Przejmujący stery w Pogoni Szczecin Oscar Garcia pod względem samego CV przebija wszystkich trenerów, którzy dotychczas przychodzili do Ekstraklasy. Hiszpan od kilkunastu lat pracuje na poziomie, do którego nasi szkoleniowcy nieustannie aspirują i jak dotąd nie udało im się na niego wejść.
Aby uzmysłowić sobie, że nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady, wystarczy pobieżnie prześledzić w jakich miejscach i w jakich ligach 53-latek znajdował zatrudnienie.
- dwa kluby Championship (Brighton, Watford)
- dwa kluby Ligue 1 (St. Etienne, Stade Reims)
- La Liga (Celta Vigo)
- Ajax
- Olympiakos
- Salzburg
- belgijska ekstraklasa (OH Leuven)
- meksykańska ekstraklasa (Chivas)
- czołowy klub z Izraela (Maccabi Tel Awiw, dwa podejścia)
Musi to robić wrażenie na polskim podwórku. Ktoś permanentnie słaby i z kiepską opinią nie mógłby tak długo jechać na samym nazwisku, picu czy znajomościach. Na tym tle nawet Luka Elsner z dwoma klubami we francuskiej ekstraklasie czy Niels Frederiksen i dopiero co pożegnany przez Pogoń Thomas Thomasberg ze swoimi mistrzostwami Danii nie mogą się równać.
Oscar Garcia. Historia nowego trenera Pogoni Szczecin
Spis treści
- Oscar Garcia. Historia nowego trenera Pogoni Szczecin
- W szatni z trenerem Cruyffem i wielkimi piłkarzami
- Odejście po mistrzostwie Izraela
- Zrewolucjonizowanie gry Brighton
- Merytoryka, a nie rzucanie butelkami
- Szybkie odejścia przez wojnę i problemy zdrowotne
- Złote półtora roku w Salzburgu
- Grecka tragedia i rolka paragonu w twarz
- Szansa w LaLiga i niezły start w Celcie Vigo
- Konflikt z kapitanem Celty przesądził o zwolnieniu?
- Podziękowania od Hugo Ekitike
- Śmierć 21-letniej córki
- Docenienie przez ligowych rywali w Belgii, drwiny z piłkarzy
- Zaskakujące zatrudnienie w Ajaksie – Jordi Cruyff znów wyciąga rękę
- Wyszarpana Liga Konferencji
- Zmiana z gry fatalnej na przeciętną i ciepłe pożegnanie przez Weghorsta
- Czy ludziom z Pogoni wystarczy cierpliwości?
Jednocześnie są tu wątki, które trochę niepokoją i każą zadawać pytania. Mówimy o kimś, kto licząc od 2012 roku 13 razy zmieniał miejsce zatrudnienia – w obrębie dwunastu klubów. Rekordem jest półtoraroczny pobyt w Red Bull Salzburg. W pięciu innych przypadkach współprace trwały przez mniej więcej rok. Pozostałe były jeszcze krótsze. Wychodzi więc na to, że jeśli latem 2027 Oscar Garcia nadal będzie planował treningi i taktykę dla drużyny Portowców, już będzie można mówić o swego rodzaju wyczynie.
Zagłębiając się w jego losy zobaczymy, że nie wszystkie rozstania wynikały wyłącznie z kwestii sportowych i zależały od rzeczy, na które Hiszpan miał bezpośredni wpływ.
Nie ma to dziś większego znaczenia, ale warto wspomnieć, że Oscar Garcia był naprawdę dobrym piłkarzem. Nie znakomitym, nigdy nie zadebiutował w dorosłej reprezentacji Hiszpanii (grał w młodzieżówkach i kadrze olimpijskiej na IO 1996), przez lata jednak funkcjonował na najwyższym poziomie w ojczyźnie. Jestem tak stary, że pamiętam końcówkę jego kariery w Valencii i Espanyolu. Z Nietoperzami w sezonie 1999/00 doszedł do finału Ligi Mistrzów, choć nie odegrał wówczas większej roli. Oba półfinały z Barceloną i finał z Realem Madryt przesiedział na ławce.
W szatni z trenerem Cruyffem i wielkimi piłkarzami
Garcia znany jest jednak przede wszystkim z czasów Barcelony, gdzie dzielił szatnię z wybitnymi postaciami, a jego trenerem był m.in Johan Cruyff. Genialny Holender również jako szkoleniowiec zrewolucjonizował swoje czasy, wywierając potężny wpływ na kolejne trenerskie pokolenia. Na Garcię także. Nigdy nie ukrywał, że Cruyff jest jego największą inspiracją. Portal as.com kiedyś nawet określił go mianem „samozwańczego ucznia Cruyffa”.

Z czasem ich znajomość się zacieśniła. Stał się wręcz przyjacielem rodziny. Z synem „Boskiego Johana” Jordim Cruyffem grał w Barcelonie i szybko znaleźli wspólny język. Miało to ogromne znaczenie dla jego losów jako trenera. U boku Johana zaczynał pracę po zakończeniu piłkarskiej kariery, zostając jego asystentem w reprezentacji Katalonii (2009 rok). Z kolei pierwszą samodzielną robotę dostał w 2012 roku w Maccabi Tel Awiw, gdzie Jordi pełnił funkcję dyrektora sportowego.
Paradoksalnie to chyba właśnie wtedy Garcia zrobił największą różnicę w wynikach względem statusu, który posiadał klub go zatrudniający. W pozostałych przypadkach, może jeszcze poza Brighton, potrafił momentami sprawiać, że jego drużyna grała lepiej niż wcześniej, ale efekty końcowe nie zmieniały diametralnie położenia klubu – ani na lepsze, ani na gorsze. Gdy przychodził do Salzburga, był to już dominator austriackiej sceny piłkarskiej i takim pozostał. Celtę, Reims czy Leuven miał w pierwszej kolejności utrzymać i cel realizował. Za każdym razem niedługo potem dochodziło do rozstania, choć – jak zaznaczyliśmy na wstępie – nie zawsze chodziło wyłącznie o kwestie sportowe. Do tego jeszcze przejdziemy.
