Zagłębie Lubin już na początku marca w praktyce zapewniło sobie spokój w walce o utrzymanie. Od tego momentu mogło bez większej presji próbować osiągnąć wynik znacznie ponad stan. Coś się jednak popsuło, bo w ostatnich pięciu kolejkach wywalczyło tylko trzy punkty. Stoper Miedziowych, Damian Michalski zapewnia nas jednak, że jego drużyna nie odpuściła i nie odpuści w temacie wyższych celów.
Pytamy go także o często krytykowany styl gry Zagłębia, Marcela Regułę, Leszka Ojrzyńskiego, wydatki konkurencji w Ekstraklasie oraz o to, jak radził sobie z miesiącami na ławce rezerwowych po przyjściu do Lubina z 2. Bundesligi. Michalski zaczął od pierwszego składu po transferze z Greuther Fuerth, ale gdy stery w zespole objął Ojrzyński, szybko stracił plac i długo musiał czekać, żeby go odzyskać. Zapraszamy.
*
Wygląda na to, że europejskie puchary wymykają się z rąk Zagłębiu Lubin, a w waszych szeregach nie ukrywano po zapewnieniu sobie utrzymania, że apetyt rośnie w miarę jedzenia.
To prawda, apetyty wzrosły. Ostatnie wyniki trochę oddalają nas od tego, do czego dążymy, ale zostało pięć kolejek. Jeśli zrobimy wszystko, co w naszej mocy i dobrze zapunktujemy, to myślę, że uda się spełnić wyznaczone przez nas cele.
W takim razie jakie to cele?
Jeśli ktoś mnie zapyta, o co gra Zagłębie Lubin, to odpowiem, że gramy o marzenia. Co do naszych celów, drużyna razem ze sztabem szkoleniowym je sobie wyznaczyła, natomiast nie mówimy o nich głośno. Zostawiamy je dla siebie. Po sezonie będziemy się rozliczać i zobaczymy, czy udało się te założenia zrealizować.
Pięć ostatnich meczów to cztery porażki Zagłębia. Którejś szczególnie żałujesz, czy zawsze mogliście powiedzieć, że rywal był lepszy?
Każdego z tych spotkań żałuję. W każdym z nich… No, może poza wyjazdem na Arkę, gdzie bardzo słabo weszliśmy w mecz i do przerwy przegrywaliśmy już 0:2, a zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy zaczęliśmy grać w osłabieniu. Wtedy czułem najmniejszy żal, bo po prostu mecz pod każdym względem nie ułożył się po naszej myśli. W pozostałych przypadkach niedosyt był duży. Mogliśmy w nich coś ugrać, a to się nie udało, przez co lekko się oddaliśmy w tabeli.
Damian Michalski: Dla nas europejskie puchary byłyby spełnieniem marzeń
Stereotypowo ktoś może stwierdzić, że zespół z drugiego szeregu standardowo spuścił z tonu po osiągnięciu podstawowego celu.
A ja bym wtedy mocno polemizował. Kompletnie nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy, że Zagłębie Lubin osiadło na laurach, bo w praktyce zapewniło sobie utrzymanie. Każdy z nas marzy o tym, żeby skończyć sezon na pudle i zdobyć medal. Dla większości z nas zagranie w europejskich pucharach byłoby czymś wielkim.
Ale chyba przyznasz, że jest to przyjemne, gdy na szaloną sytuację na dole tabeli możesz spoglądać ze spokojem.
Na pewno daje to duży komfort pracy, ale ja i reszta chłopaków jesteśmy ambitnym zespołem. Nie zadowalamy się tym, że nie musimy się martwić o utrzymanie. Wręcz przeciwnie, to nas dodatkowo napędza. Po prostu chcemy czegoś więcej.

Ta wiosna generalnie jest bardzo udana dla Zagłębia i także dla ciebie. Twoje przyjście do Lubina zimą 2025 można było określić jako mały hit transferowy, ale po kilku tygodniach straciłeś miejsce w składzie i na dobre odzyskałeś je dopiero w tym roku. Chyba nie zakładałeś tak trudnych miesięcy w Zagłębiu.
