Zatrudnienie Bartosza Grzelaka w Cracovii może na pierwszy rzut oka wyglądać jak połaszenie się na „zagranicznego Polaka”, który akurat był wolny i który od dawna deklarował chęć pracy w swojej ojczyźnie. Ale gdy spojrzymy bliżej, zobaczymy, że to ruch, który – przynajmniej na papierze – naprawdę ma ręce i nogi. Grzelak nie pierwszy raz przejmuje klub w trudnym momencie i zwykle sprawnie potrafił zrobić w nim porządek. Pytanie tylko, czy liga, która żyje z chaosu, da się tak łatwo poskromić.
Jest 1 sierpnia 2020 roku, kiedy AIK Solna ogłasza, że nowym trenerem klubu zostanie Bartosz Grzelak. Dla urodzonego w Stargardzie Szczecińskim szkoleniowca to właściwie samodzielny debiut w tej roli. Kilka lat wcześniej prowadził co prawda IK Frej Taby, z którym nawet awansował do drugiej ligi, ale czym innym jest praca w klubie – bądź co bądź – lokalnym, a czym innym w szwedzkim potentacie.
Zwłaszcza, że AIK-owi po fatalnym początku zaczynał zaglądać w oczy spadek. A to trochę tak, jakby (ktoś potrafi sobie to wyobrazić?) w Ekstraklasie o utrzymanie nagle zaczęła walczyć Legia. 12-krotny mistrz Szwecji znalazł się ledwie trzy punkty nad kreską. Potrzebował twardego resetu.
Ale początki Grzelaka wcale nie były dobre. Najpierw bezbramkowo zremisował z Kalmar FF, później przegrał trzy kolejne mecze. W ośmiu pierwszych spotkaniach wygrał tylko raz. Nagle okazało się, że do końca zostało tylko dziesięć kolejek, a AIK zamiast oddalać się od strefy spadkowej, niebezpiecznie się do niej przybliża.
Przewaga nad strefą barażową wynosiła tylko jeden punkt. Media już spekulowały o trenerach, którzy mogą zastąpić Grzelaka.
I wtedy zaskoczyło. AIK wygrał pięć kolejnych meczów, w połowie listopada miał serię dziesięciu meczów bez porażki. Grzelak poprawił głównie grę w defensywie. Siedem z tych spotkań ekipa z Solnej kończyła z czystym kontem, w dwóch innych straciła tylko po jednym golu. Zaryglowanie dostępu do własnej bramki stało się kluczem do utrzymania.
Następny sezon okazał się znakomity. AIK zakończył go na drugiej pozycji, mistrzostwo Szwecji przegrywając z Malmoe FF gorszym… bilansem bramek. Spektakularny sukces był o krok.
Bartosz Grzelak i polski kompleks futbolowego zbawiciela
To wtedy o Grzelaku zaczęło być głośno w polskich mediach. Wcześniej traktowany był trochę jako ciekawostka: o, zobaczcie, gość urodził się w Polsce, a teraz jest trenerem w Szwecji. Teraz narracja zmieniła się diametralnie: URODZONY W POLSCE TRENER ROBI FURORĘ W SZWECJI.
Mamy ten kompleks zagranicy w polskiej piłce, prawda?
Tam właśnie szukamy zbawców naszej reprezentacji. Zresztą czy bezpodstawnie? Bohaterem naszych często byli ci „obcy”: Olisadebe i Roger Guerreiro, cudotwórcą był wielki Leo Beenhakker. A „nasi” grali dla Niemców: Podolski i Klose strzelali przeciwko Polsce, karcili nas na Euro, zachwycali na mundialach.
To wszystko sprawiało, że rosło w nas przekonanie, że sukces możemy odnieść tylko dzięki tym, którzy piłkarsko wychowali się poza Polską. A najbardziej rosło we Franciszku Smudzie, który na Euro 2012 wystawił kadrę farbowanych lisów: z Boenischem, Obraniakiem, Matuszczykiem i Polanskim.
