Lech Poznań z pewnością nie rozgrywa sezonu idealnego. Nawet jeśli zakończy go z mistrzostwem Polski, nie wymaże to wielu słabych meczów w lidze, braku awansu do finału Pucharu Polski i pewnego niedosytu po ostatniej kampanii w europejskich pucharach. Mimo to kompletnie nie rozumiem głosów, że z Nielsem Frederiksenem należy się rozstać, niezależnie od tego czy obroni tytuł, czy nie.
Być może podejmuję walkę z opinią, z którą niespecjalnie trzeba walczyć. Scenariusz, w którym klub miałby nie chcieć kontynuować współpracy z trenerem po dwóch mistrzostwach z rzędu jest sam w sobie wystarczająco absurdalny, by nie wchodzić w dalsze dywagacje na ten temat. No ale skoro już ta dyskusja trwa, to trzeba postawić sprawę jasno: taki ruch byłby kompletną głupotą.
Niels Frederiksen zasłużył, by dalej prowadzić Lecha
Lech, na całe szczęście, nie zamierza go wykonywać. I przyznaje wprost: rozmowy trwają. Trener wtóruje: wszystkie opcje są na stole. Nie można wykluczyć, że rzeczywiście do zawarcia nowej umowy nie dojdzie, natomiast jeśli tak będzie, to nie dlatego, że Kolejorz nie widział sensu tej współpracy, tylko dlatego, że obie strony po prostu nie dogadają się na takie warunki, jakie by każdej z nich odpowiadały. Albo dlatego, że szkoleniowiec skorzysta z innej, ciekawszej propozycji.
Klub patrzy więc na sprawę inaczej niż część kibiców, która mówi: Duńczyka i tak trzeba pożegnać, nawet jeśli wygra mistrzostwo, bo zespół się z nim nie rozwija. To doprawdy ciekawa koncepcja, w której musielibyśmy uznać, że pierwsza od 33 lat obrona tytułu przez Lecha to objaw destrukcyjnej stagnacji czy też nawet uwstecznienia.
Mam wrażenie, że Frederiksen pada ofiarą tego, jak przekonująco Lech wyglądał w ubiegłym sezonie. A przecież trzeba pamiętać, że wtedy nie grał w Europie, zaś z Pucharu Polski wypisał się po pierwszym meczu. Miał cieplarniane warunki, by ciułać punkty w Ekstraklasie. Teraz zadanie było znacznie trudniejsze – gra w pucharach to dla polskich drużyn wyzwanie, które zawsze odbija się negatywnie na wynikach w lidze. Kolejorz gorszego punktowania nie uniknął, ale cel zrealizował – przez cały czas trzymał się blisko czołówki, wciąż pozostawał faworytem do tytułu.

Mam też wrażenie, że część kibiców Lecha jest owładnięta mitem o potędze jego kadry. Potencjał ofensywny zespołu niewątpliwie jest imponujący, lista nazwisk i wypisane przy nich kwoty na Transfermarkt robią wrażenie, ale dziwi mnie nieustannie ten paradoks, że gdy ci dobrzy piłkarze grają źle, to odpowiedzialność z ich barków spada w całości na trenera.
No bo jak to tak? Przecież ten piłkarz jest dobry. Skoro zagrał źle, to przecież nie jest winny on, tylko trener.
Swoją drogą, kolejny argument przeciw Frederiksenowi, na który się natknąłem i który uważam za absurdalny, to że nie rozwija piłkarzy. Przecież to za jego kadencji swój najlepszy sezon w Lechu rozegrał Afonso Sousa. Pokazał również, że potrafi wprowadzić do zespołu młodych – odważnie postawił na Gurgula, Kozubala i Mońkę, każdy z nich zrobił duży postęp. Nikt chyba nie stwierdzi też, że Duńczyk marnuje potencjał Alego Gholizadeha. Pablo Rodriguez początki miał z różnych powodów niemrawe, ale ostatecznie został wkomponowany w zespół tak, że dziś jest jednym z jego liderów.
Tak to już w piłce jest, że czasem dobry piłkarz zagra słabo. Gdy na początku rundy wiosennej zawodnicy pudłowali na potęgę w dogodnych sytuacjach to nie miałem wrażenia, że te mecze przegrał trener. Gdy jesienią Kolejorz skompromitował się w Lidze Konferencji z Lincolnem, winnym jednoznacznie został wskazany Frederiksen, który wystawił rezerwowy skład, a nie piłkarze, którzy przecież nawet w takim zestawieniu powinni byli sobie z tym rywalem gładko poradzić.
Tymczasem niektórzy przekonywali – czy to na początku wiosny, czy jeszcze jesienią – że trenera trzeba pożegnać z takim przekonaniem, jakby absolutnie każdy inny szkoleniowiec był gwarancją, że w meczu z Piastem Gliwice Rodriguez z trzech metrów kopnąłby piłkę do bramki zamiast nad nią.
– Chyba nikt nie byłby na tyle głupi, by mnie zwolnić – mówił Frederiksen w listopadzie, pytany, czy obawia się utraty posady. I miał rację. Tak samo mógłby odpowiedzieć, gdy niektórzy wzywali do zwolnienia go w lutym.

