16.05.2026

Leandro – dla Radomia to znaczy wszystko

W należącym do Leandro Rossiego salonie fryzjerskim w Radomiu wiszą koszulki wielkich, z którymi spotkał się w Ekstraklasie. Lukas Podolski i Josue złożyli na trykotach autografy, ale na miejscowych najbardziej działa ten oprawiony w ramę, z numerem „300” oraz napisem Leandro. W tym mieście żadne nazwisko nie ma porównywalnej z nim mocy.

Kibice Radomiaka dziesiątki razy wykrzyczeli je podczas meczów wedle prostego schematu. Leandro kierował piłkę do siatki, spiker zaczynał, wołając: „Rossi Pereira”, oni dokładali ostatnie słowo – imię, przydomek, symbol radomskiego futbolu. Niezliczoną ilość razy po trybunach niosło się krótkie, melodyjne zdrobnienie: Leo, Leo…

W chwilach dobrych wyrażano w ten sposób zachwyt nad, zdawałoby się, ponadnaturalnymi umiejętnościami technicznymi Leandro.

W chwilach marnych szukano w ten sposób ostatniej nadziei na odwrócenie fatalnego losu.

Leandro kończy karierę. Jak został legendą Radomiaka Radom?

Całe pokolenia Radomian utożsamiają piłkę nożną z Leandro. 70-latkowie oglądali go, czując nostalgię jedynego sezonu w Ekstraklasie, zanim ich klub ponownie w niej zawitał. 50-latkowie oklaskiwali go, bo w ich kibicowskim życiu – naznaczonym degradacjami i równaniem w dół – był rzadkim powodem, żeby jednak znów przyjść na stadion i liczyć na lepsze dni. 30-latkowie byli w niego wpatrzeni jak w obrazek, odnajdując w nim pierwszego piłkarskiego idola.

Młodsi chłonęli wszystkie te historie, podziwiali pobite rekordy, dorastali w cieniu budowanego w czasie rzeczywistym pomnika i marzyli o autografie, koszulce, zdjęciu. O takiej karierze, bo wydawała się wyśniona, oddana ukochanemu klubowi. 

Skąd ona w ogóle się wzięła? Leandro stał się tak swój, tak nasz, że chyba rzadko przypominaliśmy sobie, co zaprowadziło go do miejsca, które zostało jego domem. 

Jako nastolatek był tak wstydliwy, że nie trenował w żadnym klubie. Kopał na podwórku, na bramkę zrobioną z bambusów. Gdy tylko gdzieś się zaciągnął, okazał się tak dobry, że wyrwano go z domu. Samotny, na drugim końcu kraju, płakał i chciał to wszystko rzucić. Wrócił bliżej domu, grał za wikt i opierunek – jeśli można tak nazwać nocleg pod trybuną stadionu. Nie przyznawał się mamie, że czasami chodził wcześniej spać, bo nie dawali im kolacji.

„Kładłeś się wcześnie, żeby już było śniadanie”.

Zauważył go Edi. Ten z Andradiny, któremu się udało. Wylądował w obozie spod szyldu Ptaków wraz z setkami podobnych do niego. Okazał się na tyle dobry, że zasłużył na piętnastogodzinny lot do Europy, żeby skończyć w Gutowie, gdzie za atrakcję uchodziła wizyta w centrum handlowym właściciela Pogoni Szczecin.

Leandro w meczu Radomiak - Legia II Warszawa

Leandro w meczu Radomiak – Legia II Warszawa. Fot. Newspix

III liga. Radomiak – Legia II Warszawa

Czuł bezsens, gdy uciekała szansa za szansą. Gdzie nie zagrał, tam o niego pytali. Nieważne, czy chciała go Sparta Praga, niemieckie akademie, czy tureccy agenci – brazylijskie Harlem Globtrotters pakowano do autokaru, ruszano na kolejny bezcelowy sparing. Europejski sen skończył się wywózką do Brazylii, gdzie do bułek nie dawali nawet masła. Razem z kumplami postanowili więc ukraść krowę sąsiada, żeby w końcu się najeść.

Wiele ostatnich szans. „Co ja umiem, poza piłką, w której mnie oszukują?”

Ostatni mecz Leandro w karierze obejrzą z trybun jego rodzice. Pierwszy raz przylecieli do Polski. Podobno oszołomiło ich, gdy na własne oczy przekonali się, kim został ich syn. Postacią obleganą na ulicach, zagadywaną przez przechodniów, czczoną przez szalikowców. Nie zdawali sobie z tego sprawy. Znali osiągnięcia, jednak nie skalę tego szaleństwa. Leo na boisku nie brakuje śmiałości, ale prywatnie skromność nie pozwalała mu pewnie właściwie oddać kultu, który wokół siebie zbudował.

