Jacek Magiera był człowiekiem, o którym chyba nikt, nigdy nie powiedział złego słowa. I to mówi o nim najwięcej, świadczy najlepiej. Rzadko spotyka się przecież kogoś, kto wzbudza wyłącznie serdeczne uśmiechy, wywołuje same ciepłe reakcje. Pan Jacek nie chciałby pewnie, żeby tak mu kadzić, pisać o nim peany. Tyle że inaczej się nie da, inaczej nie wypada.
„Ja jestem sobą. Czyli człowiekiem, który uparcie dąży do celów, jakie kiedyś przed sobą postawił i – to najważniejsze – który każdemu może spojrzeć prosto w oczy. Obrałem swoją drogę”.
W zalewie trafnych spostrzeżeń i ciekawych cytatów, którymi na przestrzeni lat dzielił się z nami Jacek Magiera, ten, moim zdaniem, opisuje go najlepiej. Nie znałem Magica zbyt dobrze, nie łączyła mnie z nim nawet koleżeńska więź, ale obraz, jaki zostawił po sobie w mojej głowie, jest właśnie taki.
Magiera był uczciwy, konsekwentny, pracowity, rzetelny, ambitny, skrupulatny. Na tyle świadomy, że sam siebie opisywał w ten sposób, z podkreśleniem, że każdemu może spojrzeć prosto w oczy. Bo mógł, absolutnie. Potwierdzają to reakcje po jego nagłej, przedwczesnej śmierci, gdy piłkarska Polska łączy się w bólu i wspomina go jako najlepszego człowieka, jaki jej się przytrafił.
Nie zdążył zrealizować jednego z ostatnich celów, które sobie postawił. Wspomniał nam o tym w łączeniu w trakcie przerwy na kadrę – planował powrót do roli pierwszego trenera. Znów bogatszy o doświadczenie, o wiedzę, której nigdy nie chciał przestać zdobywać.
***
Trzy dekady temu, gdy wciąż grał, opowiadał, że chce zostać trenerem. I skończyć studia, bo plan przecież może nie wypalić, w zawodzie może mu nie pójść. O planowaniu przyszłości, zabezpieczeniu, myślał zawsze. Po środowisku do teraz krąży anegdota, wedle której Jacek Magiera sam napisał sobie kontrakt z Widzewem Łódź, bo nie mógł doprosić się załatwienia formalności przez klub. I zrobił to w taki sposób, że nie musiał potem walczyć o to, co zarobił.
Gdyby jednak Magiera wyróżniał się taką dbałością tylko we własnej sprawie, nie byłby odbierany jako najlepszy człowiek w polskim futbolu. Był, bo wyróżniało go to, że z troską podchodził do każdego. Zwłaszcza do tych, którzy w roztargnieniu, niedojrzałości, nie potrafili sami o siebie zadbać. Znakomicie obrazuje to historia, którą w swoim wspomnieniu trenera przypomniał Kuba Białek.
„Archiwalna wypowiedź siedemnastoletniego Macieja Korzyma, wchodzącego do pierwszej drużyny Legii. – Muszę czytać książki, bo tak każe mi Jacek Magiera. Magic załatwił mi szkołę, pilnuje mnie i każe się dużo uczyć. Co jakiś czas robi mi klasówki. Mówię do niego „panie magistrze”, choć ten tytuł uzyska dopiero za kilka dni”.
W dawnej rozmowie z Weszło Magiera rzucił, że „miał tylko talent do pracy i dużo samodyscypliny”. Ośmielę się z tym nie zgodzić. Pan Jacek był obdarzony ponadprzeciętną świadomością, którą wykorzystywał dla dobra innych. Czuł misję edukowania ludzi, którzy go otaczali, czuł za nich odpowiedzialność, bo wiedział, jak łatwo utonąć w bagnie, w którym przyszło mu grać, pracować.
Pamiętajmy, że spora część jego kariery, to czarne czasy polskiego futbolu, które pochłonęły wiele talentów. Właśnie dlatego mówię, że o człowieku, jakim był Jacek Magiera, można mówić tylko i wyłącznie dobrze. Rola, którą dobrowolnie wziął na swoje barki, była dowodem nie tylko tej świadomości, ale także ponadprzeciętnej ludzkiej wrażliwości, mądrości, troski o inną osobę.

***
Jest jeszcze jedna opowieść, którą zaserwował nam Jacek Magiera. Taka, która pokazuje, że sam nie był człowiekiem idealnym, ale też udowadnia, że zawsze był tym, który potrafi wyciągać wnioski. To historia z życia rodzinnego, o trudnym łączeniu pasji, która jest pracą, z budową domowego ogniska.
