04.01.2026

Cała prawda o transferach Jagiellonii. Szef skautów odsłania kulisy!

Jego piłkarską karierę brutalnie przerwał tzw. Brexit tackle przez co nie zmierzył się w lidze z Wrexham. Angielskie boiska zamienił na pracę skauta, która zaprowadziła go z powrotem do rodzinnego Białegostoku. Wielu mówi, że Łukasz Masłowski dokonuje w Jagiellonii transferowych cudów. Bez Grzegorza Mańkowskiego byłoby o to trudniej. Szef skautingu pierwszy raz opowiada o kulisach pracy klubu, budowie mistrzowskiej drużyny, smaczkach i ciekawostkach związanych z wyszukiwaniem i rekrutacją zawodników. Jak to się robi na Podlasiu?

W nowym cyklu „Sekrety Futbolu” zajrzę za kulisy polskich i europejskich klubów. W wybrane niedziele będą na was czekać dłuższe teksty, analizy i wywiady, w których pokażę wam pracę ludzi pracujących na sukces na boisku lub w ciszy i cieniu.

***

Grzegorz Mańkowski – szef skautingu Jagiellonii Białystok pierwszy raz opowiada o kulisach transferów do klubu!

Podobno Jagiellonia nie robi złych transferów. 

Powiedzmy, że nie było takiego dużego zawodu, nie?

Nie, nie sądzę.

Na pewno są zawodnicy, co do których oczekiwania były wyższe, czasem dużo wyższe. Dużego zawodu chyba jednak nie było.

Tylko jak tego dokonaliście?

Obserwacje, świadomość tego, czego szukasz, dobieranie zawodników ze świadomością tego, co jest potrzebne zespołowi. Plus test wielu oczu – skauting, dyrektorzy, trenerzy. Dużo dyskutujemy nad zawodnikami, którzy ostatecznie do nas trafiają.

Czyli żadna czarna magia.

Ewentualnie jeszcze analiza samego wyszukiwania zawodników. Bo ciężej jest znaleźć zawodników pod konkretne cechy niż potem dobrać ich do zespołu, zrekrutować.

Dlaczego?

Ciężko znaleźć piłkarza, który pasuje do tego, co chcemy grać, bo pula graczy jest ograniczona. Na przykład: szukamy lewego obrońcy w Polsce i pod nasz profil mam dwóch potencjalnych kandydatów. Trudno po prostu znaleźć to, czego chcesz.

Jak tworzycie taki profil zawodnika? To bardzo skomplikowany proces?

To rola dyrektora sportowego i pierwszego trenera – oni ustalają, jakie są oczekiwania. Dostajemy wytyczne, na czym się skupić odnośnie konkretnych pozycji i po prostu szukamy oczekiwanych cech. Każdy musi mieć jakąś cechę wiodącą, wokół której można budować, ale powiedzmy, że tych cech, które obowiązkowo musi mieć, żeby u nas grać, jest sześć. Kolejne cztery to takie, które dobrze byłoby, gdyby posiadał.

Wasze profile z czasem się zmieniają, czy są sztywne?

Co dwa lata ten profil wygląda inaczej. To takie okno czasowe – pierwszy etap pracy w Jagiellonii trwał dwa lata, potem nastąpiła ewolucja, wymagamy od zawodników więcej. Podchodzimy do tego tak, żeby każdy następny transfer był lepszy niż poprzedni.

Rzucimy jakimś przykładem tej ewolucji profilu?

Najłatwiej będzie z napastnikiem. Pierwszym, który przyszedł do nas na wypożyczenie, był Marc Gual. Kompletnie inny piłkarz niż Afimico Pululu. Byliśmy nastawieni na szybsze i częstsze atakowanie przestrzeni, Marc dobrze radził sobie ustawiony przodem do bramki. Afimico natomiast lepiej utrzymuje piłkę tyłem do bramki, pozwalając podejść wysoko, pod grę, naszym skrzydłowym czy pomocnikom. Zmienił się też profil naszej gry w ogóle. Pierwszy wynikał z tego, co mieliśmy w kadrze i co musieliśmy jakoś wykorzystać. Gdy część kontraktów wygasała i mogliśmy wymieniać kadrę, poszczególnych zawodników, zaczęliśmy kompletować skład pod to, co sobie cenimy.

Afimico Pululu: Ekstraklasa to liga dla silnych chłopów [WYWIAD]

Czyli?

Jagiellonia operuje piłką, opiera się na dużej liczbie podań, grze od bramki – to wszystko wynika z powolnych zmian, które przeprowadzaliśmy. To długie, niełatwe, ale musisz dążyć do tego, żeby wiedzieć, jak chcesz grać i żeby dobrać do drużyny ogniwa, które to umożliwią.

Jagiellonia i sekret transferów bez kwoty odstępnego. „Zawodnik nie może chcieć przyjść dla pieniędzy”

Gdyby to było takie łatwe, pół ligi działałoby w ten sposób. Tymczasem wy nie dość, że tak działacie, to jeszcze koncentrujecie się na transferach bez kwoty odstępnego.

