprawdę wysokim poziomie. Może nie wybitnie jakościowym, ale taktycznym tak. Raz w tygodniu trener Łukasz Tomczyk inicjuje takie gierki i mocno dba o to, żeby w sztabie był wysiłek. To tyle z praktyki futbolu w moim wykonaniu w ostatnim czasie.
Marek Papszun zainspirował Łukasza Ocimka do pracy trenera. Trenował w jego Rakowie Częstochowie
Liam Rosenior wyobrażał sobie karierę trenerską od dziecka. Jak było z tobą?
W mojej wiosce – Szerlejka pod Częstochową – i w moim środowisku miałem styczność ze starszymi osobami. Jak miałem siedem, osiem lat to wychowywałem się z cztery, pięć lat starszymi kolegami. Załapałem się jeszcze na podwórkowe czasy, łapałem taką odpowiedzialność, uczyłem się od nich wielu rzeczy. Zawsze – na podwórku, w APN, w Rakowie – byłem kapitanem rocznika. Miałem taką cechę, że szukałem rozwiązań bardziej taktycznych, bo nie miałem motoryki i nie mogłem się tym wyróżnić, więc grałem odpowiedzialnie taktycznie. Tak po staropiłkarsku.
Wtedy narodził się ten pomysł trenerki?
Nie będę ukrywał – to przez trenera Marka Papszuna. To on był dla mnie największą inspiracją, jego treningi. Natomiast pozostali trenerzy, których miałem – Minkina, Brzeziński, Kołaczyk, Krzętowski – też mnie inspirowali. Miałem z nimi dobre relacje, patrzyłem, jak trenujemy. Ciekawiło mnie to nawet w wieku trzynastu, czternastu lat.
Ale to trener Papszun był olśnieniem.
Organizacja, przygotowanie treningu, etyka pracy… Dopiero w pierwszym zespole zetknąłem się z taktyką, modelem gry, zasadami, strukturą, zachowaniami na pozycji. Na poziomie Akademii Rakowa tego nie było, w ogóle w Polsce tego nie było. Marek Papszun jako pierwszy mocno na mnie postawił i to mnie zainspirowało. Miałem dobre wejście do drużyny, trener Papszun, ale też Maciej Kędziorek czy Maciej Sikorski podchodzili do mnie z empatią, zrozumieniem. Wszystko zagrało.
Imponował ci poziom tych treningów?
To od razu rzucało się w oczy. Struktura jednostki treningowej, komunikaty, coaching, detale indywidualne. Było tylko trzech trenerów, ale ten poziom był taki, że wiedziałeś, że każdy z nich pójdzie jeszcze wyżej – mimo że to już był wysoki poziom i jakość trenerska. Poczułem dużą różnicę.
Nie uwierzę, że całkowicie ominął cię słynny trenerski opieprz.
Pierwszy tydzień był fajny, potem…
Potem zaczęły się wymagania!
Do Rakowa dołączał wtedy Kuba Łabojko i w odprawach po sparingach nie mieliśmy łatwo! Natomiast trener Papszun nigdy nie przekraczał granicy. To było zaplanowane, wszystko z myślą o tym, żeby każdy wokół niego stawał się lepszy.
Tylko co myśli młody chłopak, który siedzi na odprawie i słyszy: to robisz źle, to źle, to źle?
To nie były mocne, przesadzone wjazdy. Poza tym zawsze byłem samokrytyczny. Wiedziałem przecież, że odstaję od Rafała Figla czy Tomasza Margola. Czułem, że mi czegoś brakuje. Nie wiem czego, nie wiem, jak to określić, po prostu kontuzje zabrały mi lata praktyki, gry. Nie wiem, jakby to wyglądało, gdyby nie to. Może rzeczywiście rozwinąłbym się, nawet nie mając dużego talentu? Tyle że po prostu to straciłem.
Łukasz Ocimek w Polonii Bytom. Fot. Newspix
Jak od wewnątrz wyglądał wtedy Raków, hierarchia w szatni? Trener Papszun lubił wymieniać piłkarzy, ciągle podnosić poprzeczkę.
Zawodnicy, z którymi grałem, pewnie nawet nie pamiętają, że byłem w tej szatni, więc trudno mi to dokładnie ocenić. Widzieliśmy jednak ilu piłkarzy na tym zyskało. Niektórzy tułali się po Polsce, trafili do Rakowa i zostali po kilka lat, robiąc awans do Ekstraklasy. Nie uważam jednak, żeby rotacja była tak różna od tej typowej. Wiadomo, że statystycznie przegrywamy z ligami TOP5, gdzie stabilność składu jest większa, ale przykładowo Sunderland po awansie do Premier League wymienił 75% pierwszego składu.
I pomogło, było warto.
Tak, natomiast gdyby taką wymianę miał zrobić klub z procesem na wzór naszego czy trenera Papszuna, to trudno byłoby wymienić ich aż tylu. Zawodnicy, którzy byli wymieniani w Rakowie, potrzebowali adaptacji. Potem są jeszcze tacy, którzy przegrywają rywalizację, bo będą też transfery nieudane… I jak to mówił Przemek Jasiński – tylko 55% faworytów w tym sporcie wygrywa.
Czy polscy trenerzy mogą pracować w Europie? „To kwestia czasu, to są fachowcy”
Na Weszło policzyliśmy już, że w Ekstraklasie wygrywa tylko 41% faworytów.
Czyli jeszcze niższy współczynnik. To liga bardzo wyrównana, dlatego pochwalę naszą działkę – topowych trenerów, którzy wyróżniają się nie tylko w Polsce, ale moim zdaniem wyróżnialiby się też na wyższym poziomie. Trenerzy Papszun, Szwarga, Tomczyk, Szulczek, Dziółka – to są fachowcy.