„Jako kawaler bardzo długo byłem typem samotnika, skoncentrowanym wyłącznie na piłce. Spędzałem w klubie 12-13 godzin dziennie. Przychodziłem do domu, otwierałem komputer i do 1-2 w nocy jeszcze różne rzeczy analizowałem. Podobnie było na początku małżeństwa, gdy pełniłem funkcję asystenta. Z żoną widywaliśmy się głównie rano, kiedy wychodziła do pracy, która też bardzo mocno ją absorbowała. Wieczory oboje spędzaliśmy przed komputerami i w sumie nie rozmawialiśmy ze sobą. W pewnym momencie się ocknęliśmy. Uznaliśmy, że nie na tym polega życie, nie na tym polega szczęście. Zmieniłem się. Jako ojciec dwójki dzieci w wieku wczesnoszkolnym jestem zupełnie innym trenerem niż wcześniej. Stałem się spokojniejszy i bardziej opanowany. Wiem, że to, co najistotniejsze mam w domu.
Kiedyś nie miałem dystansu do piłki. Irytowałem się, nie spałem, potrafiłem się nie odzywać cały dzień. Z czasem nabrałem dystansu, bycie mężem i ojcem w tym pomaga. Dziś po prostu lepiej mi się żyje, więcej się uśmiecham, a to plus także w pracy. Zaczęliśmy inaczej organizować sobie czas, bo to tak naprawdę tylko o organizację chodzi. Skupiłem się na wydajności i jakości pracy. Jak pracuję, to pracuję, w pełni się na niej skupiam i odkładam na bok rozpraszacze. To piękna, rozwojowa praca na zdrowym, żywym organizmie, ale wielokrotnie się przekonywałem, że nie zawsze czas poświęcony wszystkim piłkarzom został właściwie spożytkowany. Czasami lepiej odpuścić i poświęcić kilka godzin rodzinie niż zawodnikowi, który i tak nie zapamięta zbyt dużo z tego, co dla niego zrobiłeś. Wypracowaliśmy swoje rytuały. Dużo daje rozmowa, wspólne posiłki przy stole i odłożenie na bok elektroniki, co najwyżej w tle może po cichu lecieć muzyka. Staramy się tego pilnować”.
***
Jako trener Magiera był odbierany różnie. Jak każdy miał momenty lepsze i gorsze. Jak każdy jednych swoim stylem gry w sobie rozkochiwał, innych drażnił. Przede wszystkim jednak był trenerem skutecznym, zasłużonym. Mało kto we współczesnym, polskim futbolu, może się pochwalić:
- prowadzeniem drużyny w Lidze Mistrzów (zwłaszcza: polskiej drużyny),
- mistrzostwem Polski,
- pracą w reprezentacji kraju,
- wyjściem z grupy na mistrzowskim turnieju – młodzieżowym, ale jednak mistrzowskim.
Magiera rozwinął całe pokolenie zawodników i nie chodzi tylko o to, co robił z nimi na boisku. Spotkanie tego trenera na swojej drodze czasami dosłownie odmieniało komuś życie. Jan Stolarski. Młody chłopak, który doznał kontuzji tak paskudnej, że bardziej niż o powrót do piłki, trzeba było martwić się o powrót do zdrowia w ogóle. Trenera Magiery nie znał, ale odpowiedział na prośbę jego brata i pomógł mu w rehabilitacji, gościł go u siebie, na Legii, poświęcał mu masę czasu.
– Miałem z nim styczność około trzy miesiące jak byłem na Legii. Poznaliśmy się dobrze, chyba mogę nawet powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy. Na początek powiedział mi tak: Janek, ja mam swoje obowiązki, Marcin ci pomoże, a tu masz rozpiskę. Będę do ciebie zaglądał. To była cenna szkoła życia, miałem stworzone warunki, żeby wrócić do zdrowia, ale zależy tylko ode mnie, czy tak się stanie. Trener Magiera otwierał mi siłownię, ale pracowałem w niej sam. Potem trener Magiera aplikował mi pierwsze proste treningi z piłką, starał się też bardziej mentalnie mnie odbudować. Dużo razy zostawaliśmy po treningu i rozmawialiśmy – opowiadał nam Stolarski, który po czasie sam założył klub i, w obliczu trudności, pomaga ludziom tak, jak kiedyś Magiera pomógł jemu.