Przyjęliśmy zasadę, że zawodnik nie może chcieć przyjść do Jagiellonii dla pieniędzy. Przede wszystkim przekonać mają go pomysł na jego rozwój oraz styl gry, który dla piłkarzy jest raczej kuszący. Jeżeli podczas pierwszej rozmowy szybko pojawia się pytanie o to, ile będzie zarabiał, to dla mnie jest to krok w tył. Często zajmuję się pierwszym etapem rekrutacji i oczekuję, że padną pytania o to, jak wygląda liga, jak zespół chce grać, jak zawodnik będzie wyglądał w danym systemie. Jeśli ich nie słyszę, to często po prostu rezygnujemy z takiego piłkarza i sięgamy po opcję o podobnej jakości, ale z lepszą wizją na samego siebie.

Nigdy nie podpisaliście kogoś, kto od razu spytał, ile zarobi?

Nie przypominam sobie takiej osoby. Wiadomo, że pieniądze to temat, który zawsze się pojawia, ale nie chcę, żeby to było poruszane jako pierwszy element. Niech to się pojawi, gdy rozmawiamy z agentem, to naturalne. Zwłaszcza że to my w transferach wychodzimy z inicjatywą. Nie czekamy na oferty od agentów – jeśli kogoś chcemy, to mamy już wstępnie sprawdzoną dostępność względem naszych możliwości i działamy. To też sprawia, że zwykle rozmawiamy po prostu z tymi piłkarzami, którzy są świadomi swoich możliwości i tego, jak gra w Jagiellonii może im pomóc osiągnąć więcej.

Grzegorz Mańkowski

Grzegorz Mańkowski. Fot. Newspix

Mówiłeś, co chcecie usłyszeć od nich, a co mówicie wy?

Często poruszamy temat tego, że Ekstraklasa jest najszybciej rosnącą ligą w Europie. Pokazujemy, o ile miejsc w rankingu UEFA awansowaliśmy w pięć lat. To mocny argument dla zawodnika: idzie do ligi, która rośnie sportowo i finansowo, której przedstawiciele grają w Europie, która jest bardzo konkurencyjna, więc nie spodziewasz się np., kto zostanie mistrzem Polski.

Jak wytłumaczyć, że hasło „przekonał go projekt” to nie przykrywka dla lepszej finansowo oferty? Bo część osób może myśleć, że to kit.

To nie kit. Mamy dokładnie rozpisane w prezentacji rzeczy, które działają na zawodników. Ciekawostka:  chodzi np. o Szymona Marciniaka. Fakt, że sędziuje u nas arbiter, który prowadził finał mistrzostw świata i Ligi Mistrzów, pokazywał zawodnikom, że to nie jest ogórkowa liga.

Poważnie coś takiego ma znaczenie?

Czasami tak. Ktoś nawet sam zwrócił uwagę, że oglądał nasz mecz i tam był sędzia z finału mundialu. Pytał: to taki dobry sędzia jest w waszej lidze? Czyli liga też musi być dobra.

Co jeszcze pomaga?

Europa, to oczywiste. Zwłaszcza ostatnie trzy lata. Ćwierćfinał Lecha, Legii, nasz – to pokazało, że w pucharach nie tylko gramy, ale realnie walczymy z dużymi firmami. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, że chodziło o Sergio Lozano, ale wydaje mi się, że on był na naszym meczu z Realem Betis. Fakt, że osobiście obserwowałem go od dwóch i pół roku, ale to, że dobrze wypadliśmy na tle takiego rywala, też było dla nas pomocne.

Sekrety mistrzowskiej Jagiellonii. „Powiedziałem Nene, że pierwszy sezon będzie ciężki, ale w drugim powalczymy o coś poważnego”

Dla was Europa to jednak stosunkowo świeży argument. Jak działaliście, gdy go nie było, gdy ściągnęliście piłkarzy, którzy stworzyli mistrzowski zespół?

Było ciężej, natomiast wtedy też szukaliśmy trochę innych zawodników. Skupialiśmy się np. na tych, którzy grają mniej – jak Nene, mój pierwszy transfer do Jagiellonii. To był rezerwowy w przeciętnym zespole ligi portugalskiej, ale widać było po nim jakość.

W Jagiellonii nie wierzyli, że taki kozak siedzi na ławce. Nene – lider mistrzowskiego zespołu

Jego podobno wyłapałeś trochę przy okazji, nie miałeś zamiaru go obserwować.

Tak, to było w meczu, gdy wszedł na boisko na paręnaście minut. Szukaliśmy wtedy właśnie takich „zakurzonych” zawodników, którzy pomogą nam urosnąć. Teraz szukamy piłkarzy, którzy mają jeszcze więcej jakości, żeby rosnąć jeszcze szybciej.

Czyli co trzeba było powiedzieć takiemu Nene, żeby nie wziął was za wariatów?

Mieliśmy piękny stadion w porównaniu z Santa Clarą! (śmiech) Walczyliśmy w lidze, w której nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Powiedzieliśmy mu: możesz mieć sezon, w którym jesteś na ósmym miejscu, albo sezon, w którym zdobędziesz mistrzostwo. Przed przyjściem Nene zajęliśmy 13. miejsce. Zapowiedzieliśmy, że będzie jednym z liderów drużyny w przebudowie, że pierwszy sezon będzie pewnie ciężki, ale w drugim postaramy się powalczyć o coś poważnego.

O co?

Może zakręcimy się koło europejskich pucharów. Coś takiego. Wyszło, jak wyszło…

Mistrzostwo Polski!

