Lech Poznań, choć ma tego samego trenera, a latem bardziej wzmocnił się niż osłabił, jest nieco inną drużyną niż w ubiegłym sezonie. To, co rzuca się w oczy jako pierwsze to oczywiście jego znacznie słabsza postawa w defensywie – Kolejorz na jedenaście kolejek do końca ligi stracił już więcej goli niż przez całą minioną kampanię. W tych okolicznościach jest jednak coś, co może być dla kibiców pokrzepiające. Lech bowiem znalazł w sobie umiejętność odwracania wyników spotkań, z czym do niedawna kompletnie sobie nie radził.
W zeszłym sezonie gdy Lech tracił gola jako pierwszy, rywal mógł być spokojny, że dowiezie pozytywny rezultat. Łatka drużyny na dobrą pogodę, czyli takiej która jest skuteczna, dopóki nie musi odrabiać strat, przylgnęła do niego nie bez powodu – pod względem punktowania w meczach, w których musiał gonić wynik, Kolejorz wypadał najgorzej w całej Ekstraklasie. To dość zaskakujące, gdy mówimy o zespole, który ostatecznie sięgnął po tytuł.
Mistrzowski Lech umiał bić. Ale oddać niekoniecznie
Takie są jednak fakty. W sezonie 2024/25 Lech zaliczył sześć ligowych spotkań, w których to przeciwnik pierwszy wychodził na prowadzenie. Nie wygrał ani jednego z nich. Przegrał w Niepołomicach, Zabrzu, Gdańsku, Wrocławiu oraz z Rakowem w Poznaniu i tylko raz zremisował – z GKS-em w Katowicach, dopiero w przedostatniej kolejce.
Ten jeden jedyny punkcik zdobyty przez Kolejorza ze straconej pozycji był najsłabszym wynikiem w całej stawce. Drugi najgorszy należał ex aequo do GKS-u Katowice, Lechii Gdańsk i Śląska Wrocław, które w takich okolicznościach były w stanie wywalczyć po cztery oczka.
Łącznie w zeszłym sezonie Lech poniósł zaś siedem porażek po straceniu gola jako pierwszy, bo uwzględnić trzeba też Puchar Polski, gdzie utrata bramki z drugoligową Resovią zakończyła się sensacyjnym odpadnięciem z rozgrywek już w 1. rundzie. Być może właśnie to najbardziej obnażało pewien problem mentalny poznańskiej drużyny, że stracona bramka przy stanie 0:0 oznaczała niemal pewną klęskę, niezależnie od klasy rywala.

Zawodnicy Lecha Poznań w meczu z Resovią we wrześniu 2024 roku
Warto też zwrócić uwagę na to, jak Lech w takich sytuacjach reagował. W siedmiu wspomnianych spotkaniach (sześć ligowych i jedno pucharowe) tylko trzykrotnie był w stanie doprowadzić do choćby chwilowego wyrównania – z Górnikiem i Śląskiem trafił na 1:1, ale ostatecznie przegrał odpowiednio 1:2 i 1:3. Punkt wywalczony w Katowicach w końcówce sezonu jest więc pod tym względem jeszcze bardziej wyjątkowy, bo tam Lech stratę odrobił dwukrotnie (z 0:1 na 1:1 i z 1:2 na 2:2).
Miał jednak Kolejorz jedno spotkanie, które wygrał, mimo że rywal w nim prowadził. Sęk w tym, że to Lech strzelił w nim gola jako pierwszy. Chodzi o wyjazdowy mecz z Koroną w 10. kolejce, gdzie zespół Frederiksena prowadził 1:0, po czym musiał gonić wynik od stanu 1:2. I udało mu się to dzięki błyskowi Patrika Walemarka, który w tamtym meczu zaliczył hat-tricka.
W ubiegłym sezonie wejście Lecha w mecz można było więc uznać za absolutnie kluczowy czynnik dla losów rywalizacji. Każdy z nich to oczywiście inne okoliczności – warto wspomnieć choćby czerwoną kartkę w meczu z Puszczą, natomiast nie dało się ukryć, że Kolejorz z reguły nie miał recepty na rywali broniących korzystnego dla siebie rezultatu.