Skontruję. Jak to ocenić, skoro nie widziałeś, jak to wygląda na wyższym poziomie?
Wiele osób z naszego środowiska dotknęło tego na stażach. Oni wiedzieli proces treningowy, to, co tamtejsze sztaby proponują graczom, jakie są środki treningowe, jak to wygląda taktycznie, indywidualnie, czy rozwija zawodnika. Nawet seniora, bo wierzę, że dorosłego zawodnika też można rozwinąć technicznie, taktycznie.
I naprawdę uważasz, że polscy trenerzy wyróżniają się na tym tle?
Oglądam mecze i nie widzę zbyt wielu powtarzalnych elementów, którymi mogę się zainspirować. Ciężko mi się inspirować organizacją taktyczną w Europie. Crystal Palace, FC Kopenhaga, zespoły Pepa Guardioli, Juliana Naglesmanna – jednostki są, ale nie ma zbyt wielu takich środowisk, natomiast w Polsce coraz więcej zespołów naprawdę dobrze trenuje, ma dobrą organizację gry, prezentuje wysoki poziom.
Druga kontra: skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Bo naszych trenerów w Europie za bardzo nie ma. I to mimo faktu, że zachodnie ligi otworzyły się na analitykę, nowe kierunki.
Polski top trenerów jest na wysokim poziomie i niektórzy z nich mieli już propozycje, toczyły się rozmowy. To nie jest takie proste. Trener Papszun widnieje we wszystkich rankingach, bo nie może w nich nie widnieć, skoro ma taką średnią punktów, takie sukcesy z Rakowem. Dlatego to tylko kwestia czasu. Musimy utrzymać naszą konsekwencję w pracy. „Świat nagradza tylko za sukcesy, ignoruje błędy”. Liga Konferencji nam pomaga, Ekstraklasa się rozwija, gramy coraz lepszą piłkę.
Łukasz Ocimek w Polonii Bytom. Fot. Newspix
Czy na pewno? Bo mam w pamięci to, co mówił mi Alex Stewart z Analytics FC, który profiluje trenerów. Stwierdził, że polskich trenerów nie ma na zachodzie, bo nie mają do zaoferowania nic ciekawego, tylko reaktywny, defensywny futbol. Tabela Ekstraklasy też pokazuje, że w Polsce lubimy się bronić.
Wiem, że nie wyróżniamy się mocno stylem gry w profilach, które proponuje np. Impect, ale może teraz będziemy szli w kierunku bardziej kompleksowego profilu? Może nie full control Guardioli, ale właśnie kompleksowości, gdzie w każdej fazie możemy coś zaproponować, adaptować się do ligi. Ciężko o dominujące drużyny w tak wyrównanej lidze. PSG dominuje, bo tam są horrendalne różnice pomiędzy nimi i nawet tymi zespołami, które grają w Europie. Zarobki, jakość – to bardzo duża rozbieżność. Ekstraklasowy wózek pcha natomiast większa liczba klubów. Uważam, że jeśli trenerzy tacy jak Dawid Szwarga i Łukasz Tomczyk będą konsekwentnie, długo pracować w klubach, to będą konkretnie sprofilowani. Tak jak trener Papszun, u którego styl gry jest bardzo konkretny, widoczny.
Szukamy trenera dla Lecha Poznań z Analytics FC
Tyle że znów: to styl gry defensywny, czyli taki, który zachodu nie kusi.
Czy defensywny? Ja dla przykładu uważam, że „obrona wysoka” – zorganizowana, nastawiona na odbiór w odpowiednich miejscach – niekoniecznie zalicza się do faktycznej gry w obronie. Bo jednak atakujemy, chcemy odebrać piłkę, więc to nie jest styl defensywny, tylko proaktywność, do której musisz zachęcić graczy. Raków trenera Papszuna bardzo mocno pressował i pewnie jego kolejne drużyny też będą to robiły
To jednak wciąż reakcja na sytuację, w której rywal ma piłkę. I o ile czasami high press i full control się łączą, tak w Rakowie raczej nie wyglądało to na typowy styl faworyta, czyli i wysoki pressing, i kontrola poprzez posiadanie. Nie tylko w Rakowie zresztą, w Polsce to rzadko spotykane.
Mamy jednak Jagiellonię, czyli bardzo dobrze sprofilowany zespół, kadrę skonstruowaną pod model gry trenera Adriana Siemieńca. Jagiellonia będzie się „świecić na zielono”, pewnie już to robi. Pewnie dużo w tym stylu Roberto de Zerbiego, który wciąga rywala na własną połowę, żeby wykorzystać przestrzeń za przeciwnikiem. Sami patrzymy na ich poczynania, bo to jest ciekawe.
Dlaczego Łukasz Ocimek odrzucał wcześniej oferty Rakowa Częstochowa?
Powinienem od razu dodać pytanie: dlaczego ten Raków będzie częściowo twój dopiero teraz? Odrzucałeś oferty z tego klubu.
Pierwsze, co robię, to odpowiadam sobie na pytanie, w którym środowisku mogę zrobić jak najwięcej dobrych rzeczy, gdzie mogę dać więcej, stosując swoje umiejętności, talenty. Środowisko Polonii Bytom gwarantowało mi rolę pierwszego asystenta i faktyczny wpływ na to, jak może wyglądać ten zespół w procesie treningowym, jaki może mieć model gry. Trener Tomczyk daje mi przestrzeń na podejmowanie decyzji w swoich zakresach pracy i jest to duża wartość pod kątem rozwoju mojej osoby. Jako drugi czy trzeci asystent w Rakowie wtedy nie mógłbym na to liczyć.