Odejście po mistrzostwie Izraela
W Maccabi Hiszpan już po roku świętował wywalczenie mistrzostwa Izraela, pierwszego dla klubu od dziesięciu lat. Jego podopieczni pierwsi byli już po fazie zasadniczej, a w grupie mistrzowskiej potwierdzili klasę. Ostatecznie wygrali ligę z trzynastoma punktami przewagi nad drugim Maccabi Hajfa. Całkowita dominacja.
Mimo dwuletniego kontraktu i osiągnięcia takiego sukcesu Garcia latem 2013 postanowił odejść, tłumacząc się powodami osobistymi. – Na razie nie wiem, czy będę trenował jakąkolwiek drużynę w przyszłym sezonie. Rozumiem, że ta decyzja jest dla was wszystkich zaskoczeniem, więc proszę, pozwólcie mi z góry przeprosić. Mogę zapewnić wszystkich, że moim pierwotnym zamiarem nie było opuszczanie Maccabi, zwłaszcza po zdobyciu tytułu i zbudowaniu drużyny, wobec której mam ogromne nadzieje w nadchodzących tygodniach i miesiącach – powiedział na pożegnanie.
Podziękował też Jordiemu Cruyffowi. – Powołanie na trenera przyjaciela na całe życie to prawdziwe ryzyko i jestem bardzo szczęśliwy, że go nie zawiodłem – nie ukrywał bliskiej relacji z synem legendarnego Holendra.
Nikt nie może mu z pełnym przekonaniem zarzucić, że miał już gdzieś dogadany kontrakt, ale nowe miejsce zatrudnienia znalazł bardzo szybko. Po kilku tygodniach został menedżerem Brighton, który dopiero co miał za sobą przegrane baraże o Premier League i chciał coś zmienić, żeby znów powalczyć o ambitniejsze cele.

Zrewolucjonizowanie gry Brighton
W ekipie Mew od roku bronił już wtedy Tomasz Kuszczak. Jest on jedynym polskim zawodnikiem, który grał pod wodzą nowego szkoleniowca Pogoni Szczecin, dlatego wypytałem go o tamte czasy.
– Trener z bardzo ofensywnym nastawieniem. Mimo że chodzi o krótką współpracę, miło go wspominam, ponieważ wprowadził inny styl do naszej gry. Zresztą w takim celu ściągnięto go do Brighton. Mieliśmy grać bardziej widowiskowo. Wielu w Europie chciało iść śladem robiącej furorę tiki-taki Barcelony. On już był trenerem tej nowej generacji – wspomina były reprezentant Polski w rozmowie z Weszło.
Słychać, że nie musi się gimnastykować, żeby powiedzieć kilka ciepłych słów pod adresem Hiszpana, choć spora część zespołu musiała wówczas wyjść ze strefy komfortu. – Jako człowiek i także sąsiad – mieszkał nade mną – był bardzo sympatyczny, uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do życia. Wspierał zawodników, wyciągał do nich rękę, był otwarty na rozmowy, ale też wymagał. Miał swoją filozofię i oczekiwał, że dostosujemy się do jego oczekiwań. Dziś to nic wyjątkowego, że zespoły budują akcje od tyłu, często z istotnym wykorzystaniem bramkarza, a właśnie takie miał założenia. Zaczęto ode mnie wymagać rozpoczynania akcji ofensywnych. Na treningach ciągle to ćwiczyliśmy. Nawet jeśli wykonywałem dalekie podanie, miało być techniczne – tłumaczy Kuszczak.
Przyznaje, że zmiana modelu gry stanowiła spore wyzwanie. – Był to przełom, początki były trudne. Większość zawodników wcześniej tak nie grała. Boiskowe funkcje mieli wyraźnie podzielone – obrona była obroną, pomoc pomocą, atak atakiem. Garcia chciał, żeby wszyscy uczestniczyli w tworzeniu gry ofensywnej, łącznie z bramkarzem. Niestety pracowaliśmy razem tylko rok, ale z czasem efekty zaczęły być widoczne. Najważniejsze, żeby dany piłkarz otworzył się na te nowości. Wtedy mógł liczyć na duże wsparcie ze strony trenera.
I dodaje z bramkarskiej perspektywy: – Nie było to łatwe, również dlatego, że komfort gry bramkarza zależy też od tego, jak w takich założeniach odnajdują się obrońcy i cała reszta. Wszyscy muszą być w to zaangażowani. Dużo trenowaliśmy z wychodzeniem na pozycję i tak dalej, mieliśmy wiele taktycznych zajęć. Większość naszych obrońców na początku nie czuła się dobrze z podejmowaniem ryzyka w graniu krótkimi podaniami i budowaniem akcji od tyłu. Gdy nie dawali mi opcji do podania, kończyło się to wybiciem lub krótszym, ale bezpieczniejszym zagraniem. Trener musiał zmienić ich wyjściowe nastawienie. Dziś byłoby mu znacznie łatwiej, bo tego typu ambicje ma już chyba większość drużyn w każdej lidze. Różnica jest taka, że on nie wchodził w ten styl, bo taka zrobiła się moda, tylko od początku miał go w sobie, to było jego piłkarskie DNA.
Merytoryka, a nie rzucanie butelkami
Boiskowe rezultaty pokazywały, że nie od razu wszystko działało jak należy. Brighton po trzynastu kolejkach Championship miał na koncie zaledwie trzy zwycięstwa. W międzyczasie odpadł też z Carabao Cup. Dopiero w okolicach listopada Mewy wzbiły się wyżej i nabrały rozpędu, a Garcia otrzymał nagrodę dla menedżera miesiąca w lidze.
