Słabsza końcówka we Włoszech, niepowodzenia w Jagiellonii Białystok i Zagłębiu Lubin po powrocie do Polski. Pierwsza część tego sezonu spędzona w trzecioligowych rezerwach Jagi. Marcin Listkowski zimą trafił do GKS-u Tychy, żeby się odbudować, pomóc w utrzymaniu i wreszcie na dłużej pograć w jednym miejscu. Rozmawiamy z nim nie tylko o piłce.
Jak się dorasta mając ośmioro rodzeństwa? Dlaczego polubił bycie samemu? Czy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, gdy jako 10-latek stracił ojca? Jak tata naznaczył go piłkarsko? W jakim względzie nie do końca porozumiał się na wstępie w Jagiellonii? Czemu tak słabo poszło mu w Lubinie? Czy presja liczb go przytłaczała? Dlaczego tak dobrze wspomina pobyt w Rakowie Częstochowa? Czy GKS to już ostatnia szansa? Zapraszamy.
***
Marcin Listkowski: Być może powinienem wybrać coś „spokojniejszego” niż Jagiellonia
Przemysław Michalak, Weszło: – Mówiłeś na konferencji, że ostatnie dwa lata nie były dla ciebie udane. Przeszedłeś drogę z Serie A do I ligi. Na pewno nie tak to sobie wtedy wyobrażałeś.
Marcin Listkowski, GKS Tychy: – Powodów było wiele, nie na wszystkie miałem wpływ. Nigdy nie żałuję podejmowanych decyzji. Mógłbym rozważać, czy lepiej było wybrać inaczej przy powrocie do Polski, ale opcja z Jagiellonią była w tamtym momencie topowa. Mówiliśmy o mistrzu Polski, zespole rywalizującym w europejskich pucharach, świetnie grającym w piłkę, z bardzo dobrym młodym trenerem. Widziałem wiele plusów.
Zadecydowały kwestie czysto sportowe. Rywalizowałem z Jesusem Imazem. Wiadomo, jakiej klasy to zawodnik i ile znaczy dla Jagi. Przez to dostawałem mało minut. A druga sprawa, że znajdowałem się na zakręcie. Formalnie przychodziłem z klubu Serie A, ale wcześniejszą rundę spędziłem szczebel niżej na wypożyczeniu w Lecco. Był to trudny moment mojej kariery. Czułem, że sprawy nie idą w dobrym kierunku i potrzebuję transferu do miejsca, w którym ktoś naprawdę mnie chce, da zaufanie i czas na odbudowę.
Dostałeś to w Jagiellonii?
W pewnym stopniu tak, ale nie w stu procentach. Nie uważam, że to coś złego. Rywalizacja w drużynie była na bardzo wysokim poziomie i być może właśnie to był mój błąd w chwili powrotu do kraju. Może powinienem zdecydować się na coś „spokojniejszego”. Co nie znaczy, że boję się walki o skład, ale nie przychodziłem jako piłkarz gotowy. Trochę musiało minąć, żebym wskoczył na swój optymalny poziom, a Jagiellonia tego czasu nie miała, bo od początku sezonu walczyła na trzech frontach i grała co trzy dni. Nie było kiedy porządnie potrenować, a skoro nie zbierałem minut w meczach, trudno było coś udowodnić.
Jesień 2024 w Białymstoku i tak nie poszła ci najgorzej. Pytanie, co było nie tak podczas późniejszego wypożyczenia do Zagłębia Lubin. Tamto półrocze zdecydowanie obniżyło twoje notowania.
Nie będę owijał w bawełnę: główną przyczyną była szybka zmiana trenera. Przychodziłem do Zagłębia, gdy jeszcze prowadził je Marcin Włodarski. On mnie ściągał. Po dwóch czy trzech tygodniach został zwolniony i zatrudniono Leszka Ojrzyńskiego. Kompletnie inny profil trenera, inna wizja futbolu i wymagania.
Czyli dużo fizyczności, biegania, defensywy.
Trochę tak. Nie mogę sobie niczego zarzucić jeśli chodzi o etykę pracy, zawsze profesjonalnie podchodzę do tego, co robię, ale nie udało mi się przekonać trenera Ojrzyńskiego.
Po nieudanej wiośnie w Zagłębiu zapewne nie wracałeś do Jagiellonii z dużymi nadziejami.
