Patrzę na tabelę Ekstraklasy i nie da się stwierdzić, że ten sezon nie zakończył się sprawiedliwie. Nie powiem, że nie było niespodzianek czy nawet małych sensacji. Oddały jednak one rzeczywistość dokładnie taką, jaką była. Chyba nikt nie dostał mniej, niż to, na co zasługiwał. I nikt też nie zasługiwał na wyraźnie więcej.
Ligę wygrał przecież zespół ewidentnie najsilniejszy, najlepiej prowadzony. Na drugim miejscu finiszował ten, który był najbardziej zbalansowany i regularny. Z Ekstraklasą pożegnały się drużyny albo najgorsze pod względem jakości, albo takie, które dopadła przeszłość oraz problemy organizacyjne. Gdzie się nie przyjrzeć, mniej więcej tak to wygląda: nagroda na koniec odzwierciedla wykonaną pracę.
Ekstraklasa. Lech Poznań mistrzem Polski. Sprawiedliwy wynik, bo był najlepszy
O mistrzostwie Lecha Poznań powiedziano sporo z perspektywy liczby czy średniej zdobytych punktów. Stąd wzięła się teza o słabym zwycięzcy czy trofeum zdobytym słabością innych. Patrzę na to kompletnie inaczej. Widzę Lecha, który nie był zespołem idealnym, ale obronił tytuł:
- bez kontuzjowanych piłkarzy i najlepszego zawodnika minionego sezonu (liczbowo);
- rozgrywając 54 spotkania, czyli łącząc dwa (minimum) fronty przez naprawdę długi czas;
- z asystentem, który przez pół roku pracował na dwa etaty, prowadząc też Molde FK;
- wyciągając wnioski z własnych błędów, korygując pewne założenia i składowe stylu.
W sezonie, w którym potykali i stresowali się wszyscy, Lech zachował najwięcej rozsądku oraz spokoju. Był też jednym z nielicznych przedstawicieli futbolu pozytywnego. Może nie tak intensywnego, szalonego, ale wciąż dążącego do usatysfakcjonowania widza i samych siebie. O tym, że mistrzostwo było sprawiedliwe, świadczy wreszcie szereg poprawionych statystyk zaawansowanych. Według danych Opta w górę poszły:
- przewidywane bramki,
- różnica w xG i xG przeciwnika,
- xG po stałych fragmentach gry,
- przewidywane punkty (Lech punktował trochę gorzej niż wskazywałby współczynnik xPTS),
- generowane czy oczekiwane zagrożenie – bo tak nazwiemy expected threat.
Spadły natomiast wskaźniki, które powinny spaść, gdy stawiasz krok do przodu. Szanse kreowane przez rywali, wysokie odbiory przeciwników. Lech zakładał, że będzie mniej agresywny w pressingu, więc i na tym polu osiągnął cel. Pewnie istnieją rzeczy, z których mistrzowie nie będą zadowoleni, ale większość punktów na liście została odhaczona. To dało sukces.
W dodatku osiągnięty w spektakularny sposób – spójrzcie tylko, jak doskonale kończył ligę mistrz Polski, to wręcz szczytowy moment projektu Nielsa Frederiksena.

Rozsądek Górnika, seria Jagiellonii i pogubiony Raków Częstochowa
Obsada pozostałych miejsc pucharowych też wygląda wyjątkowo sprawiedliwie. Górnik Zabrze też wygrał rozsądkiem. Odnalazł kilka recept na tę ligę – skuteczna obrona stałych fragmentów gry i generalna solidność w defensywie były podstawą do sukcesu, jednak zespół Michala Gasparika nie był nagi z przodu. Miał świetnych solistów w osobach Ousmane’a Sowa i Maksyma Chłania, miał też najwyższe xG z gry zaraz po Lechu i Lechii Gdańsk, równe Jagiellonii.
Górnik o więcej walczyć jednak nie mógł, bo to wciąż drużyna w budowie. Taka, która musi radzić sobie z utratą najlepszych zawodników. Taka, która zaliczyła sezon bez dziewiątki będącej gwarantem goli. Sporo transferów okazało się nietrafionych, sporo na tyle dobrych, że kadrę udało się poszerzyć, dodać rywalizacji. Dlatego srebro to sukces, ale też maksimum.