Łatwo odrzuca się ofertę z klubu, z którym łączy cię sentymentalna więź?
Bardzo trudno. To nie trwało dwa, trzy dni, tylko zdecydowanie dłużej. Wiele kartek zapisałem plusami i minusami, odbyłem wiele rozmów z bliskimi, z ludźmi, którym ufam. To były najtrudniejsze decyzje, jakie musiałem podjąć.
Jaki wpływ na nie miał trener Łukasz Tomczyk?
Nie mówił mi, że mam zostać czy mam iść. Powtarzał: jesteś ambasadorem swojego życia. To zdanie, które zostanie ze mną na zawsze. Pokazywał mi perspektywę Polonii i dalszej współpracy z nim oraz perspektywę tego, jak wyglądałoby to w Rakowie – potencjalnie, bo też tego nie wiedział. Wiedziałem, jaki rozwój mogę zaliczyć z nim w pierwszej lidze i to miało znaczenie.
Ten rozwój to?
Kontynuacja naszych procesów. Dużo rzeczy systematycznie wdrażaliśmy, mieliśmy perspektywę ciekawych transferów i bardzo mocną wiarę w zespół. Nie w to, że będziemy walczyć o utrzymanie, tylko w to, że zajdziemy wyżej.
Skąd pewność, że tak musiało być?
Wielu trenerów mówi: mecz po meczu. A tak naprawdę wiemy, co to znaczy. Często boimy się powiedzieć, jakie są nasze cele, co może się wydarzyć. Nie mówiliśmy o tym głośno w Polonii, ale wierzyliśmy, że damy radę, będziemy punktować.
Łukasz Ocimek i Łukasz Tomczyk. fot. Newspix
Co dla ciebie, asystenta, jest największą korzyścią ze współpracy z trenerem Łukaszem Tomczykiem?
Relacja, którą mamy, powoduje, że ufa moim kompetencjom twardym i miękkim. To przy nim najwięcej się nauczyłem. Rozwinęliśmy proces treningowy, model gry, liczenie danych, ale też sam rozwinąłem kompetencje miękkie. Trener Tomczyk pozwala mi podejmować decyzje, a podejmowanie decyzji – zwłaszcza trudnych – to jedna z najważniejszych składowych rozwoju. To pcha cię do przodu nie tylko jako trenera, ale też człowieka.
On sam mówi, że przeszłość, trudne dzieciństwo, dały mu przewagę w budowaniu relacji międzyludzkich.
Trener Tomczyk ma kompetencje miękkie na takim poziomie, że one – mam nadzieję – nie pozwolą mu na kryzys. Na bazie obserwacji jest w stanie podejmować trudne, ale sprawiedliwe decyzje. Jest bardzo szczery z zawodnikami.
Powiedział ciekawe zdanie: rozmowa indywidualna to najlepszy trening.
Takich rozmów mamy bardzo dużo. One często mają podkład taktyczny, po meczu, analizie, ale nie tylko. Są też takie, które są reakcją na jakieś wydarzenie albo po prostu motywacyjne. Dziennie odbywamy cztery, pięć takich rozmów.
Jak wyglądał dzień piłkarza Polonii Bytom? Odprawy, rozmowy, analizy. „Nigdy nie chcieli odpuścić”
Nie zanudzacie piłkarzy?
Dzień piłkarza Polonii Bytom był ciekawy. Nie był przesadnie długi, ale był ciekawy. Płynny.
To znaczy?
9:30 zbiórka, potem trzydzieści – czterdzieści pięć minut na odprawy indywidualno-pozycyjne. Każdy z trenerów w sztabie ma paczkę odpraw, które może proponować zawodnikom. One są krótsze, dłuższe, inspirowane tym, jak się pracuje w Europie. Były też takie, gdy oddawaliśmy odpowiedzialność zawodnikom, bo po jakimś czasie oni sami przychodzili do nas z klipami, analizami po meczach i treningach. Było po prostu dużo bodźcowania, różnorodności, żeby nie było nudy. Zawsze jednak zdarza się moment przesytu, wtedy odpuszczaliśmy.
Piłkarze wam ten przesyt sygnalizowali?
Nigdy nie było takiej sytuacji, że chcieli odpuścić. Sami to ocenialiśmy. Czasami były tygodnie, że decydowaliśmy, żeby robić tylko odprawy indywidualne, bez pozycyjnych. To właśnie czutka trenera: wie, kiedy przyspieszyć, kiedy zwolnić.
Co było dalej?
„Sprawy zespołowe”, one były codziennie. Było co robić, bo zawierają się w tym odprawy pomeczowe, czasami dzielimy je na dwa dni. Potem odprawy o rywalu, stałe fragmenty gry i na koniec – dzień przed meczem – podsumowanie mikrocyklu, czyli kipy treningowe z całego tygodnia. Powtórka tego, co trenowaliśmy.
Sporo wiedzy do przyswojenia, oj sporo.
Ustrzegliśmy się przeciągania tematu. Zazwyczaj mieściliśmy się w piętnastu minutach, tylko odprawy po- i przedmeczowe były dłuższe. Zawsze była też chwila dla danej pozycji przed treningiem. Pracujemy w oparciu o ideę treningów pozycyjnych, więc każda pozycja wychodziła przed treningiem na 10-15 minut, w zależności od potrzeb. Sam trening trwał półtorej godziny, ale też nie zawsze. Po treningu dochodziły jeszcze małe, indywidualne sprawy, następnie znów rozmowy, regeneracja i… dotarliśmy do końca. Około 14.30 zawodnik był wolny.
To sztuka zmieścić taki plan w pięć godzin.