To prawda. Plan był taki, żeby w miarę sprawnie znaleźć nowy klub, bo czułem, że nie zakończyłem procesu odbudowy. Chciałem jeszcze powalczyć i pokazać się w Jadze, ale z tyłu głowy tkwiła myśl, że być może będę musiał odejść.
To czemu się nie udało? Minęło lato, zostałeś i pierwszą część tego sezonu spędziłeś w rezerwach Jagi.
Przepracowałem normalnie cały letni obóz przygotowawczy, grałem w sparingach. Niestety na samym końcu doznałem urazu. Wydawało się, że chodzi o delikatny problem z łydką. Finalnie wyszło, że leczenie trwało przez kilka tygodni i pewnie to w dużej mierze sprawiło, że nie zmieniłem otoczenia i ten ciężki dla mnie okres się przeciągnął.
Gdy przychodziłeś do Jagiellonii, wiedziałeś, jaki będzie twój status i z kim będziesz walczył o skład? Czy może pierwotne deklaracje ludzi z klubu nieco rozminęły się z praktyką?
Rozmawiałem głównie z dyrektorem sportowym Łukaszem Masłowskim. On się odezwał i namawiał mnie na transfer.
Ale na pewno nie robił tego bez porozumienia z Adrianem Siemieńcem.
Z dyrektorem rozmawialiśmy przede wszystkim o roli typowej „ósemki”. Trener na pierwszym spotkaniu stwierdził, że potrzebuje czasu, żeby mnie poznać i sprofilować. No i z czasem moja pozycja trochę się zmieniła, bardziej zacząłem być rozważany jako pomocnik wyżej ustawiony w środku, a tam przeważnie grał Jesus Imaz.
To różnica, czy masz rywalizować z Romanczukiem i Kubickim, czy z jedną z największych gwiazd ligi.
Jasne, rozmawialiśmy o „ósemce” i wstępnie na niej mnie ustawiano, ale od początku byłem otwarty, że w razie potrzeby mogę zagrać na innych pozycjach – nawet na boku pomocy. I tak też się stało, założenia się zmieniły. Nie miałem z tym problemu, choć rywalizacja zrobiła się trudniejsza.

Marcin Listkowski podczas wygranego 2:1 meczu z FC Kopenhaga w Lidze Konferencji. Wtedy zagrał w pierwszym składzie Jagiellonii.
Mimo to zapewne trudno będzie ci nie powiedzieć paru ciepłych słów o trenerze Siemieńcu.
Broni się tym, co jego zespół z tygodnia na tydzień pokazuje na boisku. To na pewno bardzo dobry fachowiec, który rozumie piłkę w trochę inny sposób niż większość trenerów, z którymi pracowałem.
To znaczy?
Przywiązuje wielką wagę do detali. Jego mocną stroną jest też sztab szkoleniowy. To grupa naprawdę fajnych i kompetentnych ludzi. Współpracują na poziomie, którego wcześniej nie widziałem. Świetnie się uzupełniają, każdy ma swoją działkę. Asystenci nie są po to, żeby byli, ale mają realny wpływ na trening i mecz. Fajnie się patrzyło, jak sprawnie funkcjonuje ten mechanizm.
Marcin Listkowski: Włoscy trenerzy często przeprowadzają treningi z małą intensywnością
Jakub Łabojko kilka razy mówił w wywiadach, że jego zdaniem wielu włoskich trenerów jest dziś gorszych taktycznie niż polskich i współczesny futbol zaczyna im odjeżdżać. Też masz takie spostrzeżenia?
Tak, to się zmienia. Włoscy trenerzy trochę zatrzymali się w czasie. Oczywiście nie wszyscy, ale nie jest to marginalne zjawisko. W Polsce poziom sztabów szkoleniowych i medycznych ciągle idzie do góry. Do bardzo wysokiej intensywności dochodzi coraz większe zaawansowanie taktyczne. We Włoszech regularnie widziałem co innego. Mieliśmy mnóstwo taktyki, tyle że z małą intensywnością. Długie treningi bez przeciwnika, z przesuwaniem na sucho, z niezliczoną ilością powtórzeń.
U trenera Piszczka mamy dużą intensywność i nawet jeśli gramy 11 na 11, większość fragmentów jest odwzorowaniem warunków typowo meczowych. Spotykasz się z realnymi sytuacjami, z którymi za kilka dni możesz się zmierzyć na boisku.