Zgadza się. Taka jest piłka, takie jest życie. I tu, i tu nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Tak też było w moim przypadku. Graliśmy u siebie z Rakowem Częstochowa, dostałem dwie bardzo głupie żółte kartki. Osłabiłem zespół i przegraliśmy w okresie, w którym zaciekle walczyliśmy o utrzymanie. Przez swoją głupotę wypadłem ze składu. Gdy po tym meczu usiadłem na ławce, drużyna zaczęła świetnie punktować i dość sprawnie zapewniliśmy sobie dalszą grę w Ekstraklasie. Złość sportowa była we mnie duża, ale z drugiej strony cieszyłem się, że wygrywamy i uratowaliśmy ligę.
Ten sezon również niezbyt dobrze się dla mnie zaczął. Na początku miałem problem z graniem. Jestem jednak cierpliwy i wiedziałem, że prędzej czy później nadejdzie następna szansa. Ciężko pracowałem i byłem na nią gotowy. Uważam, że ją wykorzystałem. Miło wrócić do regularnych występów.
Czyli kiedy jesienią z Arką Gdynią zaliczyłeś ósmy z rzędu mecz bez choćby minuty na boisku, utrzymałeś wewnętrzną mobilizację i nie traciłeś motywacji?
Dla każdego piłkarza to bardzo ciężki okres. Frustracja czysto sportowa zawsze się wtedy pojawia, ale nie przenosiłem jej w negatywny sposób na całość mojej pracy. Właśnie w takich chwilach najmocniej możesz pokazać, że jesteś profesjonalistą. Gdybym się zniechęcił, mógłbym zawalić mecz, w którym zagrałbym po dłuższej przerwie. Nie pierwszy raz mierzyłem się z taką sytuacją w swojej karierze i wiedziałem, na czym się skupić. Każdego dnia zasuwałem tak samo, nie było żadnego obrażania się. Dzięki temu po jakimś czasie karta się odwróciła.
Nie pojawiała się frustracja związana z tym, że przychodziłeś z 2. Bundesligi, w której prawie do końca grałeś, a tu nie możesz wywalczyć sobie placu w ekstraklasowym średniaku?
Cały czas chodziło tylko o złość typowo piłkarską. Gdy zdecydowałem się na powrót do Polski, wiedziałem, że nie dostanę miejsca w składzie tylko dlatego, że grałem za granicą w dobrej lidze. Nie liczyłem, że otrzymam coś za nazwisko czy dotychczasowe dokonania. Byłem gotowy na ciężką pracę i rywalizację.
Potwierdziło się, że pech jednego jest szczęściem drugiego. Pod koniec jesieni skorzystałeś na problemach Michała Nalepy, a wiosną wskoczyłeś do gry za kontuzjowanego Aleksa Ławniczaka.
Tak to wygląda w piłce. Nikomu nie można życzyć kontuzji i się z nich cieszyć, ale każdy zawodnik siedzący na ławce czeka na moment, w którym z jakiegoś powodu wejdzie za kogoś do grania. I jak mówiłem, ja ten moment wykorzystałem.

Damian Michalski: Dopóki są wyniki, niech ludzie sobie gadają o stylu
Zagłębie Lubin często jest krytykowane za futbol mało atrakcyjny dla oka. Takie słowa jakoś na ciebie wpływają, czy dopóki są wyniki, nie obchodzi cię styl?
Absolutnie mnie to nie boli, że ludzie tak postrzegają grę Zagłębia. Koniec końców liczą się wyniki. Kiedyś jeden z trenerów powiedział, że piękną grą przyciąga się kibiców na stadiony, a dobrą defensywą wywalcza się awanse i zdobywa trofea. Ja się pod tym stwierdzeniem podpisuję. Dopóki będą dobre wyniki, niech ludzie sobie gadają, że gra Zagłębia nie zachwyca.
Najwięcej w waszej drużynie mówi się dziś o Marcelu Regule. Jak sytuujesz go na liście talentów, z którymi miałeś do czynienia?