Mikrocykl był u nas powtarzalny, zmienialiśmy głównie małe rzeczy w treningach. Czasami jedną, większą. Dokładaliśmy to, co wynikało z naszych obserwacji, żeby było nieustanne bodźcowanie.

Polonia Bytom była w czołówce deep progressions w 1. lidze – to podania, dryblingi i wejścia z piłką w tercję obrony rywala
Rywalizacja na treningach to klucz? Mam na myśli nie tylko walkę o skład, ale zakłady, wyzwania.
Współpraca i rywalizacja. Stosowaliśmy wiele gier, których konwencja imitowała to, czego wymagaliśmy taktycznie. Na przykład podwójne punkty za daną akcję, która – na bazie statystyk – nie wychodziła nam w meczach. Bardzo często stosowaliśmy zakłady prognozowane: trener brał drużynę, dawał liczbę do zdobycia – na przykład liczbę osiągnięcia pola karnego, wyjścia z linii obrony lub między linie – i potem to było liczone, następnie rozliczanie.
Co takiego to daje?
Zapominasz o tym, że trzeba strzelić gola, mimo że wciąż gole strzelasz. Po prostu osiągasz to, realizując pewne konkretne założenia. Oczywiście były też normalne gry, typowa rywalizacja na punkty. Bardzo dużą uwagę przywiązujemy do tych gier wewnętrznych, do wewnętrznej rywalizacji.
Czy warto wbić palec w obojczyk? Detale w pracy trenera. „Robimy trochę inaczej niż Pep Guardiola”
Słyszałem, że ty osobiście dużą uwagę przywiązujesz do detali. Jak mi powiedziano: potrafisz zdetalizować detal.
Do detali musisz mieć „czutkę”, bardzo ważna w piłce jest „czutka”. Chodzi o szukanie detalu, maksymalnie dwóch, które piłkarzowi pasują. Trener na poziomie centralnym – i przede wszystkim dziecięcym – musi znać detale techniczne czy taktykę indywidualną na poszczególnych pozycjach w swoim modelu gry, żeby rozwijać zawodnika. Dopiero gdy zdarzają się „wnioski wniosków” to śmiejemy się z tego i idziemy na spacer, żeby trochę odpocząć.
Zwracasz uwagę np. na to, w którym miejscu w okolicach obojczyka warto ukłuć rywala, żeby trafić w nerw i sprawić mu największy dyskomfort. To nie przesada?
W naszej idei istotne jest pole karne. Pep Guardiola mówi: doprowadzę was do pola karnego, wy tam sobie poradzicie. My robimy trochę inaczej, mamy zasady w polu karnym, dużo rzeczy indywidualnych. Na przykład coś, co nazywamy: priorytety w polu karnym dla napastnika, czyli coś, co warto wykonać, żeby wygrać pozycję. Elementem tego jest zrywanie krycia. W drugiej lidze obrońcy często grali tak, że łapali rywala na czternastym metrze. Jeden na jednego, jak za starych czasów. To dlatego szukamy różnych sztuczek.
Rozumiem, ale powtórzę pytanie: czy to nie przesada? Albo: czy to nie oszustwo, nieczyste zagranie?
Współpracowaliśmy z Kubą Arakiem czy Kamilem Wojtyrą i to byli bardzo otwarci zawodnicy, szukali takich rzeczy. Jeśli będziemy gwizdać takie faule, jak ten odgwizdany Kamilowi przeciwko Górnikowi Łęczna to… nie wiem już, co jest oszustwem, a co nie. Czy palec w obojczyk, czy jednak ten faul.
Po co to wszystko, po co tyle detali?
Jeden detal nie wygra meczu, ale kilka detali w jednym momencie jest w stanie ci pomóc. Piłkarze to wiedzą. Jak przyjdzie i mi powie, że za dużo, to się ucieszę, że jest szczery i możemy poszukać innego rozwiązania, żeby się rozwijał. W życiu człowiek osiąga sukces bazując na swoich talentach, więc szukamy udoskonalenia talentu, żeby poprawiać mocne strony.
Czyli lepiej szlifować atuty niż pracować nad brakami?
Priorytetowo traktujemy to, żeby zawodnik wybrał jedną, dwie rzeczy, nad którymi chce pracować w danej rundzie. Na przykład Mikołaj Łabojko: jego technika strzału zza pola karnego – w ogóle strzału – była średnia. Pracowaliśmy nad tym dużo, po 40-45 strzałów w tygodniu. Sprawdzaliśmy jeden detal, drugi, trzeci – zadziałało. Jako 23-latek poprawił technikę strzału.
Jak zidentyfikowaliście te detale? Albo jak Mikołaj zidentyfikował sam to, co trzeba poprawić?
Pracujemy dwutorowo: zespołowo i nad rozwojem indywidualnym. Każdy zawodnik ma kartę piłkarza, gdzie wpisuje cele, rzecz, którą chce poprawić oraz swoją mocną stronę, którą chce szlifować. Jako sztab wkładamy w trening to, co chcemy zrealizować i pamiętamy o tym, co jest w kartach piłkarzy, żeby to było spójne.
Jak zdobyć trenerską wiedzę? Szkolenia, kursy, analizy i nauka od piłkarzy. „Założyłem mini-bloga”
Nurtuje mnie jedno. Jesteś młodym trenerem bez bogatej kariery piłkarskiej ani szkolenia w topowej akademii. Jak ty się tego wszystkiego dowiedziałeś?
Pierwsza rzecz to ciekawość. Zacząłem czytać książki i przede wszystkim – oglądać mecze. Mocno przyczyniła się do tego pandemia. Oglądałem dwa, trzy mecze dziennie z poziomu wysokiego, ale też z naszego lokalnego rynku. Zacząłem to analizować, założyłem mini-bloga i przez pół roku robiłem tam analizy różnych zespołów. Stosunkowo szybko wszedłem w bardzo dobre środowiska, w tym w środowisko trenera Łukasza Tomczyka. Jeszcze w Victorii Częstochowa, gdzie odbywałem staż. Był też Deductor, tam odbywałem pierwsze szkolenia.