U którego szkoleniowca w Italii zajęcia taktyczne były najbardziej uciążliwe?
Myślę, że dobrym przykładem byłby Marco Baroni. U niego trening był naprawdę prosty, ale efektywny. Pod jego wodzą Lecce jako beniaminek utrzymało się w Serie A. Stara szkoła, która potrafi się sprawdzić. Dobrze wykonany plan na mecz działał.
We Włoszech zawsze mnie klasyfikowano jako zawodnika ofensywnego, więc czasami pracowałem inaczej niż obrońcy czy defensywni pomocnicy. Oni mieli mnóstwo tego przesuwania bez przeciwnika i podań na 3-4 metry.
Ekstraklasa jest lepsza niż Serie B?
Trudno powiedzieć, bo nawet w ciągu tych niespełna dwóch lat od mojego powrotu Ekstraklasa wyraźnie się rozwinęła. Widzimy, jacy zawodnicy i za jakie pieniądze zaczęli do nas przychodzić. Trend jest wyraźnie wzrostowy. Jednoznacznie się nie określę.
Za moich czasów główna różnica polegała na tym, że w Serie B grało wielu klasowych piłkarzy z głośnymi nazwiskami. U nas ktoś przychodzi za 3 mln euro i jest wielkie „bum”. Tam takich postaci jest dużo. Wiadomo, przeważnie mają już swoje lata, ale nadal pokazują jakość i mają realny wpływ na swoje zespoły.
Z Włoch do Polski wracałeś, bo musiałeś, czy chciałeś?
Chciałem. Czułem, że tego potrzebuję, żeby się odbudować. Z Lecce pozostawał mi rok kontraktu i gdyby nie zależało mi na rozwoju sportowym, spokojnie mógłbym tam siedzieć i fajnie sobie żyć. Pod kątem funkcjonowania poza piłką byłem bardzo zadowolony. Chwilami tego słońca mi brakuje, ale ambicja dawała o sobie znać.
Przez kilka tygodni toczyłem wewnętrzny spór sam ze sobą: czekać do końca okna transferowego we Włoszech i liczyć na jakieś wypożyczenie czy wcześniej rozwiązać sprawę poprzez powrót do Polski. Byłem już trochę zmęczony niepewnością i uznałem, że lepiej jak najszybciej to wyjaśnić. Z dyrektorem Masłowskim rozmawiałem już podczas urlopu w kraju, później kontynuowałem to, będąc na obozie z Lecce. To była bardzo przemyślana decyzja.

Marcin Listkowski w barwach Lecce rozegrał 49 meczów, z czego sześć w Serie A.
Który okres w Italii wspominasz najlepiej i kiedy najmocniej czułeś, że coś może z tego być?
Generalnie pierwsze dwa sezony. Po przyjściu do Lecce od razu zacząłem grać, często w podstawowym składzie. Nie licząc krótkiej przerwy spowodowanej problemami z udem, przez pierwsze pół roku cały czas dostawałem szanse. Później wyjechałem na zgrupowanie reprezentacji U-21 i wróciłem z niego z lekkim – wydawało się – urazem. Jak mówiłem, nasi fizjoterapeuci są 30 lat przed włoskimi. Trochę z tym ścięgnem Achillesa się pomęczyłem. Klub nie wydał zgody, żebym wrócił do Polski i tam się wyleczył. Wyszło na to, że straciłem całą rundę.
Jak tak długo pauzujesz, nie czeka na ciebie miejsce, musisz od nowa udowodnić swoją wartość. Mimo to w drugim sezonie po pewnym czasie ponownie wywalczyłem sobie plac. Ten okres wspominam najlepiej, bo choć minutowo na koniec szału nie było, to czułem, że dołożyłem konkretną cegiełkę do naszego sukcesu. Trener ustawiał mnie na lewym skrzydle. Mieliśmy bardzo mocne boki z Francesco Di Mariano i Gabrielem Strefezzą, nie zawsze grałem od początku, ale tydzień w tydzień znajdowałem się pod prądem.
Marcin Listkowski: Kierownik Lecco jednocześnie był taksówkarzem
W kolejnych latach byłeś wypożyczany do Brescii i Lecco. Słyszałem, że wokół właścicieli tego ostatniego klubu roztaczała się wręcz gangsterska aura.