– Nie da się diametralnie zmienić stylu gry zespołu w miesiąc czy dwa. No, chyba że się dysponuje najlepszymi zawodnikami na świecie, którzy są przystosowani do grania na dużym ryzyku. My takich piłkarzy nie posiadaliśmy. Byliśmy klubem aspirującym do walki o Premier League, ale większość chłopaków nie obcowała na co dzień z takim graniem, co akurat było mi dane oglądać przez lata w Manchesterze United. Z tego względu wyniki na początku nie należały do rewelacyjnych. Tabela nie pokazywała tego, co robiliśmy na treningach, ale byliśmy konsekwentni – mówi Tomasz Kuszczak.

Nawet w kryzysowych chwilach Oscar Garcia nie robił piłkarzom suszarki po meczach. – W szatni jest spokojny i opanowany. Oczywiście były momenty, w których podnosił głos, gdy nam nie szło. Zdawał sobie sprawę, że jego pozycja zależy od wyników, więc trzeba znajdować meczowy balans między odważnym a skutecznym graniem. Ogólnie to jednak bardzo zrównoważony trener. Woli dotrzeć do zawodników merytoryką, a nie wrzaskiem, wyzwiskami czy rzucaniem butelkami po ścianach. Może nawet trochę mu takiego podejścia w Anglii brakowało. Przychodził na pełnym hiszpańskim spokoju, ale w tamtych czasach wyspiarski futbol rządził się jeszcze swoimi specyficznymi prawami, przez co wielu piłkarzy było przyzwyczajonych do twardego prowadzenia. Wręcz oczekiwali tego, że po nieudanym meczu dojdzie do burzy w szatni. Oscar Garcia zakładał, że zawodnik zawsze wychodzi na boisko zmotywowany i chce dobrze, więc nie trzeba tu dokładać do pieca. On woli pewne rzeczy wytłumaczyć i po prostu trenować. Miał bardzo ciekawe treningi, na tamte czasy innowacyjne. Dużo małych gierek, z taktycznymi niuansami – opowiada Kuszczak.
I podsumowuje: – To trener, z którym można porozmawiać, był bardzo dostępny dla zawodników. Zawsze uśmiechnięty, przygotowany, zmotywowany. Nie rozpamiętywał porażek. Mówił, że to już się wydarzyło i idziemy dalej. Wierzył w rozwój zespołu i nie wprowadzał nerwowej atmosfery. Nie wiem, jaki jest dzisiaj, ale ludzie się raczej nie zmieniają. Zakładam, że przychodząc do Szczecina, będzie chciał wprowadzić pewne nowości. Piłkarze Pogoni muszą się nastawić na trochę inną pracę niż do tej pory.
Docenienie po latach przez kibiców
Finalnie Mewy zajęły szóste miejsce w Championship i ponownie weszły do baraży o Premier League. Odpadły już jednak w półfinałowym dwumeczu z Derby County (1:2, 1:4).
Pierwszy rok na Wyspach okazał się całkiem udany i absolutnie nie było oczywiste, że coś zmierza ku końcowi. Garcia po sezonie postanowił jednak odejść. – Klub był świadomy moich myśli od kilku tygodni. W tym czasie rozmawiałem zarówno z prezesem Tonym Bloomem, jak i dyrektorem generalnym Paulem Barberem. Cieszyłem się czasem spędzonym w klubie i choć nie mam żadnych bezpośrednich planów, zdecydowałem się pójść dalej – powiedział Hiszpan na oficjalnej stronie Mew.

Po latach wiadomo, że chodziło o kiepskie perspektywy, które rysowały się przed Brighton. Garcia nie mógł liczyć na wzmocnienia, dlatego uznał, że nie będzie dalej firmował swoim nazwiskiem tego projektu. Już jego poprzednik Gustavo Poyet na odchodne ostrzegał, że w związku ze zbliżającym się Finansowym Fair Play klub czekają poważne problemy.
Z perspektywy czasu kibice doceniają tamten okres. W 2023 roku na stronie „WeAreBrighton” ukazał się tekst z wymownym tytułem: „Oscar Garcia: Bardzo, bardzo niedoceniany menedżer Brighton”.
„Oscar Garcia był bardzo dobrym, bardzo niedocenianym menedżerem Brighton. Wszedł do play-offów Championship, mając w środku pola Keitha Andrewsa i Jake’a Forster-Caskeya. To mówi wszystko” – przekonuje autor.
„Okres jego pracy zawsze będzie kojarzył się z pytaniem: co by było, gdyby? Co by było, gdyby pojawił się w innym czasie, kiedy Tony Bloom nie bawił się w politykę oszczędnościową, bo do rozgrywek wprowadzono Finansowe Fair Play? I co by było, gdyby Garcia miał wsparcie na rynku transferowym takie jak Gus Poyet przed nim czy Chris Hughton później? Co by było, gdyby pozostał na Amex dłużej niż jeden sezon? Jego rezygnacja dzień po zakończeniu sezonu 2013/14 podobno nastąpiła dlatego, że wiedział, iż budżet na następny sezon będzie oznaczać trudności w rywalizacji” – czytamy.
Autor podkreśla także, że kadra Brighton latem 2013 została poważnie osłabiona, zimą jeszcze się to pogłębiło, a przychodzący zawodnicy co najwyżej zwiastowali ulokowanie się w środku stawki. Krótko mówiąc, jego zdaniem Garcia zrobił wtedy wynik ponad stan.