Jak rzucali na półki nowy materiał, to kupowałeś pierwszy?
Tak, miałem wszystkie nowe szkolenia. Dużo szkoleń, konferencji, meczów. Gdy zacząłem pracować na poziomie centralnym, źródłem wiedzy stali się dla mnie piłkarze. Oni przekazują mi bardzo dużo detali.
Od kogo na przykład?
W Skrze Częstochowa Piotr Nocoń, Krzysztof Napora czy Adam Olejnik, którzy mieli duże doświadczenie. W Polonii Bytom Kuba Arak, Tomek Gajda, Mikołaj Łabojko… Nie chcę nikogo pominąć. Były też oczywiście sztaby, bardzo dobre. Trenerzy Tomczyk, Dziółka, Ściebura, Gołębiewski, Gerega. Z Trenerem Geregą poczyniłem duży postęp – razem dużo szukaliśmy, aby być lepszym, zresztą nadal jesteśmy w kontakcie i… szukamy. W Skrze i Polonii miałem dużo przestrzeni, żeby się rozwinąć i chłonąć piłkę.

Polonia Bytom w 1. lidze grała najwyżej ustawioną linią obrony
Musi być jednak jakiś starterpack, nie wystarczy chyba seryjnie oglądać meczów, żeby wycisnąć z nich taką wiedzę.
Podłoże, wiedza teoretyczna – to jest ważne. Musisz wiedzieć: ile jest faz gry, jakie są subfazy, jak to podzielić. To ułatwia pracę, patrzysz na momenty, w których to się dzieje, krok po kroku. Zawodnicy, trenerzy powiedzą ci, co oni widzą na pozycji czy w danej formacji. Potem idzie z górki. Doświadczasz meczów jako trener, uczysz się sam. Na poziomie centralnym mam chyba dwieście spotkań w roli asystenta. Czyli tyle samo okazji do raportów, refleksji, wniosków. Długa droga przede mną, żeby wejść na jeszcze lepszy poziom, ale to wszystko daje umiejętności, kreatywność, pomysły. Piłka nożna to fajna dyscyplina sportu, bo możesz w niej coś kreować.
Żeby dojść na taki poziom, musisz poświęcić absolutnie wszystko w piłce?
Trzeba mieć to ułożone w swoich relacjach w rodzinie, ze znajomymi. Moja narzeczona też wywodzi się ze sportowego środowiska, z siatkówki. Czuje to, uczyła się tego, bardzo mi pomaga. Gdy jechaliśmy do Wrocławia, to ona prowadziła auto, ja oglądałem zawodników i robiłem ich ocenę. Musi być wyrozumiałość po drugiej stronie.
Podłapała coś z piłki czy wyłącza się na czas analiz?
Jak wygrywamy, to zawsze pada pytanie: jakie było xG?
Łukasz Tomczyk i Łukasz Ocimek w Rakowie Częstochowa. „Od początku była ciekawość, ale też lekkie obawy”
W Polonii wasz model pracy się sprawdzał, ale mieliście na to więcej czasu niż w Rakowie. Jak zmieścić to wszystko w mikrocyklu pucharowicza z Ekstraklasy?
Na szczęście na starcie mamy około dziewięciu tygodni, gdy gry co trzy dni nie będzie, więc wdrożenie i wejście będzie łatwiejsze. Będziemy korzystać z wiedzy, która została w klubie, z ludzi, którzy będą nam pomagać. Raków jest na takim poziomie, ma tyle dobrych standardów, że nie trzeba robić rewolucji. Chcemy jednak być sobą, mieć autentyczność i wdrożyć nasz pomysł.
Będzie jednak inaczej niż w Bytomiu.
Będzie, zgadzam się. Nie wiem, jak wygląda gra w Europie, bo nigdy tam nie byłem. Procedury w Europie są inne – będziemy się dowiadywać na bieżąco, wyciągać wnioski, adaptować się. Najważniejsze, żeby szybko się uczyć i korzystać z wiedzy w klubie.
Tak Raków Częstochowa szykuje się do ligi. Kulisy zgrupowania w Turcji
Mieliście jakieś wątpliwości?
Od początku miałem ciekawość, mam to do teraz. Ciekawi mnie, co dobrego można zrobić w środowisku Rakowa, jak rozwinąć graczy na wyższy poziom, jak sprzedać naszą ideę.
Zero obaw?
Obawy były, muszą być wątpliwości, lekki stresik. Gdyby tego nie było… To byłoby coś nie tak. W pierwsze mi to towarzyszyło. Teraz, gdy wszystko przygotowujemy, mam bardziej dreszczyk emocji i takiego pozytywnego stresu.
Spodziewasz się zderzenia z piłkarzami? Jakiejś oceny, testu – przychodzą młodzi, niedoświadczeni ludzie z zewnątrz i oni chcą nam mówić o piłce?
Wszyscy chcemy jak najszybciej zbudować dobre relacje z piłkarzami. Zrobimy, co możemy, żeby dać im rzeczy, których może jeszcze nie mieli, żeby pokazać, że peak wciąż może być przed nimi. Pokora, determinacja i autentyczność – to będzie najważniejsze. Damy im wszystko, co potrafimy i mam nadzieję, że za tym pójdą.
Co może być dla nich argumentem?