Kurczę, nie ma co ukrywać, że to ogromny talent. Jest bardzo pracowitą osobą. Uważam, że przed nim duża kariera. Życzę mu, żeby się rozwijał, bo wielka piłka stoi przed nim otworem. W tym sezonie już niejednokrotnie był kluczową postacią przy naszych zwycięstwach. Trzymam za niego kciuki.
Na boisku wygląda na kogoś, kto nikogo nie przeprasza i nie kuli się, gdy ktoś mu coś powie. A jaki jest w szatni?
Jeśli pytasz o jego osobowość, to z jednej strony jest spokojnym chłopakiem, a z drugiej przebojowym. Boiskowo potrafi być bezczelny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Moim zdaniem to pozytywna cecha, która mu pomaga.

Czy Leszek Ojrzyński z czasów Wisły Płock mocno różni się od dzisiejszego Leszka Ojrzyńskiego? Wasza pierwsza współpraca była krótka, ale jednak była.
Nie pamiętam już tego okresu na tyle, żeby się tu rozwinąć w wypowiedzi. Nie ulega wątpliwości, że i wtedy, i teraz ta charyzma u trenera zawsze była wyraźnie widoczna. Pewnie w jakichś aspektach trochę się zmienił, bo każdy z nas na przestrzeni lat się zmienia.
W Ekstraklasie nie było cię dwa i pół roku. Byłeś czymś zaskoczony po powrocie?
Nic mnie mocniej nie zaskoczyło. Zawsze miałem dobrą opinię na temat Ekstraklasy. Uważam, że mamy coraz mocniejszą ligę. Widzimy, jakie nazwiska są ściągane do Polski, co pokazuje, że status ligi rośnie. W europejskich pucharach też idziemy do góry i liczę, że będzie jeszcze lepiej.
Z perspektywy ligowego piłkarza jest dodatkowa mobilizacja na takich rywali jak Widzew Łódź, żeby pokazać, że samo wydanie 4 czy 5 mln euro na zawodnika jeszcze nie wystarczy?
Mogę mówić za siebie: nie ma absolutnie żadnego znaczenia, ile kto zarabia i za ile ktoś kogoś kupił. Dla mnie to kompletnie nieistotne i zupełnie się nie skupiam na takich rzeczach. Wychodzę na boisko i muszę zrobić swoją robotę. A czy mówimy o piłkarzu za 5 mln euro, czy o piłkarzu przychodzącym z III ligi… Jeden i drugi może cię zaskoczyć, okiwać, ośmieszyć. Cokolwiek. Fajnym przykładem jest Oskar Kubiak z Arki Gdynia. Chłopak grał w niższych ligach, a teraz notuje świetne wejście do Ekstraklasy. Nie zawsze jakość idzie w parze z wydanymi pieniędzmi.
W piątek mierzycie się u siebie z Termaliką. To jedna z niewielu sytuacji, gdy będzie się od was oczekiwało nie tylko zwycięstwa, ale i trochę efektowniejszej gry. Jesteście zdecydowanym faworytem.
Trudno zaprzeczyć, natomiast wychodzę z założenia, że nigdy nikogo nie można lekceważyć. Piłka bardzo szybko potrafi sprowadzić na ziemię, wpadki faworytów są na porządku dziennym. Podejdziemy do meczu z szacunkiem dla przeciwnika, ale to prawda: będziemy chcieli zagrać bardziej ofensywnie i pokazać, że wbrew pozorom potrafimy tworzyć składne akcje, po których strzelamy gole.
rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK
CZYTAJ WIĘCEJ O POLSKIEJ LIDZE NA WESZŁO:
- Piłkarz Legii na szczycie listy życzeń. „Twarz projektu”
- Hitowy transfer w Ekstraklasie coraz bliżej. Portugalczycy potwierdzają
- Co dalej z Sotiriou? Klauzula aktywowana, ale rozmowy wstrzymane [NEWS]
- Legia gotowa na Lecha? | CZARNA ELKA
- Czech po transferze do Ekstraklasy: W Polsce wygląda to inaczej
Fot. Newspix
Artykuł Michalski: Zagłębie nie odpuściło. Walczymy o marzenia! [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com.