Cieszę się, że nie skłamałem! Na odchodne Nene powiedział mi zresztą właśnie to: nie kłamałeś. Prawda jest taka, że w Santa Clarze nie czuł się nawet piłkarzem. Pytał na przykład, czy w Polsce będzie rozpoznawany na ulicy, jeśli wygramy trzy mecze. Jak się u nas traktuje piłkarzy. Interesowało go, czy poczuje, że gra w piłkę na poważnym poziomie, ile osób przychodzi na stadion. Niewiele wiedział o Polsce i naszej lidze. Na szczęście miał agenta, który wiedział więcej.

Nene – piłkarz wychowany w raju. Opowieść o Azorach

Bernardo Vasconcelosa, byłego piłkarza Zawiszy Bydgoszcz.

Bernardo ma żonę Polkę, z Torunia. Bardzo dużo opowiadał Nene o kraju, piłce, infrastrukturze. Przyznam, że pomógł nam w negocjacjach, przyjazd Nene uzgodniliśmy w parę minut. Sam zawodnik był w ogóle zachwycony, że tak się nim interesujemy.

To ciekawe, bo o ściąganiu darmowych piłkarzy często mówi się brzydko, że grzebiemy w śmietniku. Tymczasem okazuje się, że wśród nich nie tylko kryją się dobrzy zawodnicy, ale też, że finanse nie muszą być jedynym, co ich do nas przyciąga.

Jestem zwolennikiem data scoutingu i filtrowania piłkarzy według cech, które nas interesują, a które mogli pokazać nawet w nielicznych wcześniejszych występach. Liczby pozwalają nam to dostrzec, sprawiają, że wszędzie da się znaleźć ciekawy kąsek. Mogę brzmieć jak hiena szukająca resztek mięsa w padlinie, ale… gdyby nie takie podejście, nie trafilibyśmy na Pululu, Nene i paru innych piłkarzy.

Znów wracamy do tego, że musisz wiedzieć, czego szukasz.

Każdemu, kto nie używa danych, trudniej znaleźć to, co go interesuje. To po prostu ogranicza obszar poszukiwań. Czemu szukać w morzu, skoro możesz w basenie? Ile czasu na tym zaoszczędzisz?

Nie będzie piłki bez danych. Jak polskie kluby analizują liczby? [REPORTAŻ]

Z danymi są dwa problemy. Raz, że trzeba umieć czytać je we właściwy sposób. Dwa, że są kluby, które filtr liczb stosują nie po to, żeby piłkarzy szukać, lecz po to, żeby prześwietlać tych, których dostali z zewnątrz.

Sam fakt „dostawania” zawodników traktuję jako problem, bo w ten sposób nie dostaniesz tego, kogo chcesz. Albo będziesz musiał się dopasować, albo liczyć na to, że dopasuje się zawodnik. U nas szukamy sami. Jeśli już naprawdę mamy z tym problem, to wtedy spośród nadesłanych wybieramy tych, którzy pasują do naszego stylu gry. Natomiast statystyka jest taka, że latem odrzuciliśmy większość z nadesłanych piłkarzy. To zdecydowanie ponad czterysta nazwisk.

Mocny sygnał dla agentów – nie przysyłaj piłkarza Jagiellonii, odrzucą!

Może nie aż tak, ale jesteśmy bardzo, naprawdę bardzo krytyczni i dokładni względem takich propozycji. Na pewno łaskawsze pod tym względem jest zimowe okno, gdy wielu jakościowych piłkarzy jest niedostępnych. Na podrzucanych piłkarzy patrzysz wtedy łaskawiej, bo to sygnał, że po prostu są dostępni, stanowią jakąś opcję czy alternatywę.

Jagiellonia i profil piłkarza idealnego. „Dobry z piłką, warunki motoryczne na grę w Europie”

Czy kluczowa w tworzeniu profilów, filtrów, jest konsekwencja? Mam wrażenie, że na tym odpada wiele klubów, które coś sobie założą, nawet się tego trzymają, ale z czasem ulegają pokusie, żeby przymknąć na coś oko. Przymkną raz, nie zaszkodzi, drugi, trzeci, czwarty – i mamy problem z tym, jak zbudowano kadrę.

W naszej akademii jest fajny cytat, chyba ze Steve’a Jobsa. Mówi o tym, że mistrzowski zespół musisz budować wokół ludzi z poziomu – powiedzmy – kategorii A. Musisz ściągać takich, którzy lubią pracować tylko z zawodnikami z takiej kategorii, bo jak zaczniesz sprowadzać piłkarzy z kategorii B, to nawet nie zauważysz, gdy staną się kategorią C. Tak, musisz się trzymać wyznaczonego kierunku. Jak zaczniesz skakać, dobierać „dobrych zawodników”, to z czasem, gdy spróbujesz ich skomponować w całość, okaże się, że czegoś brakuje. Czasami indywidualna jakość i kreatywność pozwala trochę to poluzować, ale myślę, że nasza kadra jest na tyle dobrze zorganizowana, że jesteśmy w stanie wystawić dwie bardzo porównywalne jedenastki.

Mówisz jednak, że profile można trochę poluzować.

On często jest dość luźny do adaptacji. Po prostu są wyznaczone rzeczy, które muszą być i których odpuścić nie możemy. Więcej, będziemy szli w kierunku tego, żeby to było bardziej spójne, żeby liczba tych bezwzględnie potrzebnych cech wzrastała. Pewnie trochę ograniczy nas pozycja finansowa, ale będę się starał zrobić wszystko, żeby „dostarczyć” takich zawodników do negocjacji, rozmów.

Będę drążył. Jakie konkretnie cechy są nienegocjowalne?