Piłka, którą proponujemy, jest fajna dla zawodników. Nie mieliśmy nigdy sytuacji, w której ktoś w zespole nie chciał czegoś robić. Wiem, że był wynik, a gdy jest wynik, to wszystko jest fajne. Były przecież jednak momenty, gdy wyniku na chwilę nie było, pojawiał się mały kryzys. Analiza, rozmowa, trening i to mijało.
W czym tkwił sekret?
Najważniejsza kompetencja świata to umiarkowanie. Umiarkowanie we wszystkim. Bodźcowanie, ale bez przesady w jakimkolwiek elemencie.
Raków Częstochowa będzie grał inaczej niż za Marka Papszuna? „Mamy przepracowane swoje rzeczy”
Mówisz, że wasza piłka jest fajna dla zawodników. Bardzo różni się od piłki Marka Papszuna?
Mamy przepracowane swoje rzeczy w fazie atakowania, zasady funkcjonalne i struktury na własnej połowie, które będą się różniły. Na połowie przeciwnika, w trzeciej tercji, tak samo. Zrobimy wszystko, żeby jak najszybciej było to widoczne, bo chcemy to pokazać, nie o tym opowiadać.
Trochę poopowiadać musimy. W czymś jesteście podobni?
W obronie też preferujemy obronę strefowa. Ogólnie w obronie – niskiej, wysokiej, pola karnego – gramy strefą. Będą podobne zasady, różnice będą bardziej w detalach na różnych pozycjach. Będziemy też adaptować się do ligi.
Jak rozwiążecie problem, o którym najczęściej rozmawia się w kontekście Rakowa? Trzecia tercja, rozwiązania ofensywne, problemy pod polem karnym rywala, kreowanie szans…
W Polonii dużo nad tym pracowaliśmy. Najwięcej szans tworzyliśmy właśnie w tej subfazie: posiadając piłkę w trzeciej tercji wchodzimy w pole karne. Mamy więc kilka konceptów taktycznych, które od razu będziemy chcieli wdrożyć.
Na przykład?
Uruchomienie środkowych obrońców. Będziemy grali trójką z tyłu, ale częściej będą w polu karnym. Nieco zmienimy strukturę, żeby być lepszym między liniami, żeby wykorzystać jakość piłkarzy Rakowa, żeby zdobywać środkiem. To będzie bardzo, bardzo ważne.

Polonia Bytom w 1. lidze miała drugi wynik skoków pressingowych na połowie rywala
Środkowi pomocnicy – ósemki – to dla was najważniejsze osoby na boisku.
Ósemki są bardzo ważne. Na połowie przeciwnika ten gracz będzie schodził pomiędzy obrońców i robił inną strukturę. Będzie u siebie, podczas gdy drugi będzie szedł wyżej, na dziesiątkę. Ci zawodnicy muszą być elastyczni.
To na pewno różnica względem obecnego Rakowa.
Tak. Stoper, granie środkiem, zmiany strukturalne – to są nasze, ważne rzeczy, które przynosiły nam większą liczbę wejść w pole karne, co przekładało się na sytuacje.
Wasza Polonia też jednak się zmieniała. Graliście inaczej w drugiej lidze, inaczej po awansie.
Musieliśmy szybko się uczyć. W drugiej lidze częściej korzystaliśmy z obrony wysokiej, mieliśmy bardzo dużo odbiorów, co przekładało się na dużą liczbę bramek. W pierwszej lidze więcej goli padało z faz przejściowych, stałych fragmentów gry i ze wspomnianej już trzeciej tercji. Czyli jak ktoś odda piłkę i mamy powyżej 55% posiadania to też jesteśmy w stanie wejść w pole karne i coś wykreować.

Polonia Bytom Łukasza Tomczyka była najbardziej intensywnym zespołem spośród drużyn Ekstraklasy i 1. ligi. Dane: Skill Corner
Poziom rozwinięcia struktur Rakowa, powinien ułatwić wam wiele spraw, które w Polonii trzeba było robić własnym sumptem.
Trzeba szanować progres Rakowa na przestrzeni lat, procedury, które wypracowano w klubie. Wewnętrznie warto wiele tych dobrych rzeczy pielęgnować. Będziemy mieli większe pole do popisu na przykład w kontekście pracy z danymi. Więcej platform, więcej ludzi w sztabie. Można zrobić fajne rzeczy, jednolite liczby i benchmarki dla każdej struktury klubu – sztabu, zarządu, zespołu.
Czy Łukasz Ocimek chce być pierwszym trenerem? Dlaczego odmówił Polonii Bytom?
Jak widzisz swoją przyszłość w trenerce? Ciągnie cię już do bycia pierwszym trenerem?
Thomas Tuchel powiedział kiedyś: jak jesteś w U-19 to myśl, że jesteś w U-19. Od kiedy jestem asystentem, chce pracować jak najlepiej potrafię jako asystent – mieć taki fokus. Chciałbym kiedyś spróbować, ale nie wiem, czy to będzie za rok, dwa lata, trzy czy za dziesięć. Każdy mecz, każdy dzień pracy sprawia, że jestem coraz bardziej gotowy, ale chcę to robić w dobrej relacji z trenerem. Jeśli coś takiego przyjdzie mi do głowy, to pierwsze co zrobię to skonsultuje to z najbliższymi oraz z trenerem Tomczykiem.
To jednak sugeruje, że jeszcze nie teraz.
Nie w najbliższym czasie, bo przede mną ciekawe wyzwanie. Miałem propozycję, żeby zostać pierwszym trenerem Polonii Bytom. Odmówiłem.
Bardziej przez lojalność czy chęć pracy w Rakowie?