Trener Lecha pokazał, że potrafi wychodzić z kryzysów
Żeby było jasne: nie uważam, że Niels to duński Juergen Klopp. Nie twierdzę, że to trener bez wad, bo choćby to, jak w tym sezonie wygląda defensywa Lecha, musi w pewnym stopniu obciążać trenera (choć trzeba odnotować, że względem jesieni nastąpiła wyraźna poprawa). Natomiast jeśli obroni tytuł, to udowodni, że zwyczajnie dowozi. A tego właśnie w Lechu od lat brakowało. Powtarzania sukcesu, a nie wpadania w dołek tuż po nim.
Tak, jak zaznaczyłem we wstępie, oczywiście, że można mieć zastrzeżenia co do poszczególnych występów. Całościowo dwa lata Frederiksena w Lechu trudno jednak oceniać inaczej niż dobrze. W porównaniu z innymi trenerami, którzy w XXI wieku sięgali po tytuł mistrzowski – nawet lepiej niż dobrze. No bo jak to w ogóle wypada w zestawieniu z Jackiem Zielińskim, który po zdobyciu tytułu w 2010 roku pożegnał się z robotą w listopadzie, czy z pierwszą kadencją Macieja Skorży, któremu podziękowano już w październiku?
Widziałem, że w niektórych odezwała się ostatnio tęsknota za Johnem van den Bromem, który dostał mistrzowski zespół po Skorży w 2022 roku, po czym naprawdę dobrze połączył ligę z pucharami – dotarł do ćwierćfinału Ligi Konferencji, a w Ekstraklasie zajął trzecie miejsce (z Pucharu Polski odpadł w 1/16). Spotkałem się z opiniami, że z taką kadrą, jaką ma obecnie Frederiksen, van den Brom zrobiłby nie wiadomo jak świetne wyniki. Kto wie, być może, ale po pierwsze: nie mówmy, że Holender miał zespół jakichś totalnych przeciętniaków – byli tam już Pereiera, Milić i Ishak, a do tego choćby Rebocho czy Karlstroem, do dziś przez część kibiców nieodżałowany. Po drugie, w swoim drugim sezonie odpadł w eliminacjach do Ligi Konferencji ze Spartakiem Trnawa.
Przede wszystkim jednak van den Brom powinien być dziś przykładem tego, jak źle można wyjść na pochopnej decyzji o zmianie trenera. Jasne, prawdopodobieństwo, że Lech po raz drugi popełniłby tak wielki błąd, jak wtedy, gdy w połowie sezonu zastąpił Holendra Mariuszem Rumakiem jest znikome, ale wciąż – zmiana potrafi być bardziej destrukcyjna niż czekanie na przetrwanie chwilowego kryzysu. A Frederiksen jak na razie pokazuje, że z wychodzeniem z chwilowych kryzysów sobie radzi.

Za taki kryzys można całościowo uznać rundę jesienną, bo nawet jeśli Kolejorz nie wpadał w serie porażek, to nie wpadał też w serie zwycięstw i po prostu grał bardzo nierówno. Co jednak istotne to to, że mimo falującej formy nie wypisał się z gry na żadnym z trzech frontów. Wiosną wskoczył zaś na właściwe tory i jest w tej rundzie najlepiej punktującą drużyną w lidze.
Można też docenić, że Lech zrobił postęp pod kątem mentalnym. W poprzednim sezonie gdy pierwszy tracił gola, oznaczało to niemal pewną porażkę. Pod względem wyników osiąganych w meczach, w których musił gonić wynik, był najgorszym zespołem w lidze (zdobył w ten sposób cały jeden punkt). Teraz jest jednym z najlepszych (10 pkt w meczach, w których przeciwnik pierwszy wychodził na prowadzenie).
Jeśli Lech wyłoży się na finiszu (nie zakładam tego, ale to taki sezon, że wszystko może się zdarzyć), da to oczywiście jakieś podstawy, by w Duńczyka zwątpić. Ale znów, dla mnie to będą właśnie wątpliwości, a nie pełne przekonanie, że ten projekt z nim zmierza donikąd. Bo nawet gdyby Kolejorz ukończył ligę na, powiedzmy, trzecim miejscu, to wciąż zastanawiałbym się, czy jak na drugi sezon w klubie i pierwszy, w którym trzeba było grać na trzech frontach, nie byłby to wynik zasługujący na uznanie.

Jest natomiast inna spora wątpliwość i nie dotyczy ona bezpośrednio Frederiksena. Chodzi o to, w jaki sposób Lech uzupełni lukę po odchodzącym do Molde Sindre Tjelmelandzie. Norweski asystent odgrywa w sztabie Kolejorza niezwykle ważną rolę, więc kwestia znalezienia jego zastępcy wydaje się nie mniej istotna niż ta, czy Niels pozostanie głównym trenerem. Może zdarzyć się tak, że mając do wyboru kilka opcji Lech uzna, że lepiej zatrudnić nowego trenera, który przyjdzie do klubu ze swoim sztabem. Frederiksen zasługuje jednak na zaufanie, że z nowym asystentem będzie gotów stworzyć równie dobrze funkcjonujący zespół. Lub nawet lepszy, będącym bogatszym o dotychczasowe doświadczenia.
WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- Legia grała według planu. W ostatniej akcji wszystko poszło na marne
- Zagłębie z Radomiakiem to nie był mecz piłki nożnej
- Widzew po mękach lepszy od dziesięciu piłkarzy Bruk-Betu. Brawo!!!
Fot. Newspix
Artykuł Pożegnanie Frederiksena po obronie tytułu byłoby głupotą pochodzi z serwisu weszlo.com.