Wszyscy zawodnicy muszą się czuć bardzo pewnie z piłką, być techniczni. Chcemy, żeby mieli też odpowiednie warunki motoryczne, które są powiązane z tym, jak się gra w Europie, w pucharach. Muszą być blisko tego pułapu lub go zwiększać.

Raczej nie szukacie „szybkobiegaczy”.

Bo nie gramy w taki sposób, że atak przestrzeni jest kluczowy. Częściej mamy piłkę przy nodze, więc na tym skupiamy się bardziej. Wiadomo jednak, że świat piłki idzie w stronę szybkości. Nam pokazały to mecze z Bodo/Glimt, bo to drużyna, która pod względem motorycznym prezentuje poziom kosmiczny.

Mamy pewność z piłką, kwestie motoryczne – co dalej?

Różne rzeczy w zależności od pozycji. Boczni obrońcy na przykład muszą czuć się dobrze w ataku, podłączać się wysoko do akcji. Natomiast środkowi muszą mieć dużą progresję z piłką. Lubisz dane, więc sprawdź sobie – nasi stoperzy są na trzech pierwszych miejscach w Ekstraklasie pod względem rajdów z piłką przy nodze. W poprzednim sezonie podobnie wyglądały liczby Mateusza Skrzypczaka i Adriana Diegueza, więc to stały trend.

Najwięcej rajdów z piłką przy nodze w Ekstraklasie – stoperzy. Dane: Hudl StatsBomb

Środkowi pomocnicy?

Muszą być kreatywni, ale coraz bardziej wymagamy od nich także wsparcia w obronie i umiejętnej tranzycji z obrony do ataku. Na wielu pozycjach patrzymy na łączenie cech defensywnych i ofensywnych. Skrzydłowi muszą być dobrzy w pojedynkach, robić w ten sposób przewagę w bocznych sektorach. Muszą być też mocni w grze na całej przestrzeni.

Został nam napastnik. Co musi mieć, poza tym, że ma strzelać bramki?

Każdy z naszych napastników dobrze gra tyłem do bramki. Potrafi obrócić się z piłką po przyjęciu, utrzymać się z nią i dać reszcie drużyny czas na podpięcie się do ataku. Youssuf Sylla i Dimitris Rallis są wbrew pozorom bardzo podobni do Afimico Pululu. Mają bardzo dobre warunki fizyczne, choć np. w przypadku Sylli to raczej wzrost niż „szerokość”. Natomiast to odblokowało nam nowe możliwości, z nim wygrywamy więcej pojedynków w powietrzu. Ściągnęliśmy ich po to, żeby za jakiś czas zastąpili Pululu bez szkody dla sposobu gry zespołu. Zwróć uwagę, że Sylla to jedyny reprezentant Belgii U-21, który nie wskoczył jeszcze na poziom, który osiągnęli jego koledzy, ale ma na to potencjał. Staramy się im obydwu pomóc, poprawić cechy, które im na to pozwolą. Zresztą – oni obaj naprawdę mocno „zajarali się” naszym projektem.

Co to znaczy?

Rallis do tego stopnia chciał trafić do Polski, że nie chciał przedłużyć kontraktu z Heerenveen, które naprawdę o niego zabiegało. Pytało o niego zresztą kilka naszych klubów.

Jak zmienia się rynek transferów w Polsce? „Do Ekstraklasy nie trafiają już zawodnicy kompletnie przypadkowi”

Kto jeszcze wykazał ponadprzeciętne zainteresowanie projektem?

Sergio Lozano zasięgnął dużo informacji od Hiszpanów. Na pewno Bernardo Vital był zawodnikiem, który bardzo chciał do nas dołączyć. Miał sporą świadomość tego, jak wygląda polska liga. Z czasem trochę ucieka mi, kto i o co pytał, bo tylko latem sprowadziliśmy trzynastu zawodników, ale pamiętam pytania nie tylko o miasto, ale też o trzyletni plan na klub.

Brawo dla piłkarza, którego to interesuje.

Zwróciłem uwagę, że przygoda w Europie zwiększyła naszą rozpoznawalność wśród lepszych piłkarzy. Ktoś może się zastanawiać – może nie trzeba grać w drugoligowym średniaku z Hiszpanii, bo w takim miejscu można przeżyć coś fajnego? I potem, za kolejny rok, znaleźć się jeszcze wyżej? To działa nie tylko u nas. Konkurencyjność ligi sprawia, że pucharami może kusić większa liczba klubów, więc do Ekstraklasy trafia coraz mniej przeciętnych obcokrajowców. Taki mam wniosek, bo uważam, że poprzeczka poszła w górę, większą rolę odgrywa skauting negatywny, czyli odrzucanie piłkarzy po weryfikacji. W zasadzie nie ma już takich sytuacji, że trafiają do nas zawodnicy kompletnie przypadkowi.

Zwracacie jakkolwiek uwagę na krąg kulturowy przy rekrutacji?

Nie mieliśmy większych problemów z adaptacją zawodników. Robimy rys mentalny przed transferem, sprawdzamy wiele kanałów, szukając odchyłów od normy i odrzuciliśmy kilku piłkarzy, którzy mieli jakieś problematyczne sytuacje.

Dajecie jednak szansę. Lamine Diaby-Fadiga ukradł zegarek. Andy Pelmard wpadł będąc za kółkiem pod wpływem.

Nie zamykamy się, bo każdy zasługuje na drugą szansę. Po prostu trzeciej nie będzie. Przede wszystkim bazujemy na rozmowie z piłkarzem. Nie jestem wariografem, ale można dostrzec, czy ktoś się zmienił, dojrzał.