Jeśli dobrze pamiętam, Lecco miało problem z licencją, ponieważ grało na sztucznej murawie. Jeden z głównych udziałowców Lecce, Saverio Sticchi Damiani jest bodajże adwokatem właścicieli Lecco i pomógł im to jakoś załatwić. A przy okazji pod koniec okienka wysłał na pomoc na boisku mnie i trzech innych zawodników Lecce.
Kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Na wstępie nie zostałem poinformowany o tej sztucznej murawie. W klubie panowała fajna, rodzinna atmosfera, ale jak na realia Serie B był on bardzo słabo zorganizowany. Nasz kierownik jednocześnie pracował jako taksówkarz, więc nie zawsze był dostępny, bo akurat wiózł kogoś na lotnisko.
Zaskoczyło mnie to, że praktycznie każdy pracownik Lecco miał na nazwisko jak prezes, czyli Di Nunno. Okazało się, że większość z nich to jego synowie. Bywało wesoło i emocjonalnie. W Internecie można znaleźć scenki, z którymi w Polsce raczej nie mamy do czynienia. Paolo Di Nunno kłócił się z własnymi kibicami przez mikrofon, a rok wcześniej podczas baraży o Serie B został wyproszony z ławki rezerwowych. Wtedy wjechał swoim charakterystycznym skuterkiem w pole karne, żeby nagadać bramkarzowi przeciwnika. Będąc w takim klubie niejeden zawodnik mógłby napisać ciekawą książkę.
Czyli gangsterska aura to przesada?
Bardziej to taka typowa włoska familia, ale w kuluarach mówiło się, że jej przeszłość nie jest do końca czysta.
W Lecco rządzi klan Di Nunno, a w Rypinie chyba co trzeci mieszkaniec ma na nazwisko Listkowski. Dorastałeś w bardzo licznej rodzinie. Jak to wspominasz po latach?
Bardzo dobrze. Uważam, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Zawsze było nas dużo.
W kupie siła.
W kupie siła, ale jak człowiek dorasta, to dopiero po czasie widzi, jak trudne było to dla rodziców. Tata do pewnego momentu utrzymywał rodzinę, niestety zmarł, gdy miałem 10 lat. Mama została sama z nami wszystkimi. Mimo to z perspektywy dziecka czułem się szczęśliwy, bo zawsze miałem jakieś zajęcie. Jeśli siostra nie chciała się ze mną bawić, szedłem do drugiego pokoju, gdzie była dwójka braci i mogłem z nimi coś porobić.
W jakich warunkach mieszkaliście?
Na samym początku mieliśmy trzy osobne pokoje, a rodzice mieszkali w salonie połączonym z kuchnią. Warunki nie były perfekcyjne, ale jako dziecko nie odczuwasz takich rzeczy.

17-letni Marcin Listkowski w barwach Pogoni Szczecin.
Rodzicom udało się was odciąć od zmartwień dorosłych.
W pewnym sensie tak. To było fajne, że od samego początku wszyscy mogliśmy na siebie liczyć. Wiadomo, jak dorastasz, te relacje trochę się urywają. Kontakt mam z każdym z rodzeństwa, ale nie piszemy i nie dzwonimy do siebie codziennie. Porozjeżdżaliśmy się. Jeden z braci mieszka w Holandii, dwie siostry w Niemczech, kolejna w Poznaniu, ja przez lata byłem we Włoszech czy ogólnie w rozjazdach. Nie pamiętam, kiedy wszyscy razem spotkaliśmy się na święta.
Mam dwóch młodszych braci, roczniki 2006 i 2008. Pierwszy raz do internatu wyjechałem w wieku dwunastu lat, nie było mnie w domu, dlatego dla mnie ciągle są dziećmi. Obaj grają w piłkę w Lechu Rypin, więc z nimi kontakt jest najczęstszy. Rozmawiamy typowo o piłce. Dwie najstarsze siostry mają już swoje rodziny.
Marcin Listkowski: Ciepło wspominam dzieciństwo, ale dziś lubię bycie samemu
Sklasyfikujmy to dokładnie.
Łącznie mam ośmioro rodzeństwa – czterech braci i cztery siostry. Wiekowo znajduję się idealnie pośrodku. Mam dwóch starszych braci i dwie starsze siostry. Potem jestem ja, a dalej dwie młodsze siostry i dwaj młodsi bracia.