Szybkie odejścia przez wojnę i problemy zdrowotne
Hiszpan niemal natychmiast wrócił do Maccabi, z którym podpisał dwuletni kontrakt, ale poprowadził zespół w zaledwie czterech meczach i zrezygnował. Podobnie dwóch jego asystentów. Argumentował to względami bezpieczeństwa związanymi z wojną w Strefie Gazy. Konflikt izraelsko-palestyński eskalował, co doprowadziło nawet do opóźnionego rozpoczęcia sezonu w izraelskiej ekstraklasie.
Garcię w Maccabi zastąpił jego rodak Pako Ayestaran (wieloletni asystent Rafy Beniteza), a on sam niemal natychmiast znalazł zatrudnienie w Watfordzie. Drugie podejście do Championship było jednak równie krótkie jak drugie podejście do pracy w Tel Awiwie. Po swoim debiucie (0:1 z Charlton) trafił do szpitala z bólami w klatce piersiowej. Po tygodniu został wypisany, ale najwyraźniej nie był w stanie kontynuować pracy na pełnych obrotach i po zaledwie 27 dniach od jego przyjścia doszło do rozstania „ze względu na zły stan zdrowia”. Klub zapewnił, że nie ma tu większych obaw, ale Hiszpan potrzebuje dłuższego odpoczynku.
I taki faktycznie nastąpił. Oscar Garcia na ponad rok usunął się w zawodowy cień i dopiero w grudniu 2015 ogłoszono, że został nowym szkoleniowcem Salzburga. Klub ze stajni Red Bulla zaczynał już dominować na austriackiej scenie, zdobywając mistrzostwo w 2012 i 2014 roku. Pod batutą Hiszpana jeszcze ugruntował swoją królewską pozycję. Garcia w ciągu półtora roku pobytu w tym klubie dołożył kolejne dwa tytuły i dwa Puchary Austrii. W lidze Salzburg punktował ze średnią 2,27 i był praktycznie nie do zatrzymania.

Złote półtora roku w Salzburgu
Sam zainteresowany do dziś uważa ten okres za najlepszy w dotychczasowej karierze trenerskiej. – Spędziłem w Red Bullu półtora roku. Przyszedłem tam z filozofią wyniesioną z Barcelony, opierającą się na posiadaniu piłki. W Salzburgu nauczyłem się natomiast dodatkowo pressować, odzyskiwać piłkę. To był fantastyczny czas – przyznał na powitalnej konferencji prasowej w Pogoni.
Jedyny niedosyt dotyczy postawy Salzburga w europejskich pucharach. W decydującej rundzie eliminacyjnej Ligi Mistrzów przegrał dwumecz z Dinamem Zagrzeb (1:1, 1:2) i wylądował w Lidze Europy. Tam nie udało się wyjść z grupy. Przesądził fatalny początek – porażki z Krasnodarem, Schalke i Niceą. W rewanżach austriacki potentat się odbił, zdobywając siedem punktów, ale to nie wystarczyło do zajęcia przynajmniej drugiego miejsca.
Być może świadomość międzynarodowych ograniczeń sprawiła, że Garcia latem 2017 wybrał odejście jako zwycięzca, skuszony perspektywą spróbowania swoich sił w lidze top5. Podpisał kontrakt z St. Etienne. Początek miał wyśmienity, bo zaczął od trzech wygranych z rzędu, ale im dalej w las, tym było gorzej. O szybkim rozstaniu przesądziła klęska 0:5 w prestiżowych derbach z Olympique Lyon w 13. kolejce.
Teoretycznie ciągle nie było źle. Hiszpan zostawiał zespół na szóstym miejscu w tabeli, ale nie był zadowolony z letnich transferów – zarówno ich liczebności, jak i charakterystyki zawodników, niepasujących do jego założeń. W tamtym okienku do St. Etienne przyszli m.in. Jorginho i Alexandros Katranis. Kilka lat później wylądowali w Ekstraklasie – odpowiednio w Wiśle Płock i Piaście Gliwice. Furory u nas nie zrobili, zwłaszcza Jorginho.
Grecka tragedia i rolka paragonu w twarz
Długo wolnością Garcia się nie cieszył – 5 stycznia 2018 roku zatrudnił go Olympiakos, w którym grali m.in. Vadis Odjidja-Ofoe, Andre Martins i… Leonardo Koutris, który dopiero co odszedł z Pogoni.
Tego epizodu hiszpański szkoleniowiec również nie zaliczy do udanych. W kwietniu już go nie było. – Nie miał dobrej pozycji wyjściowej, a do tego podczas jego pobytu w zespole było dużo problemów zdrowotnych. Nie będzie tu wspominany jako dobry trener – mówi nam Dimitris Tomaras, dziennikarz portalu gazzetta.gr.
„Garcia został zapamiętany nie z powodu piłki, jaką Olympiakos grał za jego czasów, ale z powodu rolki paragonu, którą został trafiony przez kibica PAOK-u, przez co mecz nawet się nie rozpoczął” – pisał po latach portal protothema.gr.
Wydarzyło się to 25 lutego 2018. Hiszpan musiał udać się do szpitala na szycie rozbitej wargi. Władze PAOK-u sugerowały perfidne kombinatorstwo. Twierdziły, że drobną ranę trenerowi zadał w szatni klubowy lekarz, żeby Olympiakos otrzymał walkowera, ale brzmiało to absurdalnie.

Skończyło się tak, jak można było przypuszczać: drużyna z Pireusu dostała gratisowe trzy punkty. To był ogólnie trudny czas dla greckiego futbolu. Dwa tygodnie po tych wydarzeniach z bronią po boisku biegał prezes PAOK-u, Ivan Savvidis, a władze ligi kilka razy zabierały bądź przyznawały punkty przy zielonym stoliku.