Ale nie macie jakiegoś klucza czy limitu na dany kierunek przy transferach?

Bardzo dobrze sprawdzają się u nas Hiszpanie, którzy „urzędowali” wokół Jesusa Imaza. Podobnie zresztą jak Nene czy Bernardo Vital. Mamy paczkę francuskojęzycznych, bo AZ Jackson może pogadać z Afimico Pululu czy Andym Pelmardem. Natomiast to nie tak, że jak piłkarze są z podobnego kręgu kulturowego, to są skazani na siebie i nikogo więcej. Jakim kluczem zakumplowali się Leon Flach i Dusan Stojinović? Nie wiem, ale się zakumplowali. Dimitris Rallis trzyma się z Oskarem Pietuszewskim. Fenomen polega na tym, że wszyscy mają wspólny cel i dobre relacje.

Czyli dobrze dobraliście zawodników pod kątem charakteru.

Wszyscy są ambitni, to na pewno. I to jest złoty klucz.

Grzegorz Mańkowski

Grzegorz Mańkowski. Fot. Newspix

Kiedyś krążyła opinia, że między piłkarzem za pół miliona euro i takim za półtora miliona euro, nie ma większej różnicy, dlatego częściej sięgaliśmy po tych tańszych. Zgodzisz się z taką tezą?

Czasami warto za jednego zawodnika zapłacić półtora miliona euro, jeśli czujesz, że wyrwiesz go przed peakiem. Bardziej jednak chodzi o umiejętności, niż o cenę.

Jasne, ale chodzi mi o to, czy gdybyście mogli wydać większe pieniądze na transfery, to sprowadzilibyście jeszcze lepszych piłkarzy.

Zawsze można znaleźć droższego zawodnika. Gdybyśmy bardzo chcieli, to znaleźlibyśmy gracza, na którego wspomniane „większe pieniądze” trzeba by było wydać.

Tyle że nie wydajecie.

Bo podeszliśmy do tematu tak, że wiemy, czego chcemy, więc skoro możemy znaleźć to za mniejsze pieniądze – czy nawet za darmo – to po co mamy płacić więcej? Na pewno wtedy patrzylibyśmy też na trochę innych zawodników, ale to naprawdę bardzo indywidualna kwestia doboru piłkarzy i pomysłu na ich rozwój.

Jak Łukasz Masłowski zmienił Jagiellonię Białystok? „Poukładał strukturę sportową”

Co zmieniło przyjście Łukasza Masłowskiego do Jagiellonii Białystok?

Bardzo mocno poukładało strukturę sportową. Wcześniej nie było jednej osoby decyzyjnej w kwestii ruchów w pierwszym i drugim zespole. Mieliśmy komitet. Skupienie tego w rękach jednej osoby znacząco poprawiło szybkość działania.

Mówiłeś, że twoim pierwszym transferem był Nene, czyli de facto w pierwszym oknie, w którym działałeś, nie zrobiłeś żadnego transferu?

Nie miałem decyzyjności. Moim zadaniem były podsyłanie opcji, poszukiwanie zawodników. Byłem po prostu skautem, wysyłałem propozycje szefowi skautingu i nie miałem wpływu na to, czy temat się rozwinie. Łukasz mnie nie znał, ale mi zaufał. Gdy przyszedł, zrobił mnie szefem skautingu.

Skąd to zaufanie?

Na początku musieliśmy się poznać, weryfikował moje kwalifikacje po oglądaniu tego, co mu podsyłałem. W ten sposób zobaczył, że rozumiem koncepcję, którą chciał wdrażać.

Jak w ogóle zostałeś skautem i znalazłeś się w Jagiellonii?

Do skautingu trafiłem z boiska. Grałem w piłkę w Anglii, ale miałem za sobą dwie poważne kontuzje w krótkim czasie i zasugerowałem trenerowi, że zajmę się skautingiem dla drużyny w niższych ligach.

W Anglii?

Wyjechałem w 2013 roku, do pracy. Przypadkowo zacząłem grać też w piłkę. Kiedyś trenowałem, ale potem zmieniłem dyscyplinę i przez kilka lat nie miałem z piłką wiele wspólnego.

Co wtedy robiłeś?

Trenowałem biegi, lekkoatletykę. Nawet z sukcesami, bo byłem mistrzem województwa, kręciłem się przy kadrach narodowych. Wtedy też doznałem kontuzji kolana. Skończyłem szkołę, wyjechałem do Anglii i z kolegami z pracy zaczęliśmy grać w piłkę na orliku. Tam wyłapał mnie trener zespołu z siódmej ligi, dołączyłem do zespołu, zrobiliśmy dwa awanse.

Do piątej ligi?

Tam już nie zagrałem. Złamałem nogę, wróciłem i w tym samym meczu, w którym wróciłem, po osiemdziesięciu minutach znowu złamałem nogę. Drugą. Moja ówczesna dziewczyna, obecnie już żona, zasugerowała mi, że jak trzeci raz doznam kontuzji, to może to nie być szczęśliwy związek… (śmiech)

Grzegorz Mańkowski w barwach Rushell Athletics

Grzegorz Mańkowski w barwach Rushell Athletics

Grzegorz Mańkowski grał w angielskim Rushell Athletics

Dwa razy złamali ci nogę podczas meczu? Ostro.