Czerwona kartka dla Michała Gurgula w meczu z Puszczą Niepołomice, listopad 2024 roku
Gdy nie dojeżdża defensywa, trzeba gonić
Obecny sezon to zupełnie inna historia, co teoretycznie powinno cieszyć drużynę jak i kibiców. W praktyce nie do końca tak jest. Kolejorzowi znacznie częściej udaje się odmienić losy meczów, które zaczynają się pomyślnie dla rywali, ale też znacznie częściej znajduje się w sytuacji, gdy musi to robić.
Same podstawowe statystyki mówią wiele o tym, dlaczego tak jest – Lech stracił atut w postaci jednej z najszczelniejszych defensyw ligi. Przed rokiem po 23. kolejce miał tylko 18 straconych goli, teraz ma ich prawie dwa razy więcej (34). W ofensywie ta różnica jest minimalna – wynosi trzy bramki na korzyść wyniku z poprzedniej kampanii.
W efekcie Lech po 23 meczach ma na koncie 38 punktów – to aż o dziewięć mniej niż miał w analogicznym momencie ubiegłego sezonu. Jednak gdyby nie umiejętność odwracania niekorzystnych wyników, byłoby jeszcze gorzej. Progres mentalny jaki zaliczyła drużyna jest więcej tutaj nie do przecenienia.
Do tej pory Kolejorz zanotował 10 spotkań, w których stracił gola jako pierwszy. Oznacza to, że średnio niemal w co drugim meczu (!) musiał gonić wynik. Jeśli punktowałby w nich zgodnie ze średnią z tego typu spotkań z ubiegłego sezonu, zdobyłby w nich, po zaokrągleniu, dwa oczka. Tymczasem wywalczył ich dziesięć.

Yannick Agnero w objęciach Joela Pereiry po zdobyciu gola na 4:3 w meczu z Rakowem
Najbardziej spektakularne odwrócenie wyniku to rzecz jasna ostatni mecz ligowy z Rakowem, w którym Lech gonił rywala dwukrotnie – przy stanie 0:1 i 1:2, by ostatecznie zwyciężyć 4:3. Drugi, wcale nie mniej efektowny powrót to 2. kolejka i mecz z Lechią w Gdańsku, gdzie podopieczni Frederiksena przegrywali 0:2, a wygrali 4:3.
W aż czterech meczach poznaniakom udało się natomiast doprowadzić przynajmniej do remisu – stało się tak w domowych meczach z Koroną, Jagiellonią, Pogonią i Motorem. W takiej samej liczbie meczów Lech straty nie odrobił – tak zdarzyło się w domowych spotkaniach z Cracovią, Zagłębiem i Lechią oraz na wyjeździe w Gliwicach. Tylko w dwóch ze wspomnianych przegranych meczów, z Zagłębiem i Lechią, Lech był w stanie na chwilę wyrównać, jednak spotkania przegrał – odpowiednio 1:2 i 1:3.
Ekipa Frederiksena znów miała też jeden mecz, w którym musiała gonić wynik, choć zaczęła od prowadzenia. To wyjazdowe spotkanie z Cracovią, gdzie Pasy po stracie gola wyszły na 2:1, a mecz ostatnie zakończył się remisem 2:2.
W pucharach mogło być lepiej
Ponieważ w ubiegłym sezonie Kolejorz nie grał w pucharach, spotkań w Europie nie uwzględniamy w porównaniu. Warto jednak o nich wspomnieć, bo i tam w wielu meczach to rywal otwierał wynik. Konkretnie miało to miejsce sześć razy i w połowie przypadków kończyło się porażką.
Niestety, w porównaniu do meczów, które porażkami się nie kończyły, ta przegrana połowa miała znacznie większą wagę. Lech nie był bowiem w stanie odwrócić wyniku w pierwszym meczu eliminacji do Ligi Mistrzów z Crveną Zvezdą (1:3), a następnie w eliminacjach do Ligi Europy z Genkiem (1:5). Obie te drużyny strzelały jako pierwsze również w rewanżach i tam już Lech w obu przypadkach zremisował. Przy wynikach z pierwszych meczów były to już jednak spotkania bez większych emocji.

