Wygląda na to, że jeśli masz na imię Dariusz, to kompletnie nie rozumiesz w jakim momencie swojej historii znajduje się Legia Warszawa. Nie rozumie tego oczywiście Dariusz Mioduski, co udowadnia swoim codziennym działaniem i kolejnymi wywiadami, nie rozumie też Dariusz Dziekanowski, o czym przekonaliśmy się w rozmowie ze Sport.pl.
Były reprezentant Polski mówi bowiem tak: – Utrzymanie to był plan minimum. (…) Liczyłem nawet, że przy tak niewielkich różnicach w ligowej tabeli Legia Papszuna zacznie piąć się w górę i powalczy o prawo gry w europejskich pucharach. (…) Chodziło o to, by Legia zaczęła grać wiosną tak, żeby w następnym sezonie mogła liczyć się już w walce o mistrzostwo. Tymczasem gra tak, że w następnych rozgrywkach znów będzie miała wielki problem w rywalizacji na przykład z Arką Gdynia, czyli klubem o nieporównywalnie mniejszych możliwościach finansowych. O ile Arka i Legia się w tym sezonie utrzymają.
Cóż, tak może powiedzieć tylko człowiek, który żyje przeszłością. No bo Legia to Legia, musi grać o mistrzostwo, jest wielka i tak dalej. Tymczasem te chwile – czego Dziekanowski ewidentnie nie zauważył – minęły. Warszawianie od lat nie mogą zdobyć tytułu, mają do tego celu albo daleko, albo bardzo daleko. Niestety Dziekanowski wymyślił sobie, że przyjdzie Papszun i magicznie wszystko wróci na swoje miejsce.
A jeśli logicznie popatrzeć na całą sytuację i zapomnieć, że Legia się nazywa Legia, a nie na przykład Radomiak, to Papszun trafił do bardzo trudnego środowiska. Po pierwsze – brakuje mu jakościowych piłkarzy. W ataku najlepiej wygląda gość, który już raz się od Ekstraklasy odbił, a ostatnio strzelał, ale w pierwszej lidze. Niżej kluczowym zawodnikiem okazał się wyśmiewany Kun, ważne konkrety dał też wyśmiewany Chodyna, zaczęto poważnie się zastanawiać, czy na dłużej w klubie nie powinien zostać Augustyniak, również piłkarz dość mizerny i memiczny, a obecnie jednak kapitan (!!!) Legii. W obronie co jakiś czas trzeba się uśmiechnąć do Jędrzejczyka, odejście Pankova jawi się jako kłopot, kiedy w najlepszych latach nikt by jego obecności albo nieobecności nie zauważył.
Innymi słowy ta kadra jest po prostu średnia. Nie tak fatalna, żeby bić się o utrzymanie, ale też nie na tyle mocna, by grać o mistrzostwo. Mimo wszystko Dziekanowski liczy, że jakoś się to ogarnie w tym sezonie, a potem to już ruszy. Tyle że – tutaj „po drugie” – skąd wziąć na to pieniądze? Nie będzie można zainwestować w jakichś mocnych zawodników i potem liczyć, że się zwrócą z europejskich pucharów, bo tych po prostu nie będzie.
Dziś mówi się o Arseniciu, Brkiciu… I to jest poziom Legii, faktycznie dający taki optymizm, jakiego wymaga Dziekanowski? Równie dobrze były reprezentant może narzekać, że jakaś gazeta nie sprzedaje się tak dobrze jak w czasach przed internetem, mimo zmiany redaktora naczelnego.
Dziekanowski mówi też: – Jestem rozczarowany pracą Marka Papszuna. Jeśli chciał poprowadzić Legię, to zakładałem, że ma plan jak ją wyciągnąć z kryzysu. Tymczasem minęły cztery miesiące i ja żadnego pomysłu nie dostrzegam.
Legia, która jesienią przegrywała regularnie, wiosną była niepokonana przez dziesięć spotkań. Na boisku widać większy porządek w tyłach i jakikolwiek mental tego zespołu, który podnosił się z 0:2 w Gdyni i 0:2 w Białymstoku, co wcześniej byłoby wręcz nie do pomyślenia. A to wszystko mimo tylu problemów. Tymczasem Dziekanowski „żadnego pomysłu nie dostrzega”.
No bo on chciałby serii zwycięstw i gry o puchary. Panie Darku, pobudka. Jest rok 2026, nie 2016. Legii o której pan myśli, już od dawna nie ma.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Lepiej nosić nisko getry niż dostać wyrok za sprzedany mecz
- Drodzy państwo, tak wygląda świetny obrońca. Wiśniewski liderem defensywy Widzewa
- Arka tonie, ale Banasik wierzy w cud: „To jeszcze nie był pogrzeb”
Fot. Newspix
Artykuł Dziekanowski jak Mioduski. Nie rozumie, że mocnej Legii już nie ma pochodzi z serwisu weszlo.com.