Ciepło wspominam dzieciństwo, nie nudziłem się, ale też miało ono wpływ na to, jakim stałem się człowiekiem. Przez pierwsze lata dorosłości, gdy już normalnie mieszkałem na własny rachunek, uwielbiałem spędzać czas sam ze sobą. W domu nigdy nie było tego jednego kącika, gdzie mógłbym się „schować”. Zawsze było tłoczno. Kiedy więc pojawiła się możliwość, żeby odciąć się od świata, chętnie korzystałem. Nie chodzi o to, że stałem się dziwakiem, który bał się kontaktu z ludźmi, ale zacząłem naprawdę lubić bycie samemu.
Pomogło mi to też w piłce. Jeśli pojawił się trudniejszy moment, zazwyczaj potrafiłem przetrawić to w środku, nie potrzebowałem dużego wsparcia. A jeżeli było naprawdę ciężko, miałem tę ósemkę, do której mogłem się odezwać i porozmawiać o wszystkim. Fajny balans.
Kiedy twój tata umierał, jako 10-latek rozumiałeś powagę sytuacji i to, przed jak wielkim wyzwaniem stoi twoja mama?
Wtedy chyba jeszcze nie. Tata miał swój wpływ na to, że zacząłem grać w piłkę. Przez pierwsze lata byłem… bramkarzem i w tym względzie go naśladowałem. Tata nigdy nie grał profesjonalnie, ale w ligach halowych czy turniejach piątek zawsze stał między słupkami. A gdy szedłem na boisko ze starszymi braćmi, to jako najmłodszy broniłem najczęściej. Spodobało mi się. Po czasie wiem, że bracia trochę sztucznie mnie pompowali jakim jestem super bramkarzem, bo po prostu chcieli sobie postrzelać (śmiech).
Polubiłem bronienie, trwało to przez jakieś dwa lata. Kiedyś pojechaliśmy z Lechem Rypin na mecz w trampkarzach. Byłem drugim bramkarzem. Brakowało innych zawodników, więc trener mnie wpuścił, żebym sobie pobiegał. Dobrze wypadłem. Na następny trening przyszedłem z rękawicami, ale trener stwierdził, że spróbujemy w polu i tak już zostało.
Twoja mama powinna dostać medal. Odnaleźć się w tak trudnej sytuacji i nie przelać obaw dorosłego na dzieci to niebywała sztuka.
Mama starała się nie pokazywać tego, że jest naprawdę ciężko, a jako dziecko wielu niuansów rzeczywistości nie dostrzegasz. To się dzieje z czasem. Zgadzam się, że mama zasługuje na jakiś medal. Udało jej się to ogarnąć i dziś każdy z nas radzi sobie w życiu.
A całą powagę sytuacji chyba zrozumiałem dopiero mając 15 czy 16 lat, gdy zaczęło do mnie docierać, że mogę na poważnie grać w piłkę i może coś z tego wyjdzie. Z roku na rok coraz bardziej wchodziłem w buty nieformalnej głowy rodziny. Nie było to planowane, nigdy nie chciałem się tak czuć, ale wiadomo, że możliwości dzięki piłce miałem trochę większe niż pozostali. Poczułem się odpowiedzialny, żeby pomóc mamie i podziękować jej za te wszystkie lata. Czułem, że jestem jej to winny.

To była twoja wewnętrzna presja, nie całej rodziny?
Tak, zdecydowanie. Grałem przede wszystkim dla siebie, ale przy okazji wiedziałem, że w ten sposób mogę się odwdzięczyć. Nikt niczego ode mnie nie oczekiwał i nie sprawiał, że czułem się zobowiązany. To był mój własny cel, żeby poświęcić się piłce w stu procentach, bo lubię i chcę to robić, a w przyszłości może mi dać wiele możliwości.
Jak byliście postrzegani jako rodzina wielodzietna? Media raczej nie prezentują jej jako pozytywnego zjawiska.
Nigdy nie było z tym problemu. Nie czułem się oceniany przez innych ludzi. Nie nazywano mnie patologią czy coś takiego. Jesteśmy normalną rodziną, nie dawaliśmy powodów do zmartwień w szkole i poza nią.
Czułeś ten bufor bezpieczeństwa, że stoi za tobą dwóch starszych braci?