Piłkarze i kibice Lecha po meczu z Lincoln Red Imps
Lech stracił też gola jako pierwszy w meczu fazy ligowej Ligi Konferencji z Lincoln Red Imps, który pozostaje największą kompromitacją poznańskiej drużyny w ostatnich latach. Zdecydowanie najcenniejszy był natomiast punkt wywalczony przy Bułgarskiej z Mainz, gdzie udało się wyjść z 0:1 na 1:1.
W tym miejscu trzeba też wspomnieć o przykładzie najnowszym, czyli środowym meczu z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski. Można by rzec, że Michal Gasparik chciał sprawdzić, czy na Lecha zadziałają stare sztuczki i po strzeleniu gola w Poznaniu jego drużyna całkowicie oddała inicjatywę rywalowi, skupiając się na rozbijaniu ataków. Opłaciło się. Kolejorz, nie licząc meczu z Lechią na początku rundy, zagrał bodaj najsłabsze spotkanie w tym roku i straty nie odrobił. Choć trzeba zaznaczyć, że wykorzystanie rzutu karnego przez Joela Pereirę i dalsza gra w przewadze jednego zawodnika mogłaby przynieść zupełnie inne rozstrzygnięcie.
Szczęście w nieszczęściu
Przyczyny konieczności odwracania wyników znamy – to głównie słabsza gra w defensywie. Natomiast szukając odpowiedzi na pytanie dlaczego Lech w takich okolicznościach radzi sobie lepiej, trzeba by wskazać na kwestię nastawienia mentalnego zawodników. Wskazują na to sami zawodnicy i trener.
– Na pewno czujemy, że zrobiliśmy progres pod tym względem – potwierdził obrońca Kolejorza, Michał Gurgul, którego zapytałem o to przed meczem z Górnikiem. – Ciężko powiedzieć, z czego do końca to wynika. Często to są po prostu takie chwile drużyny. W zeszłym sezonie rzeczywiście ciężko odrabiało nam się straty. Teraz czujemy się pewniej i jesteśmy w stanie odwracać wyniki i wygrywać takie spotkania.

Niels Frederiksen
Dla Nielsa Frederiksena taka sytuacja to szczęście w nieszczęściu. Trener wolałby, żeby jego zespół nie musiał tak często gonić wyniku. Docenia jednak, że zespół radzi sobie w takich okolicznościach lepiej niż w ubiegłym sezonie.
– Jeśli spojrzymy na naszą umiejętność odrabiania strat, to właściwie stało się to u nas normą. W tym sezonie zrobiliśmy to wiele razy. Wolelibyśmy, żeby przeciwnik nie strzelał jako pierwszy, ale tak się ostatnio zdarzało – przyznał trener Lecha. I pochwalił swoich piłkarzy za postawę.
– Myślę, że zawodnicy pokazali bardzo dobrą mentalność tym, że w wielu spotkaniach potrafili szybko wrócić do meczu. W spotkaniu z Rakowem wróciliśmy przy wyniku 0:1, potem wyszliśmy na prowadzenie, a gdy oni wyrównali na 3:3, znów byliśmy w stanie się odbić – zauważył Duńczyk.
– To bez wątpienia bardzo ważna cecha, którą powinna mieć drużyna. Oczywiście wolelibyśmy sami strzelać gole i nie musieć gonić rywala – podkreślił.
Z Górnikiem dogonić rywala akurat się nie udało.