Angielski futbol. Tak zwane „Brexit tackle”. Skończyłem z graniem, zacząłem jeździć po Sunday League i szukać chłopaków, którzy mogliby do nas dołączyć. Kilku znalazłem i potem, przez polecenie trenera, trafiłem do akademii Wolverhampton. Skakałem trochę po klubach West Midlands, bo byłem też w Birmingham City czy West Bromwich Albion. Ostatnim etapem była Aston Villa. Miałem podpisać umowę z Walsall, ale zaczął się COVID i zamknęli projekt. Otworzyłem agencję, zacząłem z kolegami ściągać zawodników z angielskich akademii do Polski.

Jak znaleźć piłkarza dla Premier League? Polski skaut o kulisach pracy w Anglii

Co było potem?

Przymierzaliśmy się do powrotu do Polski. Syn miał pięć lat, miał iść do szkoły. Zastanawiałem się czy w Jagiellonii nie będą szukać ludzi do pracy w skautingu. I rzeczywiście – wkrótce pojawiło się takie ogłoszenie. Wysłałem zgłoszenie, planowałem powrót na wrzesień i… w końcówce czerwca byłem w Białymstoku. Trafiłem do działu skautingu.

Jak zostać skautem? Grzegorz Mańkowski o kulisach pracy w angielskim futbolu i Jagiellonii Białystok

Zostańmy chwilę przy Anglii. Jak działa skauting w takich akademiach? To wolontariat, praca dorywcza?

Anglicy mają na to swoje słowo. To coś w rodzaju stażu skautingowego, ale płatnego. Tyle że nie był to etat i nie były to pieniądze, które pozwalały zajmować się tylko tym. W Walsall pierwszy raz miałem dostać etat, być skautem pierwszej drużyny. Rozmowy były na tyle poważne, że miałem już gotowy kontrakt, ale wyszło, jak wyszło.

Da się wyżyć ze skautingu w Anglii?

W niewielu klubach są to sumy, które pozwalają ci przeżyć bez żadnych innych zajęć. Oczywiście topowi skauci, którzy są nawet podkupywani między topowymi klubami, zarabiają więcej, ale roczne zarobki wahają się w granicach 5-35 tysięcy funtów.

Najbogatsza liga świata…

W piłce generalnie nie docenia się skautów. Trochę tego nie rozumiem, bo oni mają ogromny wpływ na budowanie drużyny. Jeśli ich oczy się pomylą i ktoś podpisze złego zawodnika, to straty idą w miliony, zespół nie odpali. I odwrotnie, gdy trafią, zyski będą widoczne i znaczące.

Odnośnie dostrzegania pracy skautów pewnie wiele mówi fakt, że o Jagiellonii często mówi się, że Łukasz Masłowski sam znajduje te wszystkie perełki. A proszę, ktoś mu jednak pomaga.

Od kiedy dyrektorem sportowym jest Łukasz, struktura skautingu Jagiellonii jest systematycznie rozbudowywana. Od tego sezonu mamy już również połączoną strukturę akademii i skautingu. Liczba skautów dla pierwszego zespołu również wzrosła. W tym momencie wygląda to już naprawdę profesjonalnie.

I jak to funkcjonuje?

Moim obowiązkiem jest wyszukanie zawodnika poprzez liczby, chłopaków z działu, własne inicjatywy. Potem mam nawiązać pierwszy kontakt – dowiedzieć się, czy zawodnik jest zainteresowany, doprowadzić to do momentu, w którym mogę to przekazać dyrektorowi sportowemu wraz z warunkami finansowymi, oczekiwaniami drugiej strony. On prowadzi negocjacje, które kończy prezes klubu.

Grzegorz Mańkowski i Łukasz Masłowski

Grzegorz Mańkowski i Łukasz Masłowski. Fot. Newspix

Sporo pracy, ale skoro tak to wygląda, to masz pewnie jakichś „swoich” piłkarzy. Jaki był twój wkład w mistrzowską Jagiellonię?

Rekomendowałem czterech zawodników do tego zespołu – Dusana Stojinovicia, Dominika Marczuka, Nene i Afimico Pululu. Mocno obstawałem przy tym, że będą to dla nas dobre opcje.

Pozostałych nie rekomendowałeś?

Zawsze w klubie ścierają się pewne koncepcje. Nie chodzi o to, żeby zawsze przekonać do swoich pomysłów, to proces. Ostateczną decyzję zawsze podejmuje dyrektor sportowy. I to na nim ciąży największa odpowiedzialność.

Czyli po prostu w tych przypadkach na transfer miał wpływ twój upór.

Nie wiem, czy upór to dobre słowo. Na Afimico Pululu wpadłem z danych statystycznych. Tylko że on nie grał dużo, więc poza dostępnymi danymi z 2. Bundesligi musiałem dotrzeć do danych z niższej ligi, do których na co dzień nie mamy dostępu. Dostałem takie od kolegi, co pomogło mi sprofilować Pululu jako napastnika do nas. Był tylko jeden problem. On w sumie nie grał jako napastnik, tylko skrzydłowy. Po prostu na skrzydle prezentował cechy, które dla nas sprawdziłyby się w ataku.

Co wtedy?

Przekazałem Łukaszowi, że to może być ciekawy napastnik. Łukasz cofnął się do Basel, gdy Afimico grał na dziewiątce, dyskutowaliśmy i postanowiliśmy, że trzeba spróbować. Pululu początkowo nie był przekonany, niewiele wiedział o Polsce. Zaprosiliśmy go do nas, zobaczył miasto, klub, bazę…

Podlaska gościnność!