Takie sytuacje pewnie się zdarzały, choć nie chciałem tego za bardzo wykorzystywać. Wolałem radzić sobie samemu, a bracia też raczej ukierunkowywali mnie, że trzeba ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Nie jestem osobą konfliktową, staram się ich unikać i odcinać od nich.
Rodzina wielodzietna kojarzy się też z ciągłym bałaganem w domu. Czy to przez to dziś uchodzisz za pedanta, który potrafi sprzątać mieszkanie kilka razy w tygodniu?
Może tak być. Przy dziewiątce dzieci w domu zawsze będzie jakiś rozgardiasz, nie czarujmy się. A porządek lubiłem od małego. Już w internacie musiałem mieć idealnie spakowaną torbę, ład w szafach i szufladach. Jeśli coś było przesunięte o jeden centymetr, wstawałem i to poprawiałem. Uważam swój pedantyzm za pozytywną cechę, a nie wadę.
Marcin Listkowski: Z czasem zacząłem czuć presję liczb
Po karierze wracasz do Rypina?
Skłamałbym, gdybym powiedział, że taki jest plan. Lubię tam wracać ze względu na rodzinę, ale poznałem życie w wielkich miastach i wolę ten rytm życia. Dorastałem w Szczecinie, tam mam wielu przyjaciół i znajomych, dziewczyna jest stamtąd, tam mam mieszkanie i na dziś to jest moje miejsce na ziemi.

Marcin Listkowski już w barwach GKS-u Tychy.
Twoim piłkarskim problemem zawsze było rzucanie po pozycjach, trudno było cię sklasyfikować. Załóżmy, że przychodzi trener i mówi ci, żebyś wybrał sobie, na jakiej pozycji chcesz grać i jakie masz zadania. Co byś mu odpowiedział?
Powiedziałbym, że chcę grać jako „ósemka”, czasami łamana przez „szóstkę”. W systemie, który mamy w GKS-ie, jest idealnie. W takim ustawieniu grałem też u Marka Papszuna, gdy awansowałem z Rakowem Częstochowa do Ekstraklasy. To rola, w której na boisku czuję się najlepiej.
Za młodu, zwłaszcza w Pogoni Szczecin, byłeś postrzegany raczej jako zawodnik ofensywny. To rodziło presję liczb, których nie miałeś.
Mając 16 czy 17 lat chciałeś po prostu grać. Często ustawiano mnie na prawym skrzydle, ale nie była to dla mnie presja. Budziłem się, szedłem na trening i nie mogłem się doczekać kolejnego meczu w Ekstraklasie. Licznik jednak bił i z wiekiem presja liczb się pojawiła. Zacząłem się bardziej na tym skupiać. Tłumaczyłem sobie, że nic złego się nie dzieje, ale siedziało to we mnie.
Do dziś trudno mi ocenić, czy moja wszechstronność jest plusem, czy minusem. Na początku kariery na pewno pomagała, z czasem jednak stała się problematyczna. Nie czułem, że mam w zespole swoje jasno przypisane miejsce, że to jest moja pozycja, z tym gościem rywalizujesz i tylko z tego jesteś rozliczany. Bardziej byłem zawodnikiem od „w razie czego”. W razie czego zagram na „dziesiątce”, na „ósemce” czy na skrzydle. Brakowało ciągłości, co w kolejnych latach coraz mocniej odczuwałem. Nie jestem też typem piłkarza, który pójdzie do trenera i będzie się domagał występów tylko w jednej roli. A spotykałem takich. Może takiej rozmowy kiedyś zabrakło, kto wie.
Taką stabilizację chyba miałeś w Rakowie. Mam wrażenie, że ten rok w Częstochowie był najlepszym czasem w twojej karierze.
To był bardzo dobry moment. Trener Papszun od razu miał na mnie jasno określony pomysł. W pierwszej rundzie grałem na „dyszce, ale od samego początku dawał do zrozumienia, że docelowo widzi mnie trochę niżej. Czułem jego zaufanie i to, że jestem dla niego ważną postacią. Jestem zawodnikiem, który lub mieć wpływ na grę zespołu i jeśli dostaję wsparcie, z tygodnia na tydzień rosnę.