Na pewno czują niewiarygodną dumę. Zwłaszcza mama, która okropnie się martwiła, że kochanego syna nieustannie ktoś oszukiwał. On sam czasem nawet wolał nie mówić, co zastał z tego, co obiecano mu przed kolejną „ostatnią szansą”, ale serce matki zawsze wie. 

Musiało znać wątpliwości, które miał Leandro, gdy po ucieczce z dziwacznego projektu Dawida Ptaka na południu Brazylii odbijał się od kolejnych klubów, związany kontraktem, który nie do końca świadomie podpisał. Tułał się wtedy po kraju, słysząc po kilku tygodniach zachwytów, że dokumentów z polską stroną załatwić się nie da.

Nie pomógł prawnik, nie dawały rady kluby. Dwa lata w zasadzie stracił, nie grał w piłkę. Zrezygnowany pytał ojca: co ja umiem, poza piłką, w której go oszukują?

Leandro Rossi

Leandro Rossi. Fot. Newspix

II liga, sezon zakończony awansem.

Ile myśli miał w głowie, gdy dawny trener powiedział, że przygarnie go w Polsce, jeśli tylko zapłaci za podróż? Co sobie w duszy mówił, gdy po świetnej rundzie wrócił do domu i usłyszał, że jeśli chce wrócić do Europy, znów musi to zrobić na własną rękę, ale warto, bo czeka na niego pierwszoligowy klub, który na pewno go chce? 

I wtedy, gdy okazało się, że żadnego pierwszoligowego klubu nie ma, bo jest tylko grający szczebel wyżej niż jego Zawisza Rzgów Radomiak? Jak bardzo stresował się, gdy musiał zejść z boiska w pierwszym sparingu, bo „schabowy leżał mu na żołądku” i bał się, że przegrał swoją szansę? Jaką ulgą był komunikat trenera, który trochę na migi, trochę słowami, wyjaśnił mu, że zostaje, bo widzi w nim brakującą dziewiątkę?

Piłka nożna w Radomiu ma na imię Leandro

Leandro uśmiechał się przed meczem, że czternaście lat w Radomiu jakoś tak „za szybko zleciało”. W rzeczywistości była to cholernie długa droga. Od popadającego w ruinę starego obiektu przy Struga, przez ciągnącą się w nieskończoność grę poza domem, po częściowe i wreszcie pełne otwarcie nowego stadionu. 

Od czwartego poziomu ligowego, trzech goli przeciwko Megawatowi Świerże Górne w rezerwach grających w Klasie A, przez awans i spadek, potem bolesne tkwienie w drugiej lidze, po marsz do Ekstraklasy w mgnieniu oka, jak gdyby przeszkody na trasie nie istniały.

Wielokrotnie chcieli go stąd wyciągnąć, skusić. Nie dał rady łódzki Widzew, nie dał rady Marek Papszun z Rakowem Częstochowa. Raz tylko Leandro lekko się złamał. Ten raz, gdy w 2018 roku powiedział wprost: jeśli nie awansujemy, będę musiał myśleć o przyszłości, odejść. Awansowali. Leandro został najlepszym piłkarzem rozgrywek. Tak bardzo chciał zostać w Radomiu, że sam to sobie wygrał na boisku.

Dla wielu to relacja irracjonalna, wręcz niezrozumiała. Rzadko kiedy zdarza się, żeby obcokrajowiec został legendą klubu na drugim końcu świata. Jeszcze rzadziej – gdy jest to klub, którego ten zawodnik skalą talentu przerasta o kilka długości. Bo przez lata tak właśnie było: gdy Leandro grał w drugoligowym Radomiaku, Polska mówiła, że to piłkarz na Ekstraklasę. 

Pozostawał jednak miłostką lokalną, bo mało kto zerkał na to, co faktycznie działo się tak nisko. Tylko my znaliśmy go na wylot, więc gdy reszta przekonała się, że wszystko, co słyszeli o Leandro, to prawda, Radom był niezmiernie dumny.

Leandro Rossi

Leandro Rossi. Fot. Newspix

I liga. Awans do Ekstraklasy

Puentę historii dopisał sam, zupełnie jak z odejściem w przypadku braku awansu. To znaczy: dotarł z Radomiakiem na szczyt ligowej piramidy i udowodnił, że piewcy jego klasy się nie mylili, bo nawet po trzydziestce okazał się jednym z najlepszych dryblerów ligi, autorem pięknych goli, postacią absolutnie się wyróżniającą.

Zabawnie było przypomnieć sobie – tak wtedy, jak dziś – pojedyncze wpisy na stronie-kopalni historii Radomiaka – TylkoRadomiak.pl – gdzie Wie(R)zący zachęcał do poszukania napastnika w Strażaku Wielogóra czy Oronce Orońsko, negując sens transferu pierwszego Brazylijczyka w historii klubu, a Zniechęcony pytał, po co kolejny pseudo-napastnik wciskany przez agentów.