Są dwie różne sytuacje. Jeśli robimy dobry wynik, trener idzie w górę i mam propozycję, żeby zostać pierwszym trenerem w jego miejsce, to możemy to skonsultować, przegadać. Gdyby było odwrotnie – nie robimy wyniku, trener zostaje zwolniony, to nie wyobrażam sobie, że mógłbym wejść w jego miejsce. Uczestniczyłem w tym procesie, nie robiliśmy wyniku razem, czyli i z nim, i ze mną było źle. To byłby totalny brak lojalności.
Jak duże masz pole do wdrażania swoich pomysłów u trenera Tomczyka?
Zawsze mówimy: jak masz trzy pomysły, to skreśl te, które nie pasują. Ale jeden może się udać. Trener jest bardzo odważny we wdrażaniu nowych rzeczy, lubimy ryzykować i patrzeć, czy działa.
Trening bez rozgrzewki? Tak pracowała Polonia Bytom. „Sto minut więcej treningu indywidualnego”
Brak rozgrzewki, który praktykowaliście w Polonii, działa?
On z czegoś wynika. Po odprawie drużynowej piłkarze mają 20-30 minut na prewencję, indywidualne przygotowanie. Potem wchodzimy w rozgrzewkę, ale pozycyjną, czyli trening indywidualny lub grupowy na swoich pozycjach. Czasami połączony, czasami odizolowany w osobnej przestrzeni. Mamy konkretną strukturę rozpoczęcia treningu: od analityki zamkniętej przez otwartą, troszkę większą złożoność. Mamy na to 20 minut.
Czyli typowej rozgrzewki nie ma.
Nie ma rozgrzewki ogólnorozwojowej, od razu wchodzimy w futbol, rzeczy, które zaraz piłkarze będą robili w poszczególnych fragmentach gry i potem w grze 11 na 11. Praktykujemy bardzo dużo gier 11 na 11 i jednocześnie bardzo dużo indywidualnych rzeczy.
Przykłady, przykłady.
Napastnik ma rozgrzewkę, która polega na zrywaniu krycia w polu karnym. Przez dwadzieścia minut zrobimy około trzydziestu finalizacji głową i nogą z pierwszej strefy, czasami z drugiej strefy. I teraz – ostatnio dowiedziałem się, że w jednej dużej akademii zawodnicy strzelali na bramkę średnio osiem razy w tygodniu. U nas dziewiątka zalicza ok. 50 finalizacji w trakcie treningu właśnie dlatego, że około trzydziestu zrobi podczas rozgrzewki. To właśnie powtarzalność i detale.
Jak na to wpadliście?
Zacząłem to robić z trenerem Konradem Geregą w Skrze Częstochowa. Z trenerem Jakubem Dziółką też to robiliśmy. Inspiracją dla mnie była grupa Deductor, a także Imopeksis, która jest teraz mocno rozwijana przez prof. Tomasza Wilczewskiego.
Wiem, że trener Tomczyk mówi o „piłkarskim Matriksie” – gdy robisz coś dlatego, że wszyscy coś robią – ale… nie mieliście jednak myśli, że skoro wszyscy tak robią, to może mają rację?
Z tygodnia na tydzień sprawdzaliśmy, czy to ma jakąkolwiek korelację np. z kontuzjami. I kontuzji nie było. Był za to rozwój zawodników: poprawa jakości dośrodkowań, długich podania, zrywania krycia, rozumienia taktyki indywidualnej na pozycjach. Gdybyśmy tego nie robili, to w tygodniu uciekałoby nam sto minut. Teraz mamy sto minut więcej treningu indywidualnego. Naprawdę można zrobić w tym czasie wiele rzeczy.
Ostatnio trener Adrian Siemieniec wyliczał mi, ile jednostek treningowych ucieka Jagiellonii przez grę w Europie. Brakowało czasu właśnie na rozwój indywidualny.
Weszło nam to w nawyk do tego stopnia, że nawet rozgrzewka meczowa zawiera 5-7 minut treningu indywidualnego. Zawodnik idzie na pozycję i robi to, co ma robić za moment w meczu. Dośrodkowania, pojedynki, przesuwanie, podania za linię.
To pomaga?
Na logikę – schemat tradycyjnej rozgrzewki przedmeczowej wygląda tak, że nie przygotowuje ona do wielu rzeczy, które będą działy się w meczu. W meczu ósemka będzie musiała zerwać krycie w swojej przestrzeni, otworzyć się między liniami i unieść głowę, więc lepiej zawrzeć to już w rozgrzewce.
Czyli na przykład typowe, proste ćwiczenie: podanie i strzał na bramkę, nie ma sensu?
W określonej przestrzeni ma. Żeby wdrożyć zawodnika w detale, trzeba zacząć od takiej formy. Po prostu musi wzrastać poziom trudności.
Kibice częścią taktyki? Jak wykorzystać trybuny przy stałych fragmentach gry
Zostańmy w temacie pomysłów niekonwencjonalnych. Jak można wykorzystać kibiców i ich doping w strategii meczowej?
Musimy od początku. Gdy zacząłem prowadzić stałe fragmenty gry w ataku, to wiedziałem, że to coś ekstra, co trzeba trochę odizolować. Wpadłem na pomysł, że jakąś innowacją i zwiększeniem istotności stałych fragmentów gry w grze Polonii będą reakcje kibiców w odpowiednich momentach. Spotkałem się nawet z kibicami, myślałem, jak to rozegrać.
Skąd taki pomysł?
Graliśmy na Pogoni Siedlce i gdy Pogoń miała aut, czuliśmy na trybunie za naszymi plecami wzmożenie kibiców gospodarzy. Podobnie bywa w Anglii, na Puszczy Niepołomice.
Czyli kibice mają mieć wyuczoną reakcję na stałe fragmenty gry?