Niby Garcia punktował w Olympiakosie ze średnią 1,77 na mecz, czyli bez tragedii, ale na wymagania tak dużego klubu to nie wystarczało, zwłaszcza że trzeba było gonić w tabeli. Zbyt często zdarzały się wpadki, jakimi były remisy ze średniakami. Po 1:1 z Levadiakosem trener i działacze podali sobie ręce, po czym każdy poszedł w swoją stronę. Cztery ostatnie mecze Olympiakos rozegrał pod wodzą Christosa Kontisa i prezentował się jeszcze gorzej. U siebie co prawda wysoko wygrywał, za to na wyjazdach doznawał zawstydzających porażek z Apollonem Smyrnis (0:1) i PAS Gianniną (0:3). Skończyło się na trzecim miejscu w tabeli i trzynastu punktach straty do mistrza, którym został AEK Ateny.
Szansa w LaLiga i niezły start w Celcie Vigo
Garcia miał mnóstwo czasu, żeby mentalnie dojść do siebie, bo nie pracował w trenerce przez kolejne półtora roku. Kolejne wyzwanie podjął w listopadzie 2019, przejmując Celtę Vigo. To jego pierwsze i jak na razie ostatnie podejście do LaLiga. Wyzwanie było spore, bo Celta po czterech porażkach z rzędu znajdowała się w strefie spadkowej. Na dodatek w debiucie zespół musiał stawić czoła Barcelonie na Camp Nou. Skończyło się przegraną 1:4.

Z czasem Garcia poukładał klocki na tyle, że Celta przestała seryjnie zbierać cięgi. W następnych dziewięciu kolejkach wygrała ledwie raz, ale pięć razy zremisowała. W lutym 2020 drużyna się rozkręciła i nie przegrała pięciu kolejnych spotkań. Zabrała nawet punkty Realowi Madryt (domowe 2:2). Wymuszona covidem przerwa w rozgrywkach nadeszła w wyjątkowo niesprzyjającym momencie.
Krótko po wznowieniu rywalizacji klub z Galicji rozbił Alaves 6:0, wygrał na wyjeździe z Realem Sociedad i zremisował 2:2 z Barceloną. Wydawało się, że utrzymanie jest na wyciągnięcie ręki, ale trzeba było o nie drżeć do samego końca. Celta w ostatnich sześciu kolejkach powiększyła dorobek o zaledwie trzy punkty. Koniec końców uciekła spod topora, pozostając w elicie z punktem przewagi nad spadającym Leganes.
Po 6:0 z Alaves, czyli jeszcze przed zrealizowaniem podstawowego zadania, władze Celty prolongowały kontrakt z Garcią, który wygasał wraz z końcem czerwca. Było to konieczne, żeby w związku z przedłużonym sezonem dalej normalnie prowadził zespół. W komunikacie podkreślano jednak ogólne zadowolenie z jego poczynań. Rozwój drużyny określono jako „niezwykły”. „Dzięki jego filozofii i pracy obrona Celty stała się najsolidniejsza w całej lidze, co jednocześnie nie zmusiło go do rezygnacji z ofensywnego stylu gry” – chwalił klub.
Konflikt z kapitanem Celty przesądził o zwolnieniu?
Końcówka rozgrywek pozostawiła pewien niesmak, a początek nowego sezonu tylko pogłębił to odczucie. Celta po zdobyciu pięciu punktów w pierwszych trzech spotkaniach totalnie się posypała. Garcia powoli zrażał do siebie coraz więcej osób w klubie. Jego relacje z zarządem wyraźnie się pogarszały. Liczył na znacznie bardziej owocne letnie okno transferowe i tego nie ukrywał. Wszedł także w bezpośrednie zwarcie z dotychczasowym kapitanem Hugo Mallo, pozbawiając go opaski, co nie podobało się szefostwu. Zarzucał piłkarzowi, że latem do samego końca myślał o odejściu. Sugerował także jego zbyt bliskie relacje z osobami zarządzającymi klubem. Na jednym z treningów doszło między nimi do ostrej wymiany zdań, co trener określił jako rażący akt niesubordynacji.

Hugo Mallo
– Pewnie miał swoje powody, ale nigdy mi ich nie wyjaśnił. Poinformował tylko o swojej decyzji przy wszystkich kolegach w szatni. To był dla mnie duży cios, nie spodziewałem się tego. Nie pozwoliłem sobie na żaden brak dyscypliny. Jako jeden z pierwszych wchodziłem na boisko treningowe i jako jeden z ostatnich je opuszczałem. Jestem tu prawie 20 lat, z czego prawie 12 w pierwszym zespole. Wcześniej nie obijałem się i teraz też nie będę. Ten wiek już mam za sobą – cytował słowa Mallo portal besoccer.com.
Oscar Garcia po czasie zdania nie zmienił. W programie „El Transistor” zapewnił, że drugi raz zrobiłby to samo. – Wiem, że był kapitanem drużyny od kilku lat, że miał bardzo dobre relacje z osobami w klubie, ale były rzeczy, których nie mogłem puścić płazem. W ogóle tego nie żałuję i nie sądzę, żeby to był jedyny powód mojego zwolnienia. Wszyscy muszą przestrzegać tych samych zasad – tłumaczył i jako pozytywny przykład podawał Iago Aspasa. – Jest tam całe życie. Wiadomo, że to piłkarz, który kocha Celtę, który daje z siebie wszystko w każdym meczu, bo zawsze zależy mu na tym, co najlepsze dla klubu. W przeciwieństwie do niektórych zawodników przychodzących z zewnątrz, którzy potrzebują czasu, żeby wyrobić sobie poczucie przynależności do klubu.
W miejsce dotychczasowego kapitana zaczął grać wyciągnięty z rezerw Sergio Carreira. Media sugerowały, że Mallo u Garcii już nie wystąpi, ale gdy stało się jasne, że z Elche u siebie gra o posadę, trener niespodziewanie postawił na doświadczonego obrońcę. Nie pomogło. Celta zremisowała 1:1 i doszło do zwolnienia. Hiszpan do samego końca przekonywał, że czuje się na siłach, by kontynuować pracę, a nikt z zarządu nie dawał mu do zrozumienia, że jego przyszłość w klubie wisi na włosku.