Tylko w trochę innym znaczeniu! W każdym razie pokazaliśmy mu nasze atuty, wyjechał i za dwa dni zdecydował, że w to wchodzi. Wiem, że zaimponowały mu dwie rzeczy: to, że widzimy w nim napastnika, którym on sam się czuł oraz właśnie to, jakie zaangażowanie wykazaliśmy w sposobie prezentacji klubu.

Jagiellonia Białystok ściąga coraz lepszych piłkarzy. Darko Czurlinow… „zgłosił” się sam!

Chyba podobnie było z Darko Czurlinowem.

Podobna sytuacja, ale śmieszny był początek transferu. Oglądaliśmy z Łukaszem innego piłkarza Schalke i bardzo podobał nam się zawodnik z numerem 23. Łukasz go sprawdził i mówi: bez szans, on jest z Burnley, wartość parę milionów. Nagle wchodzę na maila, a tam… wiadomość od agenta Darko – dostępny do wypożyczenia.

Sam z siebie?

Tak, kompletnie. Wszedłem po prostu coś sprawdzić i taki zbieg okoliczności. Łukasz na to: nie zastanawiaj się, wysyłaj, że jesteśmy zainteresowani! Z agentem świetnie się dogadywaliśmy, problemem było przekonanie Burnley, bo nie wiedzieli, co chcą z nim zrobić. Darko zaprosiliśmy natomiast na mecz.

Do pięknego Radomia.

Tak jest. Przyjechał i… po drodze zgubili jego bagaże. Obejrzał więc mecz i wrócił tego samego dnia. Następnego dnia wrócił z agentami, zaczęliśmy rozmawiać z Burnley. Pierwszy etap standardowo był mój, rzuciłem kwotę, którą możemy pokryć i od razu się zgodzili. Finansowo zrobiliśmy to na naprawdę dobrych warunkach. Tylko trzeba było dogadać jeszcze inne sprawy, wtedy temat zaczął się oddalać. Myśleliśmy nawet, że jest po dealu, ale udało się dopiąć każdy szczegół.

Teraz łatwiej wam ściągać takich piłkarzy? Po Czurlinowie był Enzo Ebosse, teraz Andy Pelmard.

To zawodnicy, którzy zarabiają zdecydowanie więcej niż wynoszą nasze możliwości, więc wszystko zależy od ich indywidualnego podejścia. Jeśli ktoś nie gra, to zwykle chce grać, pokazać się. I tu wchodzi kwestia tego, czy zaufa, że to, co mu przedstawiamy, faktycznie mu pomoże.

Patrzą też na to, kto trafia do Jagiellonii, z kim będą grali?

Mam trochę inną historię, ale ciekawą. Andy Pelmard grał z Afimico Pululu i Laminem Diaby-Fadigą. Agent Andy’ego to bardzo dobry kolega Lamine’a i skontaktował ich ze sobą. Diaby-Fadiga u nas nie grał, ale zachwalał Jagiellonię, mówił Pelmardowi, że warto do nas przyjść. To na pewno ułatwiło kontakt.

Pomysł i metody Adriana Siemieńca też robią robotę, pomagają przekonać?

Trener zawsze bierze udział w rekrutacji, ma rozmowy sam na sam. I jeszcze nam się nie zdarzyło, żeby po takiej rozmowie piłkarz powiedział, że nie chce grać w Jagiellonii.

Widzą uśmiech trenera i są kupieni.

Zawsze mówię zawodnikom, żeby obejrzeli nasz mecz zanim podejmą decyzję. Niech zobaczą, że gramy ofensywny, dominujący po prostu fajny futbol. Myślę, że łatwiej im jest wtedy podjąć decyzję, bo każdy chciałby, żeby jego zespół grał w taki sposób.

Czujecie, że wasza ranga czy renoma w Europie rośnie? Portugalscy trenerzy, którzy pracowali w Radomiu, zachwycali się Jagiellonią. Wasz styl chwalili Manuel Pellegrini, Inigo Perez i Liam Rosenior.

Myślę, że bardziej chodzi o sam pomysł na grę i na nich. Nie wiem, czy takie komplementy innych trenerów, przekaz medialny w ogóle trafia do samych piłkarzy. Oni chcą wiedzieć, gdzie będą grać, czy będą grać i jak będą grać. Robimy indywidualne prezentacje, uwzględniamy to, gdzie ich widzimy za pół roku i gdzie idziemy jako klub. Jak będziemy trenować, co będziemy rozwijać.

Ciężej było dojść do takiego poziomu transferów czy ciężej będzie go utrzymać?

Zawsze ciężej jest utrzymać poziom. Zwłaszcza że mamy w lidze coraz więcej klubów, które dysponują sporymi środkami finansowymi. Liga jest bardziej konkurencyjna, co samo w sobie jest trudniejsze.

Będzie trzeba zacząć wydawać pieniądze na transfery.

Niewykluczone, ale najważniejsze i tak będzie przygotowanie do tego, żeby mieć z czego wydawać, żeby to nakręcać. Musimy dalej inwestować w akademię, bo polska piłka jest ograniczona pod względem finansowym i tylko poprzez dobry skauting oraz pracę akademii można to przeskoczyć.

Jak wielki talent ma Oskar Pietuszewski? „Jako pracownik innego klubu wystawiłbym od razu opinię: do transferu”

Oskar Pietuszewski może wam w tym pomóc. Jak oceniłbyś go, gdybyś był skautem innego klubu?