***
O wielkości, wyjątkowości Jacka Magiery najmocniej świadczy to, że to nie była pojedyncza historyjka, przypadkowa anegdota. Podobnych opowieści, w których Magiera wyciągnął rękę do człowieka, którego w zasadzie nie znał, na którego mógł zwyczajnie nie mieć czasu, było wiele. Tak jak i tych, w których pomagał swoim podopiecznym. Kultowa stała się historia o tym, że każdemu polecał – czy nawet po prostu rozdawał – książkę „Szczęście czy fart?”.
W pewnym momencie stał się z nią osobiście utożsamiany, chyba bardziej niż sami autorzy. I to w zasadzie nie dziwi, bo Jacek Magiera też tę książkę poniekąd napisał. No, przepisał.
– Szukałem jej dosłownie wszędzie, jak byłem w jakimś mieście chodziłem do księgarni i nic. Żona kiedyś znalazła jeden egzemplarz i dała mi na urodziny. Jako że miałem tylko jeden, postanowiłem przepisać. Wyszło mi na komputerze dokładnie 78 stron A4 – miesiąc przepisywałem, normalnie jest tych stron 104, bo książka rozmiarowo mniejsza. Poszukałem ilustracji i każdy z nich dostał. Wydrukowałem 37 sztuk i oprawiłem w introligatorni. Trzeba się poświęcić, żeby ktoś miał lepiej. Dla mnie ważne jest, żeby zawsze pozostali sobą – opowiadał niegdyś na łamach Weszło.
Wielu, którzy skorzystali z jego rekomendacji, przyznawało, że lektura pozwoliła im inaczej spojrzeć na świat. Panie Jacku, warto było się poświęcić. Książka zyskała drugie życie, wydawnictwo zaczęło dodruki. Ilu trenerów, ile osób może o sobie powiedzieć, że doprowadziło do czegoś takiego?
Szkoda tylko, że nie zdążył wydać swoich przemyśleń, notatek, historii, które zgromadził. Bo – jak sam kiedyś przyznał – „zapisywał prawie wszystko od dwudziestu pięciu lat”. To musi być potężna księga wiedzy, ludzkiej mądrości.
***
Nietypowe podejście Jacka Magiery nie przysporzyło mu wyłącznie fanów, komplementów. Bardzo ładnie, ale też dosadnie, ujął to parę temu Leszek Milewski w swoim coczwartkowym felietonie.
„Jacek Magiera miał opinię kogoś, kto nie pasuje do piłkarskiego środowiska. No to mamy w soczewce nasze rodzime bagienko, wytłumaczenie, dlaczego polska piłka przez lata się staczała, skoro ktoś tak wartościowy był uznawany za kosmitę”.
Czasami słyszeliśmy, że Magiera był inny, ale czym była owa „inność”? Profesjonalizm, elokwencja, wartości, etyka pracy. Kolega Milewski w dalszym fragmencie słusznie pyta, czy przypadkiem nie mówimy o podobnym podejściu do talentu, pracy w kontekście Roberta Lewandowskiego?
Tyle że Lewandowski nie dostał łatki, którą dostał Magiera. Dostał niesłusznie. Piłkarz Jacek, który wolał przeczytać książkę niż z puszką piwa grać w karty, nie był inny, był normalny. Trener Jacek, który wolał z człowiekiem porozmawiać, spróbować zrozumieć, co go gryzie, zamiast wydawać rozkazy jak tyran, nie był inny, był normalny. Jak napisał Michał Zachodny, który z Magierą pracował: jego wyjątkowość powinna być standardem.
– Kiedyś jeden z moich kolegów zwrócił mi uwagę, że w trakcie meczu za mało opieprzam zawodników. Odpowiedziałem, że nie pracuję z baranami, tylko z inteligentnymi ludźmi. Na nich nie trzeba się drzeć – to kultowy fragment z rozmowy z Weszło sprzed dziesięciu lat.
Innym razem dodał: – Trener powinien być dobrym psychologiem, wychowawcą, znać elementy filozofii.
Taki właśnie był Jacek Magiera. Za to jesteśmy i będziemy mu wdzięczni. Panie Jacku, będzie pana brakowało. W piłce, w trenerce, w życiu.
SZYMON JANCZYK
CZYTAJ WIĘCEJ O JACKU MAGIERZE:
- Kowal wspomina Jacka Magierę. „Chodziło mu o coś więcej niż piłka”
- Panie Trenerze… Trudno w to wszystko uwierzyć
- Vuković żegna Magierę. „Najlepszy możliwy człowiek”
Fot. FotoPyK/Newspix
Artykuł Jacek Magiera był najlepszym człowiekiem w polskiej piłce pochodzi z serwisu weszlo.com.