Niedługo po jego odejściu dziennik „AS” pisał, że Garcia miał konflikt z dyrektorem generalnym klubu, Antonio Chavesem. Zresztą nie tylko on. Ten sam problem mieli jego poprzednicy, w tym Luis Enrique. Wszystkim przeszkadzało to, że prawa ręka pani prezes Marian Mourino dzierżyła zbyt dużą władzę. Nikt jednak nie powiedział tego głośno ze względu na klauzule poufności. To do Chavesa zawsze należało ostatnie słowo przy transferach. I to właśnie on miał namawiać Mourino, żeby pożegnała Garcię. W końcu dopiął swego, co przy słabych wynikach w lidze nie było zbyt trudnym zadaniem.
Podziękowania od Hugo Ekitike
Kolejny okres bezrobocia Garcia umilał sobie namiętnym oglądaniem piłki w telewizji. Czasami też komentował mecze dla stacji DAZN. Z tej kilkumiesięcznej rutyny w czerwcu 2021 wyrwały go władze Stade Reims, oferując aż trzyletni kontrakt. Prezentacja z koszulką „2024” wyglądała nieco kuriozalnie, biorąc pod uwagę dotychczasową drogę tego trenera.

Trzeba jednak przyznać, że sezon 2021/22 z pewnością nie był powodem do wstydu. – Oscar Garcia w Reims sobie poradził, bo ani przez moment jego drużyna nie była zagrożona spadkiem. Do tego jakość potwierdziło wtedy kilku zawodników, którzy z czasem odeszli za spore pieniądze: Hugo Ekitike, Predrag Rajković, Wout Faes i El Bilal Toure. Garcia zostanie zapamiętany jednak stosunkowo przeciętnie, bo był pod koniec pobytu w Reims skonfliktowany z dyrektorem sportowym i przeżywał osobiste dramaty, więc nie był w pełni zaangażowany, często między kolejkami jeżdżąc do Hiszpanii. Dodatkowo po jego odejściu mieliśmy wystrzał kariery Willa Stilla, o którym nie muszę się tu rozgadywać – opisuje nam Michał Bojanowski, współpracownik Canal+ Sport przy meczach Ligue 1.
Współpraca z niektórymi zawodnikami rzeczywiście była owocna. Ekitike właśnie w tamtym roku okrzepł do poważnego grania. W Ligue 1 spędził na boisku zaledwie 1276 minut (stracił ponad dwa miesiące z powodu kontuzji uda), a mimo to strzelił 10 goli i zaliczył cztery asysty. Dziś to napastnik Liverpoolu i reprezentacji Francji. Gdyby nie poważna kontuzja, zapewne byłby teraz w trakcie mundialu.
Kiedy Reims ogłosiło odejście Garcii, Ekitike pożegnał go na Twitterze: „Dziękuję trenerze za twój czas, cierpliwość i cenne lekcje… Zawdzięczam ci wiele. Życzę ci odwagi w twoich zawodowych próbach i zwłaszcza w osobistych, masz całe moje wsparcie i całą moją wdzięczność” – takie wpisy zdecydowanie wykraczają poza kurtuazyjne pożegnania, żeby nikt się nie doczepił.

Oscar Garcia i Hugo Ekitike
Po dziesięciu kolejkach i ośmiu punktach w następnym sezonie ten etap się zakończył, mimo że zespół nadal znajdował się nad strefą spadkową. Garcia myślami chyba był już wtedy gdzie indziej. Ostatniego meczu z PSG nie poprowadził z ławki, bo wyjechał do Barcelony na 10 dni z „powodów osobistych najwyższej wagi”.
Śmierć 21-letniej córki
Wtedy jeszcze opinia publiczna nie wiedziała, o jakie powody chodzi. Wszystko wyjaśniło się półtora miesiąca później. 25 listopada 2022 roku Oscar Garcia poinformował, że jego 21-letnia córka Mariona zmarła na raka. „Leć wysoko, kochanie” – napisał w pożegnalnym poście w mediach społecznościowych. Stało się jasne, co go tak zajmowało w ostatnich latach, już w czasach Celty Vigo.
Wyświetl ten post na Instagramie
Post udostępniony przez Óscar García Junyent (@oscargarciajunyent)
Po jakimś czasie opowiedział o swoim dramacie w audycji „El Suplement” nadawanej w Catalunya Radio. – Godzimy się z tym. Nie ma innej drogi. Musimy być silni i zadbać o pozostałe córki. Dorośli mogą mieć więcej zasobów, ale dzieci czasami nie potrafią tego zrozumieć. Myślę, że to coś, o czym trzeba rozmawiać. To ważne, ponieważ nie jesteśmy ani pierwszymi, ani ostatnimi, których dotknęła taka tragedia. Nie możemy się nad tym rozwodzić. Mamy jeszcze dwie córki, którym musimy pomóc, aby mogły wieść życie zwyczajnych nastolatek. To najtrudniejsze, przez co kiedykolwiek przejdziemy. Nie ma nic trudniejszego niż to. Musimy patrzeć w przyszłość, musimy przejść przez wszystkie etapy i płakać, kiedy jest na to czas – mówił otwarcie.
– Na początku wydawało się, że po pierwszej operacji choroba się nie powtórzy. Potem jednak nastąpił nawrót. Minęło kilka lat nieustannego zmartwienia. Ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego mnie to nie spotkało. Dlaczego nie mogło to spotkać mnie, a nie ją? Miała całe życie przed sobą. Była taka silna, że nie pozwoliła chorobie się pokonać. Była osobą pełną życia, zawsze chętną do działania. Była jak matka dla swoich dwóch sióstr – wspominał z rozrzewnieniem.