Oskara widziałem, gdy miał piętnaście lat i grał w zespole U-19 przeciwko Widzewowi. Dwa razy przedziurawił obrońcę, zaczekał na niego, założył mu siatkę, minął jeszcze dwóch i strzelił po długim słupku. W takim przypadku trzeba być ślepym, żeby nie zobaczyć w nim potencjału.

Są piłkarze, których nie trzeba szczegółowo opisywać w raportach?

Gdybym go zobaczył jako pracownik innego klubu to – po tym co wtedy pokazał – wystawiłbym od razu opinię „do transferu”.

W innym klubie europejskim czy polskim?

Europejskim. We wszystkich klubach, w których wcześniej pracowałem, byłby zaopiniowany od razu do transferu.

Płakał albo rzucał czymś w ścianę. Oskar Pietuszewski to wielka nadzieja Jagiellonii

Na szczęście jesteś w Jagiellonii, nawet ostatnio przedłużyłeś z nią umowę.

Chcemy rozwijać skauting Jagiellonii. Konkretnie – wspomóc akademię, inwestować w skauting młodzieżowy. Chcemy ściągać do akademii zawodników o wysokim potencjale, bo to najlepszy moment, żeby w nich inwestować. Przy naszym poziomie szkolenia jesteśmy w stanie zapewnić im dobrą perspektywę i poprzez pracę sprawić, że w pierwszym zespole – oraz w innych drużynach – będzie więcej naszych wychowanków. Nasi skauci też się rozwijają.

To znaczy?

Mój były skaut, Dawid, trafił do Ruchu Chorzów jako szef skautingu młodzieżowego. Tomek jest w Wieczystej Kraków. To fajne, że poprzez pracę w Jagiellonii dostali szansę. U nas trudniej byłoby im zostać szefami poszczególnych działów, bo nie byli na miejscu, nie byli codziennie w klubie. Natomiast to była część składu, który zdobył mistrzostwo Polski i cieszę się, że dzięki nam wskoczyli na wyższy poziom w polskiej piłce.

Grzegorz Mańkowski

Grzegorz Mańkowski. Fot. Newspix

Jak w ogóle funkcjonuje wasz dział skautingu? Oglądacie piłkarzy głównie na żywo czy bardziej na wideo?

Łączymy to. W tym sezonie dużo jeżdżę i będę jeździł jeszcze więcej. Do tej pory jeździliśmy dopiero na tych, których obejrzeliśmy na wideo i których na pewno chcieliśmy. To dobrze funkcjonowało, ale rozszerzyliśmy model działania i np. więcej jeździmy po Polsce, oglądamy Centralną Ligę Juniorów, 1. ligę i wszystko niżej.

Można sobie w ogóle odpuścić obserwację na żywo?

Zdarzało nam się robić transfery bez obserwacji na żywo. Afimico Pululu i Nene np. nie oglądaliśmy. Czasami było jednak tak, że na wideo optyka była inna. Nie tyle jeśli chodzi o zawodnika, ile o poziom ligi. Zdarzyło się, że tempo gry na żywo było wyraźnie inne, gorsze i wtedy zaczynasz się zastanawiać. Miałem tak, że oglądałem piłkarza z Norwegii na wideo, był bardzo ciekawy, ale gdy pojechałem tam, kompletnie zmieniłem pogląd.

Na minus czy na plus?

Liga wydawała mi się bardziej techniczna, mniej fizyczna. Na żywo okazało się, że jest raczej odwrotnie. Teraz pracujemy nad autorskim narzędziem, które pozwoli nam poniekąd przewidywać, jak zawodnik zaadaptuje się do Ekstraklasy po transferze z konkretnego kraju. Czy będzie lepszy, porównywalny, czy gorszy?

Czegoś takiego szuka każdy.

I nikt nie może znaleźć! Szukamy też zewnętrznych platform, testuję różne opcje, żeby wybrać tę, która najbardziej nam się przyda. Ciekawą opcję w kontekście wejścia Double Pass do akademii stanowi Opta, bo Double Pass chce mierzyć wiele parametrów zawodników akademii.

Kibice Jagiellonii przywykli do „obawiania się” o to, czy ktoś nie podbierze im trenera lub dyrektora sportowego. Ty snujesz plany długofalowe, czyli zmian nie planujesz?

Czuję, że realizuję się w Jagiellonii. Jestem stąd, mam podejście jak Francesco Totti – chciałbym jak najdłużej pracować „u siebie”, zrobić tu dobrą robotę.

WIĘCEJ REPORTAŻY O POLSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:

ROZMAWIAŁ SZYMON JANCZYK

fot. Newspix

Artykuł Cała prawda o transferach Jagiellonii. Szef skautów odsłania kulisy! pochodzi z serwisu weszlo.com.

Czytaj najświeższe newsy ze świata piłki nożnej na topliga.pl! Topliga to najlepsze źródło wiadomości piłkarskich - liga polska, Ekstraklasa, Puchar Polski, rozgrywki ligowe, Twoje ulubione drużyny i zawodnicy. Śledź najważniejsze wydarzenia, sprawdzaj wyniki, obserwuj transfery piłkarskie, poznaj ciekawostki z polskich boisk, bądź na bieżąco. Topliga to najlepsze wiadomości sportowe przygotowane specjalnie dla Ciebie.

Polityka Prywatności Kontakt

© 2026 topliga.pl