Czas w Pogoni po powrocie z Rakowa też nie był dla mnie zły. Rozegrałem pełny sezon w Ekstraklasie i nawet parę liczb dołożyłem. Moja boiskowa pewność siebie wzrosła. Miałem możliwość pozostania w Rakowie. Nie wszystko zależało wyłącznie ode mnie, ale wspólnie z Pogonią uznaliśmy, że lepiej będzie wrócić. Jak mówiłem, żadnej decyzji nie żałuję, ale kto wie, jak by się to potoczyło, gdybym został w Częstochowie po awansie.

Zetknięcie z filozofią Marka Papszuna stanowiło dla ciebie szok?
To było coś nowego. Mimo że schodziłem z Ekstraklasy do I ligi, byłem podekscytowany i nie nastawiałem się, że będę grał od deski do deski. Sam początek wcale nie był idealny. Jeździłem z rezerwami Rakowa na IV ligę i musiałem czekać. Moi bliscy się denerwowali, że poszedłem na wypożyczenie i nie gram, pytali, co się dzieje. Wewnętrznie jednak zachowałem spokój i wiedziałem, że jak dostanę szansę, to ją wykorzystam. Nadeszła dość szybko i miejsca już nie oddałem.
Co do trenera Papszuna, na starcie jego szczegółowość i przywiązanie do detali sprawiało mi trudność, ale chłonąłem wiedzę, miałem otwartą głowę i szybko się wdrożyłem. Czułem, że rosnę jako zawodnik i człowiek. Ten rok to była dla mnie czysta przyjemność. Gdybym miał jeszcze kiedyś możliwość pracy z Markiem Papszunem, bez problemu bym się odnalazł.
Marcin Listkowski: Potrzebuję trochę wiary i zaufania
Wiem, że analizujesz swoją grę z Przemysławem Gomułką.
Zaczęliśmy współpracę jeszcze w moich włoskich czasach. To kompletny piłkarski freak. Mógłby o niej rozmawiać 24 godziny na dobę. Czasem mu sugeruję, żeby się na chwilę wyłączył i zajął czymś innym (śmiech). Ma fajne, świeże spojrzenie. Wychwytuje detale, które nie są oczywiste. Na przykład w przypadku środkowego pomocnika poszukiwanie małych „bramek” z przeciwników, żeby posłać w to miejsce podanie między liniami. Szczegóły, które wiele dają, dlatego cieszę się, że jest w sztabie trenera Piszczka, bo jego uwagi mają pozytywny wpływ na zespół.
Przyjście do GKS-u Tychy to dla ciebie w pewnym sensie ostatnia szansa? Końcówkę we Włoszech miałeś kiepską, nie poszło ci w Jagiellonii i Zagłębiu. Ewentualne niepowodzenie w I lidze sprawia, że masz bardzo mało argumentów na rynku.
Staram się nie myśleć o tym ruchu w kategoriach ostatniej szansy. Wiem, w jakiej sytuacji znajduje się GKS i na jakie wyzwanie się piszę, ale na co dzień tego nie rozważamy, bo w niczym to nie pomoże. Potrzebuję trochę wiary i zaufania, żeby się odbić, a w Tychach mogę na to liczyć. Jestem w stanie odpłacić się na boisku. Najpierw chcę coś udowodnić sobie.
Tutaj grasz w ulubionej roli.
To bardzo istotny plus. Rola trenera Piszczka i plan na mnie sprawiły, że zdecydowałem się na GKS. Chciałbym zostać w jednym miejscu na dłużej i odżyć piłkarsko. Jestem pewien, że się utrzymamy, a potem będziemy mogli patrzeć wyżej.
GKS Tychy się utrzyma, ponieważ…
Ponieważ bardzo ciężko na to pracujemy i mamy wszystko w swoich rękach. Życie zazwyczaj oddaje, a wiem, ile z siebie dajemy dzień po dniu.
CZYTAJ WIĘCEJ O POLSKIEJ PIŁCE:
- Rodriguez, Samper, bose spacery i słońce. Niecodzienne nawyki piłkarzy
- Piłkarze bez pensji. Nieczyste gierki Sandecji w Klubie Kokosa
- Ishak o powrocie do reprezentacji: Dla mnie to już koniec. Tak to widzę
Fot. FotoPyk/Newspix
Artykuł Listkowski: Ośmioro rodzeństwa? Ciepło wspominam dzieciństwo [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com.