Bratnią duszę Garcia znalazł w Luisie Enrique, który przeżył równie wielki dramat w 2019 roku, gdy na raka zmarła jego córeczka Xana. – Rozmawiałem z nim, kiedy stracił córkę, a teraz, gdy to przydarzyło się mnie, powiedział mi, że dużo o tym myślał, ponieważ sytuacje są podobne. Obaj zgadzamy się, że musimy patrzeć w przyszłość. Wokół nas jest wiele osób, które nas potrzebują.
Docenienie przez ligowych rywali w Belgii, drwiny z piłkarzy
Po rocznej żałobie i powrocie do równowagi Hiszpan w listopadzie 2024 objął stery w OH Leuven, gdzie spotkał Jonatana Brauta Brunesa. Ich współpraca nie była owocna, ale główne cele trener zrealizował. Leuven, mimo wielu wynikowych turbulencji, po dramatycznym 1:0 z Mechelen w 30. kolejce (gol w doliczonym czasie) uniknęło grupy spadkowej i zagrało w play-offach o Ligę Europy. W nich radziło sobie naprawdę nieźle, a dla KAA Gent stało się utrapieniem, wygrywając i u siebie, i na wyjeździe.

Trener Gentu Hein Vanhaezebrouck komplementował warsztat Hiszpana. – Czapki z głów. Leuven to bardzo solidny zespół, z bardzo solidnym trenerem. Za każdym razem, gdy wprowadzaliśmy zmiany taktyczne, oni również nimi odpowiadali – chwalił Belg kolegę po fachu. Kunszt Garcii doceniał także Thorsten Fink, prowadzący St. Truiden.
Kolejny raz jednak po dobrym lub przynajmniej zadowalającym okresie Oscar Garcia nie poszedł za ciosem w nowym sezonie. Scenariusz znów był podobny: rosnące niezadowolenie i coraz więcej narzekania połączonego z rozczarowującymi wynikami. Trener nie powstrzymywał się nawet przed publicznymi uszczypliwościami pod adresem swoich piłkarzy. Gdy pytano go o nieskuteczność i formę Chukwubuikema Ikwuemesiego, odparł: – Jesteśmy po prostu OH Leuven. Nie możemy kupić napastnika, który strzela dziesięć goli w sezonie.
Pójście w takie negatywne nastawienie coraz bardziej męczyło działaczy i szatnię, dlatego w listopadzie 2024 – po roku współpracy – umowa Garcii została rozwiązana. Zostawiał Leuven z szesnastoma punktami w czternastu meczach.
Zaskakujące zatrudnienie w Ajaksie – Jordi Cruyff znów wyciąga rękę
Po dwóch tygodniach był już trenerem meksykańskiego Chivas. Prezentacja z dużą pompą, wielkie oczekiwania, ale po niespełna czterech miesiącach meksykańska przygoda się zakończyła. Garcia zapowiadał proaktywne granie, jednak kibice byli rozczarowani jego miotaniem się co do taktyki i przejściem z 4-1-4-1 na 4-2-3-1, co zdezorientowało zespół. Hiszpan najbardziej „wyróżnił się” tym, że w meczu z Club Leon kopnął Jamesa Rodrigueza w zamieszaniu, które sam spowodował, odmawiając przeciwnikowi podania wychodzącej za linię boczną piłki. Sędzia ukarał go czerwoną kartką, a władze ligi zawiesiły na następne trzy spotkania.
Kiedy więc rok później, w marcu 2026, Jordi Cruyff jako dyrektor techniczny Ajaksu ogłosił, że Oscar Garcia zastąpi w roli trenera pierwszego zespołu Freda Grima, holenderskie środowisko piłkarskie było zaskoczone. Delikatnie mówiąc. Hiszpan przez kilka tygodni prowadził drugoligowy Jong Ajax i tam zbierał dobre recenzje, a piłkarze chwalili sobie tę współpracę. Co innego jednak rywalizacja bez większej presji na zapleczu Eredivisie, a co innego ratowanie sezonu jednemu z holenderskich gigantów.

– Nie, Garcia nie nadaje się do Ajaksu. Z jego CV nie dostałby nawet pracy w Jong Ajaksie, ponieważ w ciągu ostatnich dziesięciu lat został przedwcześnie zwolniony sześć razy. Myślę więc, że tutaj wkrótce skończy tak samo. On po prostu jest przyjacielem Jordiego – oburzał się Arno Vermeulen w „Studio Voetbal”.
Razem z nim do sztabu zostało włączonych trzech innych Hiszpanów. – Ta hiszpańska enklawa stanowi zagrożenie dla Jordiego Cruyffa. Jeśli coś pójdzie nie tak, ludzie będą o tym mówić przez wieki. Ale on jest przekonany, że to zadziała. Uważa, że Garcia jest po prostu dobrym trenerem. I choć z pewnością można mu coś zarzucić w jego karierze, nie oznacza to, że nie może wywołać szokującego efektu – komentował nieco łagodniej Mike Verweij w podcaście dla „De Telegraaf”.
Wyszarpana Liga Konferencji
Ajax pod dowództwem Garcii rozegrał najpierw osiem meczów kończących sezon zasadniczy. Wynikowo do pewnego momentu nie było najgorzej. Co prawda przytrafiła się domowa porażka z Twente, ale w pozostałych spotkaniach w roli faworyta jego zawodnicy robili swoje, a z Feyenoordem i PSV remisowali. Kiedy jednak pojawiła się szansa, żeby na finiszu powalczyć jeszcze o coś więcej, Ajax przegrał przed własną publicznością z Utrechtem i bezbramkowo zremisował na stadionie Heerenveen w „meczu na wodzie”. – Trenujemy piłkę nożną, a nie piłkę wodną. To brak szacunku dla kibiców – irytował się Hiszpan.