Powiedzmy. Chodzi o to, że gdy był ten aut, to cały stadion reagował tak, jakby zaraz miało stać się coś istotnego. Kibice wiedzą, że stały fragment gry to atak, szansa. Dla mnie byłoby to podniesienie rangi danego elementu, co jest o tyle istotne, że moim zdaniem najważniejsza w stałych fragmentach gry jest wiara w ich ideę, w pomysł klubu. Na przykład Arsenal stałymi fragmentami gry po prostu oszukuje piłkę.
To znaczy?
Liczba strzelonych przez nich goli, sposób, w jaki to robią, jakość stałych fragmentów gry – to coś ekstra. Widziałem badania, że wartość zagrożenia, jakie generują stałe fragmenty gry Arsenalu jest równa transferowi za 80 milionów euro. Nie wiem, jak trenują, ale na pewno nadali ważność temu elementowi.

Polonia Bytom najlepiej w 1. lidze broniła SFG
Jak reakcja kibiców mogłaby w tym pomóc?
Na boisku piłkarze „czują kibiców”, czują momenty, gdy jest mocno. Reakcja trybun na stały fragment gry sprawiałaby, że zespół czuje jego ważność. Przykładowo w jednym europejskim klubie na wejściu jest duży monitor, na którym wyświetlono statystyki stałych fragmentów gry. To krok w kierunku tego, żeby one stały się twoją bronią. Żeby rywal myślał: oni mają to, to i to i jeszcze stałe fragmenty, trzeba się na to przygotować, bo oni są dobrzy.
Czyli kop mentalny i utrwalenie wrażenia, że my jesteśmy w tym dobrzy i macie się nas bać. Trener Tomasz Tułacz kiedyś żartował, że rywale Puszczy boją się już w momencie, gdy wiedzą, że Puszcza ma stały fragment gry.
To prawda, to działa! Graliśmy dużo meczów z Puszczą i oni mają na to swoje sposoby.
I co, baliście się?
Szli na ilość, tak kierowali swoją grę, żeby mieć dużą liczbę stałych fragmentów z różnych przestrzeni. Jak mówi Kuba Arak: stały fragment to piłka otwarta, nie zamknięta, więc jest zagrożenie, więc zawsze coś może się wydarzyć.
Jak to wyszło w praktyce? Kibice pomogli?
Niestety nie zdążyliśmy tego wprowadzić w życie, bo spotkanie było w listopadzie.
Nieoczywiste aspekty pracy trenera. Przywary narodowe i praca pozycyjna
W planie meczowym można więc wykorzystać kibiców. W pracy trenera można uwzględnić jeszcze jakąś nieoczywistą rzecz?
W naszej metodyce pracy mocno inspirowaliśmy się polskimi bramkarzami. Tym, w jaki sposób pracuje się strukturalnie z naszymi bramkarzami i jaki to daje wynik. Polak potrzebuje pracy detalicznej, budowania zaufania. W pracę z bramkarzami fajnie wpisują się kompetencje społeczne, których potrzebują Polacy. U nas też to się sprawdza.
W jaki sposób?
Mamy trenerów pozycyjnych – dla stoperów, środkowych pomocników czy ofensywnych pomocników z dziewiątkami – dopasowanych na trzy, cztery miesiące czy pół roku, to są oni w stanie zbudować bliższą relację poprzez rozmowy, analizy, treningi. Liczby zaczynają mieć sens w pracy metodycznej po ok. dwóch miesiącach, gdy poznasz zawodnika. Dlatego bramkarzy mieliśmy i będziemy mieć dobrych, bo mają dobrą, indywidualną metodykę treningową.

Czyli w sztabie Polonii nie tylko delegowaliście trenerów do poszczególnych pozycji, ale też nimi rotowaliście.
Trener Wrana pracował ze stoperami, bo był środkowym obrońcą i lepiej to czuł. Resztę zmienialiśmy. Trener Mróz długo był odpowiedzialny za dziewiątki i dziesiątki, ale potem za ósemki. Ja za skrzydłowych, a ostatnio za ofensywnych pomocników. Zmiana po trzech miesiącach to coś nowego, bodźcowanie. Zawodnik dostaje inne komunikaty i inaczej reaguje.
To lepsze niż zachowanie ciągłości, jeśli ktoś się na tym zna?
Lepiej, gdy trener dotyka różnych pozycji. Każda pozycja ma stały model zachowań, ale trenerzy mają różne rozwiązania i sami kreują mikrocykl. Wspólnie z trenerem Tomczykiem dajemy duży plan, na zebraniach sztabu poszczególne osoby mówią, co będą robić. Każdy może też poszukać swoich innowacji.
Po godzinie wiem, że z wami Raków czekają ciekawe miesiące. Tylko czego życzyć wam, bo brzmi to tak, jakbyście mieli wszystko, czego potrzeba?
Czasu. Będziemy go potrzebowali, żeby wdrożyć pomysły. I tego, żeby trenerzy byli tak samo zaciekawieni grą naszego Rakowa, jak ciekawiła ich gra Polonii Bytom.
WIĘCEJ REPORTAŻY O POLSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:
- Cała prawda o transferach Jagiellonii. Szef skautów odsłania kulisy!
- Jak zmienić najgorszy sezon w sukces? Polskie kluby uczą się od Anglików i Niemców
- Peter Moore widzi Wisłę Kraków w Europie. Jak tego dokonać? [REPORTAŻ]
- Jagiellonia uczy się w Europie, żeby stać się klubem-potentatem [REPORTAŻ]
- Czy w Ekstraklasie będziemy biegać jak w Premier League?
ROZMAWIAŁ SZYMON JANCZYK
fot. Newspix
Artykuł Odkrywamy tajemnice pracy nowych trenerów Rakowa. „Lubimy ryzykować” pochodzi z serwisu weszlo.com.