Jagiellonia Białystok zanotowała najtrudniejszy sezon od dawna. Raz, że skuteczność transferowa Łukasza Masłowskiego drastycznie spadła. Dwa, że sztabem i zespołem targnęło rozstanie z Rafałem Grzybem, który doskonale żył z szatnią. Trzy, że w połowie sezonu odszedł ostatni skrzydłowy, który potrafił zrobić przewagę.
Kłód pod nogami było więc sporo, ale nie można zapominać, że to przecież ten sam sezon, w którym Jagiellonia nie przegrała kolejnych osiemnastu spotkań w lidze i Europie. Trudno wyobrazić sobie, że ktoś taki spada z podium. Zwykle walczyłby o mistrzostwo, może nawet miał w garści zdobycie go. W tym momencie wracamy jednak do wszystkich problemów, które wypisałem i znów — wychodzi bardzo uczciwie. Jagiellonia ma puchary, ale część kłopotów ściągnęła na siebie sama, dlatego stać ją było na co najwyżej brąz.
To i tak dużo, bo Raków Częstochowa sprawiedliwie kończy poza podium. Może do końca był w grze o medal, jednak w obliczu ogólnego rozgardiaszu nie byłaby to nagroda adekwatna do zasług. Czasami ciężko mi wciąż dostrzegać w Rakowie projekt. Parę miesięcy wstecz pisałem zresztą, że odpływ kompetentnych ludzi z tego klubu nie wygląda optymistycznie. Zagwarantowanie sobie pucharów w teorii oznacza spokój i jakieś potwierdzenie tego, że bez Marka Papszuna też się da.
Natomiast poprzedził to kolejny wstrząs, brak cierpliwości, błędne wybory. Minęła gdzieś era, w której Raków mógł chwalić się mnogością zawodników wyrastających ponad ligę. Zostały jednostki. Pomysły się zmieniają, trenerzy także. Michał Świerczewski stwierdził, że gdyby Marek Papszun został w Częstochowie, Lech nie miałby tak łatwej drogi po puchar. Można tak, ale mam szczerą wątpliwość, czy ten zespół wytrzymałby z trenerem, gdy w środku wrzało.

Marcin Herra zna przepis na mistrzostwo. Legia Warszawa nie zasłużyła na puchary
Sprawiedliwe było wreszcie i to, że GKS Katowice w ostatnim momencie wpadł do strefy pucharowej zamiast Legii Warszawa. Częściowo dlatego, że lubię, gdy nagradzany jest proces. GieKSa ten proces ciągnęła od lat, wierząc w trenera, styl gry i tym samym stworzyła zespół silniejszy niż wskazywałyby poszczególne nazwiska. Drużyna Rafała Góraka była jedną najczęściej odzyskujących wysoko piłkę, co stanowiło fundament rock’n’rollowego futbolu, któremu biliśmy brawo.
Trzeba pamiętać o tym, że GKS gra w tę grę na kodach, bo nietaktem byłoby wypominanie milionów płynących z miasta tylko tym, którzy sukcesów nie odnoszą i tylko tym, którzy się z tym obnoszą. W Katowicach są w stanie płacić ogromne kontrakty czy wykupić zawodnika za milion euro, czego wielu skromniejszych ligowców zazdrości. Niemniej GieKSa w pucharach to wciąż sympatyczna historia.
Legia Warszawa na Europę zwyczajnie nie zasłużyła. Za całokształt, nie za styl czy wyniki Marka Papszuna – chociaż ludzie, którzy zganiają brak pucharów na okres spędzony z Inakim Astizem, zapominają chyba, że Papszun zaliczył sześć remisów czy porażkę z Koroną Kielce, tam też leży pogrzebana szansa na piąte miejsce. Gra w międzynarodowych rozgrywkach i potencjalna kasa od UEFA byłaby kołem ratunkowym dla klubu, który pogrąża się w chaosie.
Przed rokiem Legia puszyła się, Marcin Herra stwierdzał, że zna przepis na mistrzostwo, klub oznajmił, że zwiększył budżet płacowy do ponad stu milionów złotych, wziął udział w kosztownym wyścigu zbrojeń. Trzeba ponieść konsekwencje własnej głupoty, zbyt łatwo byłoby zasypać część dołków przelewami za Ligę Konferencji. Tracę powoli nadzieję, że Legia Warszawa w ogóle czegoś się kiedyś nauczy, lecz działacze tego klubu zdecydowanie zasłużyli na ból głowy spowodowany obawą o to, jak posklejać budżet po swoich fatalnych decyzjach.