Zimny prysznic na mistrzostwach trochę nas orzeźwił, ale głęboko zakorzenionego kompleksu nie dało się wyleczyć do dziś. Zresztą to nie tak, że nie ma w nim też prawdy. Nawet jesienią czołowymi zawodnikami naszej kadry byli wychowani we Włoszech i Anglii Nicola Zalewski oraz Matty Cash. Wcześniej, przez lata środkiem pola dowodził „francuski” Grzegorz Krychowiak.
Nic więc dziwnego, że gdy tylko Grzelak osiągnął pierwszy sukces, dostał pytanie czy widziałby się w roli selekcjonera polskiej reprezentacji.
– Wyobraźmy sobie, że jest marzec 2022 roku, a do pana dzwoni prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezary Kulesza i proponuje natychmiastowe objęcie reprezentacji Polski tuż przed barażami o awans na mundial w Katarze. Jaka byłaby pańska odpowiedź? – pytał dziennikarz portalu polskapilka.pl.
– To bardzo hipotetyczne pytanie – uśmiechał się Grzelak, jakby ktoś właśnie próbował go wyciągnąć z rzeczywistości AIK i wrzucić w sam środek polskiego chaosu.. – Byłbym oczywiście bardzo dumny, że dostałem taką propozycję, ale jestem lojalny w stosunku do moich zawodników i przełożonych w AIK. Powiedziałbym po prostu, że przygotowuję się z drużyną do nowego sezonu w Szwecji.
Wkrótce AIK, po chwilowym kryzysie, podziękował jednak urodzonemu w Polsce trenerowi. Choć jego drużyna znajdowała się tuż za podium, do lidera traciła raptem sześć punktów.

Grzelak: Zawsze chciałem pracować w Polsce
Mimo że do pomysłu objęcia polskiej kadry Grzelak podchodził sceptycznie, już wówczas nie ukrywał, że w przyszłości chętnie popracowałby w naszym kraju.
– Zawsze chciałem pracować w Polsce – deklarował już w czerwcu 2021 roku, sześć miesięcy przed tym jak został wicemistrzem Szwecji.
Urodzony w Stargardzie Szczecińskim szkoleniowiec cały czas czuje się mocno związany z Polską. Płynnie mówi w naszym języku, po polsku codziennie rozmawia z rodzicami. Kibicuje obu reprezentacjom, choć fakt, że większość życia spędził w Szwecji sprawia, że ta zajmuje szczególne miejsce w jego sercu.
– Chodziłem do szwedzkiej szkoły, od małego przebywałem w tym systemie, kształciłem się tutaj także jako trener. To sprawia, że więcej we mnie jest Szweda, ale moi koledzy mówią, że mam również polską mentalność. Powiedziałbym, że rozkłada się to tak: 70% Szwed, 30% Polak – wspomina sam Grzelak.
Jak to w przypadku imigranckich rodzin: sprawy przynależności nigdy nie są czarno-białe. Tak było też w rodzinie Grzelaków, gdzie starszy syn Tomasz grał w młodzieżowych reprezentacji Polski. Bartosz reprezentował już Szwecję – w tym także w meczu przeciwko Polsce, na dodatek w Mławie, z której pochodzi matka nowego trenera Cracovii.
Praca w szwedzkiej młodzieżówce i na Węgrzech
Mimo gry dla szwedzkich młodzieżówek Grzelak kariery piłkarskiej nie zrobił i szybko poświęcił się roli trenera. Dobrze szło mu w lokalnym IK Frej, na tyle, że dostał angaż jako asystent trenera AIK-u.
Później w tej samej roli przeniósł się do Rolanda Nilssona, selekcjonera kadry U21. Tam pracował m.in. z Dejanem Kulusevskim i Viktorem Gyokeresem. Potem przyszedł udany etap w AIK-u, a następnie – trochę niespodziewanie – przeniósł się na Węgry.
Zwłaszcza, że w nowym klubie znów pojawiał się w roli strażaka. Gdy obejmował Fehervar, ten znajdował się w strefie spadkowej. Grzelakowi udało się go uratować, sezon skończył dwa punkty nad kreską. W kolejnym – tak jak z AIK-iem – zanotował progres. Fehervar zajął czwartą pozycję.
