Wraz z kolejnymi wystąpieniami działaczy Legii Warszawa obserwujemy postępujący proces malowania trawy na zielono. Ogródek może i spalony od słońca, ale Marek Papszun na stołku spray w ręce i wszystko da się przedstawić w lepszych barwach. Fredi Bobić na przykład przyznaje, że może i Legia Warszawa wydawała za dużo, ale przecież nie przez rok, lecz przez pięć lat. Odważne, zuchwałe, ordynarne wciskanie ludziom kitu.
– Legia już nie będzie otwartym portfelem dla wszystkich. A była. My wydaliśmy za dużo pieniędzy nie w lecie 2025 na transfery, tylko przez poprzednich pięć lat. To było jak kula śniegowa wydatków, to rosło i rosło. A sukcesów brakowało. Klub piłkarski zawsze wyda cały budżet, ale tu nie chodziło o jeden rok, tak było przez pięć lat – powiedział Fredi Bobić w WP Sportowych Faktach.
Generalnie z tezą o tym, że Legia Warszawa źle gospodarowała pieniędzmi przez okres dłuższy niż tylko ostatni rok, można się zgodzić. W wykonaniu Frediego Bobicia jest to jednak nic więcej, jak sprytne manipulowanie faktami. Bo może i latami wydawano za dużo, nie odnosząc przy tym sukcesów, ale nawet jeśli tak było, to rok rozrzutności Bobicia i spółki i tak to przykrył, przebił, przyćmił.
Fredi Bobić przepalił w Legii rekordowe pieniądze, ale uważa, że to nic, bo wcześniej też przepalali
Trzeba dużej śmiałości i bezczelności, żeby wyjść do ludzi z taką narracją, gdy tylko Marek Papszun ogarnął ten bajzel. W dodatku zrobił to w sytuacji, w której trzeba było czym prędzej wyczyścić kadrę z przepłaconych przez Bobicia, Michała Żewłakowa i Marcina Herrę piłkarzy, którzy napompowali budżet płacowy pierwszego zespołu do rekordowych rozmiarów. Trener wziął na barki odpowiedzialność za ich fatalną politykę, zaakceptował fakt, że teraz o wyniki będzie trzeba walczyć chłopakami ściągniętymi z pierwszej ligi i teraz słucha, że to nie tak, że Bobić z ekipą nawalili, bo poprzednicy nawalili tak samo.
Tyle że to kompletne brednie.
Minuta z kalkulatorem wystarczy, żeby zorientować się, że narracja sprzedawana przez Frediego Bobicia rozjeżdża się z faktami. W pięcioleciu przed erą Bobicia Legia Warszawa wydawała na transfery średnio ok. 2,8 miliona euro na sezon. Czyli mniej niż head of football operation przepalił na samego Miletę Rajovicia. Łączny koszt zakupów Bobicia, Żewłakowa i Herry wyniósł 6,35 mln euro. Dwukrotnie więcej! I mówimy o samych kwotach transferowych, bez prowizji, bonusów, za to z założeniem, że korygowane kwoty na Transfermarkt są zgodne ze stanem faktycznym.
Gdyby jednak chodziło tylko o kwoty wydawane na transfery, byłoby to łatwiejsze do strawienia. Problem w tym, że Bobić, Żewłakow i Herra byli równie rozrzutni, gdy chodziło o kontrakty zawodników. Przed latem, w którym Dariusz Mioduski wynalazł kolejnego doradcę, najwyższy kontrakt w Legii Warszawa miał Ruben Vinagre. Portugalczyk zarabiał ponad 700 tysięcy euro rocznie i to tylko dlatego, że Marcin Herra za nową Goncalo Feio przyspieszył wykup piłkarza, żeby wypożyczyć Vladana Kovacevicia.
Nieco mniej, ale w okolicach 700 tysięcy euro zarabiał też Jean-Pierre Nsame. On akurat po podwyżce, bo w pierwszym roku gry w Warszawie do pensji dokładało się Como – wówczas wychodziło ok. 400 tysięcy w europejskiej walucie. W każdym razie w poprzednich latach takiej kasy w stolicy nie było, chyba że w pojedynczych przypadkach. Może i wydawano pieniądze niewłaściwie, ale mówiliśmy o kontraktach rzędu maksymalnie 300-400 tysięcy euro. Za Bobicia, Żewłakowa i Herry takie frytki nie pozwalały nawet załapać się na podium najlepiej zarabiających w klubie.
- Kamil Piątkowski – ok. 50 tysięcy euro miesięcznie,
- Kacper Urbański – ponad 50 tysięcy euro miesięcznie,
- Damian Szymański – ok. 65 tysięcy euro miesięcznie (info: Meczyki).
Mileta Rajović, Petar Stojanović, Arkadiusz Reca – oni też zarabiają bardzo dużo, to też kontrakty wyższe niż topka z lat sprzed przyjścia Frediego Bobicia. Jeśli to wszystko zsumujemy, mamy wywróconą do góry nogami listę najlepiej zarabiających zawodników w klubie i pewnie ze trzy miliony euro w budżecie płacowym na sezon.
Fredi Bobić twierdzi, że 3 miliony euro to nic. Czyli Legia sprzedała utalentowanego piłkarza za nic?
Może Bobiciowi mówi się o tym tak lekko, bo jak stwierdził w tej samej rozmowie „trzy miliony euro w futbolu to nic”, ale dla Legii te trzy miliony euro oznaczały konieczność panicznego cięcia kosztów, wyprzedawania zawodników i ratowania sytuacji. Bo budżet płacowy netto na piłkarzy pierwszej drużyny przed Bobiciem wynosił nieco ponad 40 mln zł, po okienku tercetu Bobić, Herra, Żewłakow ponad 60 mln zł i teraz znów ok. 40 – 45 mln zł. Oznacza to, że przepalono tyle kasy, że trzeba było radykalnie, w jedno lato, ściąć 1/3 wydatków, żeby dalej funkcjonować.
Jeśli w takiej sytuacji Fredi Bobić wychodzi i opowiada, że o jakiejś pięcioletniej kuli śnieżnej, to znaczy, że jest po prostu bezczelny. I chyba nie zdaje sobie sprawy, że tej bajerki nikt nie kupi, bo ludzie nie są ślepi. Co prawda można im sprzedać bajeczkę, że Legia nasprzedawała piłkarzy za tyle, że koniec końców wyszła na plus, ale to wiąże się z kolejnym problemem. Kibic Legii od lat słyszy, ile to klub zarobił na sprzedażach, po czym uderzają go cięcia kosztów, wyprzedaże i dziury budżetowe. Dlatego po takich przechwałkach zwykle pada:
I gdzie są te pieniądze?
Poza tym skoro trzy miliony euro to nic, to chyba przypadkiem pan Bobić surowo zrecenzował, jakim naprawdę sukcesem była sprzedaż przez niego Jana Leszczyńskiego do Borussii Mönchengladbach za takie właśnie pieniądze. Dyrektor klubu przyznaje, że oddał utalentowanego piłkarza za „nic” – tego jeszcze nie grali!
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix
Artykuł Fredi Bobić bredzi pochodzi z serwisu weszlo.com.