Najbliżej prawdy był chyba Goro, który żartobliwie powiązał Leandro z Leo Messim. Dla nas latami pozostawał przecież najlepszym piłkarzem, jaki istnieje.

Leandro zdefiniował to, czym jest Radomiak Radom

Nie wyobrażam sobie ładunku emocjonalnego, który Leandro wniesie ze sobą na boisko w ostatnim występie w karierze, gdy przed oczami stanie mu cała ta historia. Wiem jednak, że wszystko to ukształtowało nie tylko jego, ale cały klub, który najpierw kręcił się wokół niego na boisku, potem także poza nim.

Bruno Baltazar nazwał Leandro wzorem człowieka i wspomniał, jak się nim zaopiekował, gdy tylko przywitał się z Radomiem. Inny trener, którego zagadnąłem o pożegnanie byłego podopiecznego, zauważył, że Leandro opieką otaczał wszystkich, że był wrażliwy na to, co się z nimi dzieje.

Leandro, którego znamy z boiska, dawno już z nami nie ma. Fakt, z którym trudno się pogodzić, bo chociaż liczba minut i występów wskazuje to od kilku sezonów, to w sercach i pamięci obraz idola wyrył się tak mocno, że trzy czwarte Radomia wciąż wierzy, że gdyby grał, wciąż nie miałby sobie równych. 

Nowa rola została jednak skrojona pod niego. Człowieka, którego bagaż doświadczeń sprawił, że jak nikt potrafi oddać duszę tego miejsca. Sprawił, że dziesiątki ludzi w nowym otoczeniu, kraju, mieście, czuły się tak jak on, gdy na przywitanie nieśmiało śpiewał brazylijski hit i cała szatnia dołączyła do niego, dodając mu odwagi i pokazując jak powinna wyglądać grupa trzymających się razem ludzi. Budował innym dom, który kiedyś ktoś zbudował jemu.

Kiedyś wyciągał Radomiaka z tarapatów nogami, teraz robił to słowami. Gdybyście wiedzieli, ile razy w momentach trudnych brał to wszystko na barki, tłumaczył wszystkim, o co walczą… Było w tym to typowe, brazylijskie przekonanie, że „koszulka staje się twoją skórą”. Skóra Leandro dawno stała się zielona, to na klubie najbardziej mu zależało, dlatego z ulgą przyjął, że pożegna się po kolejnym utrzymaniu w Ekstraklasie. 

Chociaż nogami wciąż wiele potrafi. Na ostatnim treningu przed finalnym występem uderzył lewą nogą, z pierwszej piłki. Niemal sto kilometrów na godzinę, okienko. Możesz tylko stać i podziwiać.

Leandro Rossi.

Leandro Rossi. Fot. Adam Kurasiewicz

Ekstraklasa. Ostatni sezon.

Chłopak, który poznawał Polskę, gdy w brazylijskim zespole młodzieżowym zabijał nudę na Pegasusie, który wstawiono do klubu, żeby udawał Playstation, zdefiniował, czym jest futbol w Radomiu. Własnym talentem sprawił, że piłka nożna tu nie tylko nie umarła, wstała z kolan. Ona osiągnęła poziom, który dla większości wydawał się niewyobrażalny, bo tak nieznany.

Niby łatwo zostać i żyć tam, gdzie jesteś hołubiony. Leandro wygrałby wszelkie wybory czy konkursy, gdyby tylko w nich wystartował. Chciałem jednak pokazać, jak wyboista i wymagająca była droga, która doprowadziła go do tego, żeby ten ostatni występ wyglądał tak, jak będzie wyglądał. Jak festiwal na cześć jednostki wybitnej.

Nie wiem, jak będzie wyglądał futbol bez Leandro, bo od kiedy znam futbol, był w nim Leandro. Podobnie pewnie większość Radomian. Świadomość tego, że będzie dbał o Radomiaka w innej roli, pozwala jednak ze spokojem patrzeć w przyszłość. Dopóki tu będzie, serce tego klubu nie zostanie złamane. 

Dziękuję, legendo!



ZOBACZ RÓWNIEŻ

SZYMON JANCZYK

fot. Newspix, Adam Kurasiewicz

Artykuł Leandro – dla Radomia to znaczy wszystko pochodzi z serwisu weszlo.com.

Czytaj najświeższe newsy ze świata piłki nożnej na topliga.pl! Topliga to najlepsze źródło wiadomości piłkarskich - liga polska, Ekstraklasa, Puchar Polski, rozgrywki ligowe, Twoje ulubione drużyny i zawodnicy. Śledź najważniejsze wydarzenia, sprawdzaj wyniki, obserwuj transfery piłkarskie, poznaj ciekawostki z polskich boisk, bądź na bieżąco. Topliga to najlepsze wiadomości sportowe przygotowane specjalnie dla Ciebie.

Polityka Prywatności Kontakt

© 2026 topliga.pl