To sprawiło, że trenera zapragnął mieć u siebie chcący się odbudować Ujpest. Ale tutaj misja się nie powiodła. Szkoleniowiec rozstał się z klubem po niespełna roku pracy.
– Czasami człowiek zdaje sobie sprawę, że nie pasujecie do siebie – wtedy najlepiej jest być wobec siebie szczerym i podjąć kolejny krok we własnym kierunku – przekazał szwedzkim mediom Grzelak.
Trenera z kartą na ręku wymieniano wówczas jako potencjalnego trenera Legii Warszawa, łączono go też z innymi klubami Ekstraklasy.
– Byłem w kontakcie z polskimi klubami przez poprzednie lata. Na razie nic z tego nie wyszło. Ze względu na korzenie mam takie marzenie, że chciałbym kiedyś pracować w Polsce. A jak będzie? Nauczyłem się już, że w piłce nigdy nic nie jest w pełni wiadome – mówił wówczas sam Grzelak.

Cracovia, czyli kolejny pożar do ugaszenia
Teraz w końcu 47-latek się doczekał. I doczekaliśmy się też my, by sprawdzić Grzelaka w naszej Ekstraklasie i na własne oczy zobaczyć ile wart jest polsko-szwedzki trenerski diament.
A Cracovia znów bierze trenera, który z miejsca staje się – no, może nie licząc Mateusza Klicha – największą (przynajmniej medialnie) gwiazdą drużyny. Tak jak wcześniej Luka Elsner, jeszcze niedawno pracujący w Ligue 1, który początkowo notował z Pasami naprawdę świetne rezultaty. Ale nim sezon dobiegł końca, z klubem się pożegnał, a jego drużyna walczy o utrzymanie.
Czego zaś możemy spodziewać się na boisku? Wiele wskazuje na to, że nie czeka nas gwałtowna zmiana stylu gry Cracovii. Drużyny Grzelaka często grają pragmatyczny futbol, skupiony na skutecznej defensywie.
– Dla mnie defensywa jest bardzo ważna, ona daje stabilizację, ale daje tę stabilizację też posiadanie piłki – mówił na ten temat sam trener.
Charakterystykę gry jego drużyn często opisywano jako bezpośrednią, skupioną na dobrej organizacji między formacjami i upraszczaniu akcji. Choć Grzelak sam twierdzi, że chciałby mieć zespół który sprawnie operuje piłką i atakuje agresywnym pressingiem, ale nie zawsze kadra zespołu pozwala na takie podejście.
– W mojej filozofii chcę mieć drużynę, która dominuje, lubię jak piłkarze cały czas myślą, że każde podanie jest ważne, by dochodzić systematycznie do pozycji strzeleckich. Lubię grać bardzo agresywnym pressingiem, by odzyskać piłkę i cały czas dusić przeciwnika. Wolę grać wysokim pressingiem, ale czasem nie masz piłkarzy do takiej gry – twierdzi.
Na razie, przynajmniej do końca sezonu, czasu i miejsca na fajerwerki w Krakowie nie ma. Pasy z jedenastu ostatnich spotkań wygrało jedno i niebezpiecznie grawitują w stronę strefy spadkowej. Nad 16. w tabeli Arką Gdynia mają już tylko trzy punkty przewagi, zaliczając się do szerokiego grona drużyn klubu „37”. Tyle samo punktów co Cracovia na pięć kolejek przed końcem mają Radomiak, Legia Warszawa, Korona Kielce i Pogoń Szczecin.
Grzelak nie pierwszy już raz przejmuje zespół, który wymaga natychmiastowej poprawy wyników. Głupio, gdyby nie udało mu się go podnieść akurat tam, gdzie od dawna czeka się, by na własne oczy zobaczyć jego umiejętności.
CZYTAJ WIĘCEJ O CRACOVII NA WESZŁO:
- Grzelak: Chciałem klubu z wizją i fajnym projektem
- Trener Cracovii kompletuje sztab. Trener z Legii i stary znajomy
- Dwa lata Gambala w Cracovii. Mocne strzały przykryły wpadki
Fot. 400mm.pl
Artykuł Specjalista od trudnych przypadków. Grzelak wchodzi ugasić pożar pochodzi z serwisu weszlo.com.