Dało to ledwie piąte miejsce i baraże o Ligę Konferencji. – Nie osiągnęliśmy najważniejszego celu, ale teraz mamy kolejną szansę, żeby pokazać się w Europie. Liga Konferencji to rozgrywki, w których Ajax może rywalizować o wygranie trofeum. A w Eredivisie ze mną lub innym trenerem Ajax w przyszłym sezonie zdobędzie kolejne mistrzostwo – przekonywał.
Niektórzy powątpiewali, czy drużyna będzie za niego umierała w play-offach, ale piłkarze nie zlekceważyli sprawy. Najpierw pokonali Groningen, a potem Utrecht po rzutach karnych, dzięki czemu jesienią zobaczymy amsterdamski klub na międzynarodowej arenie.

Choć Garcia uniknął totalnej katastrofy, jaką byłby zupełny brak europejskich pucharów, nie miał zbyt dobrej prasy. Jego stałym krytykiem był Valentijn Driessen, redaktor „De Telegraaf”. „Po Utrechcie zrzucił z siebie wszelką odpowiedzialność za porażkę i piąte miejsce w tabeli. Jego decyzje personalne i taktyczne z Heerenveen były niezrozumiałe. Garcia już teraz jest katastrofą dla Ajaksu i nie należy nawet rozważać możliwości pozostawienia go na stanowisku. Nie ma żadnego związku ze swoimi zawodnikami, a zawodnicy nie mają żadnego związku z Garcią” – pisał w swoim felietonie.
„To pierwsza porażka Jordiego Cruyffa” – dodawał przy innej okazji.
Zmiana z gry fatalnej na przeciętną i ciepłe pożegnanie przez Weghorsta
Użytkownik AjaxPolska na portalu X nie był tak sceptyczny w ocenie: „Bardzo ciężko go ocenić z naszej perspektywy. Ajax go zatrudnił jako trenera rezerw (w połowie sezonu), po 5 meczach tymczasowo przejął pierwszy zespół i to też tylko na 10 meczów. W obu przypadkach pełnił rolę bardziej strażaka i nie miał czasu i możliwości czegoś wypracować. Ogólna ocena jednak bardziej pozytywna niż negatywna. W rezerwach bardzo szybko dał dobry impuls i poprawę gry. W pierwszym zespole również, choć tam była zmiana z fatalnej gry na przeciętną. Poprawa była wyraźna, to trzeba mu przyznać. (…) Na plus: szybko poprawił organizację drużyny na boisku, grę opartą na szybszych podaniach i utrzymaniu piłki. Na minus: reakcje w trakcie meczów, nietrafione zmiany, powtarzający się schemat dobra/bardzo dobra pierwsza połowa i wyraźnie słabsza druga” – czytamy.
Określenie „zmiana z gry fatalnej na przeciętną” chyba najlepiej oddaje sedno sprawy. Poprzeczka leżała na ziemi, a na koniec wisiała już na wysokości kolan.
Garcia nie ukrywał, że chętnie zostałby w Amsterdamie. Mówił, że zakochał się w klubie i mieście, a Ajax jest od teraz jego drugim najważniejszym klubem obok Barcelony. Szybko jednak stało się jasne, że plany na górze są zgoła odmienne. Nowym trenerem został inny Hiszpan, Michel. Dla Garcii powrót do klubowych rezerw nie miałby sensu, więc oferta z Pogoni nadeszła w idealnym momencie.
Na odchodne dostał koszulkę z dedykacją od zadowolonego Wouta Weghorsta. Doświadczony napastnik nieźle prezentował się pod koniec sezonu i znalazł się w kadrze Holendrów na mundial. „Dziękuję. Jesteś wspaniałym człowiekiem i prawdziwym zwycięzcą, trenerze” – napisał Weghorst. Ma to swoją wymowę.

Czy ludziom z Pogoni wystarczy cierpliwości?
Teraz Oscar Garcia otwiera rozdział szczeciński, choć hiszpańskie media pisały, że jego zatrudnienie rozważały także Rayo Vallecano i Osasuna, które szukały nowych szkoleniowców. Patrząc na jego losy, wydaje się, że po śmierci córki stał się nieco bardziej bezpośredni i mniej dyplomatyczny. Nie boi się głośno mówić o tym, co mu się nie podoba, zwłaszcza w tematach dotyczących transferów i jakości kadry. Potrafi także iść w zwarcie nawet z kapitanem drużyny, wbrew woli właścicieli. Przykłady Ekitike i Weghorsta pokazują jednak, że jeśli ktoś znajdzie z nim nić porozumienia, może wiele zyskać.
– Na pewno cieszy, że tacy trenerzy przychodzą do polskiej ligi. Fajnie, że do tego doszło. Oscar Garcia to trener, który rozumie piłkę nożną i jeśli mu zaufasz, piłkarze pod jego wodzą na pewno się rozwiną. Zawodnicy Pogoni dostają szansę, żeby wykonać krok naprzód. Pytanie, ile zaufania dostanie od władz klubu. Tego typu trenerzy nie zawsze mają okazję, żeby popracować wystarczająco długo po pierwszych potknięciach, które mogą nadejść – puentuje Tomasz Kuszczak.
No właśnie, znając wybuchowy i bardzo emocjonalny charakter Alexa Haditaghiego, trudno uwierzyć, że prędzej czy później między tą dwójką nie dojdzie do jakichś tarć. Na razie jednak z wielkim zainteresowaniem będziemy się przyglądać poczynaniom Hiszpana. Jego przyjście do Ekstraklasy to jeszcze jeden powód, by całkowicie w nią wsiąknąć.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix/Accredito/Pogoń Szczecin
Artykuł Historia Oscara Garcii. Kuszczak dla Weszło: To trener, który rozumie futbol pochodzi z serwisu weszlo.com.