Z Ekstraklasy spadli najsłabsi i Lechia Gdańsk, do której wróciła karma
W środku też znajdziemy wiele sprawiedliwych werdyktów. W pewnym momencie Wisła wpadła w korkociąg złych wyników i Płock zaczął panikować, przerażony widmem dawnych doświadczeń i ponowną drogą w dół. Ale Mariusz Misiura nie zasłużył na taki rezultat. Nie podobał mi się futbol jego zespołu, ale przez długi czas postępował według ekstraklasowej recepty na sukces – bronić szczelnie. U nas czasami nie trzeba nawet strzelać celnie, żeby i tak się udało, natomiast to też brak chęci do podjęcia ryzyka sprawił, że ani Wisła, ani Zagłębie nie zagrały o to, o czym marzyli kibice po pierwszej części sezonu.
Korona Kielce nie była tak słaba, żeby zlecieć z ligi. Radomiak chaosem w zarządzaniu sam siebie postraszył, ale uczciwie trzeba przyznać, że kadra tej drużyny też pasuje bardziej do pozycji dziesiątej niż szesnastej. Na Motor Lublin patrzę podobnie, lecz przez pryzmat sztabu szkoleniowego. Niełatwo buduje się zespół ze Zbigniewem Jakubasem, ale jakość pracy Mateusza Stolarskiego i jego kompanów pozwoliła przykryć związane z tym problemy.
Jeśli ktoś uporczywie pchał się do spadku, to bardziej Cracovia niż Widzew Łódź. Tyle że patrząc szerzej, nie tylko na ostatni okres, w którym nowy właściciel pogrąża i rozkłada zespół, mamy przecież rozsądnie dobrany sztab, ciekawie skonstruowaną kadrę i jeden z najlepszych transferów sezonu. Ekstraklasę dla Krakowa uratował nie Bartosz Grzelak serią pięciu remisów, lecz Filip Stojilković strzelonymi jesienią golami.
Widzew poniekąd na spadek zasłużył, bo podjął szereg tak złych decyzji, że tylko dzięki utrzymaniu w Warszawie nie odbiorą działaczowskiej złotej maliny za najgorsze ruchy i strategię. Przepalić ponad sto milionów złotych, trzykrotnie (czterokrotnie?) pomylić się co do trenera – ogromna sztuka. Łodzianie uratowali się jednak tym, że na końcu ogromny koszt poniesiony na jakość… trochę jakości jednak wniósł.
Z ligi de facto spadły trzy najgorsze kadrowo zespoły, pewnie też najbiedniejsze (lub jedne z najbiedniejszych) w stawce. To znaczy: Bruk-Bet Termalica Nieciecza, Arka Gdynia i Piast Gliwice. Piast, bo punktowo Ekstraklasę opuścił. Pomógł mu fakt, że do Lechii Gdańsk wróciło cwaniactwo Paolo Urfera, który zakiwał się w swoim sprytnym planie. Bo przecież to, co zrobiła Lechia, gdy do Ekstraklasy awansowała, było moralnym przekrętem.
Zespół zbudowany na kredyt, który miał zostać spłacony po awansie, za zarobione od ligi pieniądze. Tak zamierzano spłacić transfery i kontrakty, więc Lechii po prostu nie było stać na kadrę, która dała jej awans. Jeśli uznajemy, że sprawiedliwość istnieje, to objawiła się właśnie tym, że w Gdańsku zabrakło pięciu odebranych za to cwaniakowanie punktów do utrzymania. Urfer przez rok miał jeszcze czelność mamić ludzi rzekomym odwołaniem, które od początku było spisane na straty.
Patrząc na to, co działo się w minionych miesiącach, naprawdę – nie dało się tej ligi poukładać sprawiedliwiej. Może i nie są to najbardziej logiczne wyniki z perspektywy startu rozgrywek, ale kto śledził ten serial, ten przyzna, że i tak są bardziej sensowne niż wydawało się, że będą w różnych momentach zakończonego sezonu.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix
Artykuł Ekstraklasa sprawiedliwa. Liga skończyła się tak, jak powinna [KOMENTARZ] pochodzi z serwisu weszlo.com.