Marcel Łubik broni karnego Joela Pereiry w ćwierćfinałowym meczu Lech Poznań – Górnik Zabrze
Ekstraklasa. Kto najlepiej odrabia straty?
Progres Lecha jest widoczny, pozostaje jeszcze pytanie, jak wygląda pod tym względem na tle ligi. Na podobnym etapie w poprzednim sezonie Kolejorz był jedyną drużyną w Ekstraklasie bez choćby punktu zdobytego w meczach, w których pierwszy tracił gola, a do końca sezonu ugrał w takich okolicznościach tylko jedno oczko. Dla porównania – najlepsze pod tym względem Cracovia i Radomiak potrafiły tak zdobyć odpowiednio 21 i 19 punktów.
Jak to wygląda obecnie? Na pewno widać korelację klasyfikacji drużyn goniących wynik z właściwą tabelą Ekstraklasy, w której różnice w tym sezonie są bardzo niewielkie. I tak jak w ubiegłym sezonie różnica pomiędzy drużyną, która najlepiej odrabiała straty a tą, która była w tym najmniej skuteczna wyniosła aż 20 punktów, tak po 23. kolejce obecnej kampanii jest to tylko siedem oczek.
Lech jest pod tym względem w gronie trzech najlepszych drużyn w stawce – 10 punktów w meczach, w których traciły gola jako pierwsze zdobyły też Lechia Gdańsk i Pogoń Szczecin. Te dwa zespoły także poczyniły więc znaczny postęp w porównaniu do poprzedniego sezonu (odpowiednio cztery i pięć punktów zdobytych po odrobieniu straty), przy czym zadowolona z tego prawdopodobnie jest tylko Lechia, którą przed sezonem typowano raczej do walki o utrzymanie, a obecnie bliżej jej do pucharów. Pogoń wolałaby pewnie, podobnie jak Lech, tracić mniej bramek i rzadziej musieć wykazywać się w ten sposób.

Kto w lidze punktuje najgorzej, gdy pierwszy traci gola?
Są też w Ekstraklasie zespoły, które przebyły przemianę w odwrotnym kierunku co Lech. Cracovia i Radomiak, w ubiegłym sezonie po stracie gola najgroźniejsze drużyny w lidze, teraz są na przeciwległym biegunie – wywalczyły w takich spotkaniach tylko po cztery punkty.
Legia pod wodzą Marka Papszuna już dwukrotnie wychodziła na remis w meczach, w których rywal strzelał jako pierwszy. Były szkoleniowiec Rakowa pod tym względem nie jest wcale lepszy od… Inakiego Astiza. Hiszpan podczas swojej krótkiej kadencji dzielił się punktami w takich okolicznościach trzykrotnie. W ubiegłym sezonie, gdy zespół prowadził Goncalo Feio, Legia była w stanie w ten sposób zdobyć 16 oczek.
Uwagę zwraca też Motor Lublin. Drużyna Mateusza Stolarskiego punktuje gorzej niż w ubiegłym sezonie i to po części właśnie dlatego, że gorzej radzi sobie z gonieniem wyniku. W ubiegłej kampanii mecze, w których zespół pierwszy trafił bramkę przyniosły finalnie Motorowi 13 punktów. W tym sezonie lublinianie zdobyli tak tylko cztery punkty.
Ktoś mógłby powiedzieć, że gorzej niż w ubiegłym sezonie radzą sobie pod presją też Korona i Raków – w sezonie 2024/25 ze spotkań, w których rywal trafiał jako pierwszy zespoły te wyciągnęły odpowiednio jedenaście i dziesięć oczek, a obecnie cztery i pięć. Wydaje się jednak, że skoro do końca rozgrywek pozostało jeszcze jedenaście kolejek, różnica ta może być ostatecznie mniej wyraźna.

WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- Dobrzycki a Wojciechowski? Styl zupełnie inny, efekty na razie podobne
- Lechia zadeptała Jagiellonię. Geniusz Kapicia
- Feio: Murawa w Radomiu to nasz kolejny przeciwnik
Fot. Newspix
Artykuł Lech nie umiał odrabiać strat. Teraz robi to najlepiej w lidze pochodzi z serwisu weszlo.com.