CO TO BYŁ ZA POŚCIG! Jagiellonio, jesteś zajebista. Miałaś tylko ładnie się pożegnać, a otarłaś się o awans. Nie wywalczyłaś go, przykro, ale chrzanić to. Wyrobiłaś dziś 200% normy. Jesteśmy z ciebie dumni. Dla takich meczów stworzono Ligę Konferencji.
Po pierwszym spotkaniu (0:3) nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwał od ciebie awansu, a jedynie fajnego meczu, ofensywnego, dobrego wrażenia na koniec, może zwycięstwa dla nabicia rankingu.
A ty byłaś o włos. O włos! Doprowadziłaś do dogrywki, w której już opadłaś z sił. Dałaś sobie wbić dwa gole, ale znów – chrzanić to. I tak jesteś znakomita.
Fiorentina – Jagiellonia 2:4. Wielki mecz Jagi!
Takim obrotem spraw pachniało już od pierwszych minut, podczas których nie mogliśmy odpędzić się od myśli „cholera, jaka szkoda, że u siebie nie dowieźli dobrego wyniku”. Jaga zaczęła z animuszem, ale odrobienie trzech bramek we Florencji? No nie, to nie mogło się przecież wydarzyć. Ale szybko okazało się, że Fiorentina pozwalała ekipie z Podlasia na tyle, co Radomiak w weekend. Ba, w zasadzie to nawet na więcej, bo do bramki Radomiaka nie chciało wpaść, a do włoskiej już tak, zupełnie jakby szczęście chciało oddać, co zabrało.
Pierwszy gol? Pomógł bramkarz, bo Mazurek kopnął prosto w niego, a później dobijał piłkę do pustaka.
Drugi? Tym razem golkipera przelobował rykoszet.
Trzeci? Czyste trafienie, Mazurek kopnął obok de Gei, przyklepując hat-tricka.
Może nie są to cztery gole przeciwko Realowi Madryt w wykonaniu Roberta Lewandowskiego, ale ten ikoniczny występ zostanie z Bartoszem Mazurkiem już na zawsze. W wieku dziewiętnastu lat przeszedł do historii polskiej piłki. Powtórzył wyczyn Arjomsa Rudnevsa, który w 2010 roku wsadził trzy bramki innej włoskiej ekipie – Juventusowi. Już do końca życia będzie pytany przez dziennikarzy o trzy gole strzelone sensacyjnie na stadionie we Florencji. Wielka sprawa. W jednym meczu Mazurek strzelił tyle goli, ile sprzedany za dziesięć milionów Oskar Pietuszewski… przez cały obecny sezon.
Ale – jakkolwiek to zabrzmi – to nie Mazurek był dzisiaj najważniejszym piłkarzem w Jadze. Kluczowy okazał się dla niej powrót Pululu i Romanczuka. Gdyby obaj zagrali w pierwszym spotkaniu, raczej nie skończyłoby się 0:3. Napastnikowi wystarczyły ledwie cztery minuty, by wypracować sobie setkę. I to musiał być gol. Obrońca włoskiej ekipy zaliczył tak pokraczną interwencję, że w pierwsze tempo byliśmy pewni, że Pululu musiał złamać przepisy. Ale nie, defensor po prostu skiksował po prostym, długim podaniu, piłkarz Jagi powinien lobować albo kopnąć przy słupku, ale stracił głowę mając tak dużo miejsca i postanowił strzelić w bramkarza.
To Pululu jednak miał kluczowe znaczenie przy wszystkich trzech bramkach. Przy pierwszej – modelowo zagrał na ścianę, uruchamiając z pierwszej piłki młodszego kolegę, przy drugiej – napędził całą akcję, przy trzeciej – znów rewelacyjnie się zastawił i wystawił na strzał. Oglądaliśmy absolutnie najlepszą wersję tego piłkarza, taką za więcej niż sześć milionów euro, jakie kiedyś życzył sobie za niego Łukasz Masłowski. Drugim najważniejszym zawodnikiem w Jadze był Taras Romaczuk, totalny szef w środku pola. Napędzał akcje, odbierał piłkę, przechwytywał, wszędzie był na czas, zagrażał po stałych fragmentach…
- Pululu.
- Romanczuk.
- Mazurek.
Tak byśmy to ułożyli.
Dogrywka załatwiła sprawę
Fiorentina była tak zaskoczona obrotem spraw, że w przerwie zmieniła… bramkarza. Na placu zameldował się de Gea, ogólnie Włosi zaczęli z ośmioma zmianami względem ostatniego meczu ligowego z Pisą i w trakcie drugiej połowy systematycznie wpuszczali gości z pierwszego garnituru. Do momentu gola na 0:3 był jeszcze groźny strzał głową Pululu czy świetna szansa Vitala po tym jak bramkarz źle wyszedł na przedpole i wypiąskował piłkę prosto w Imaza. Prosiło się o precyzyjnego loba, ale stoper wybrał wariant siłowy, w zasadzie nie wiadomo dlaczego (i przestrzelił).
Ten mecz miał taką aurę, jak powrót Lecha Poznań sprzed kilku lat, gdy po 1:4 u siebie wyszedł na 3:0 we Florencji. Tylko że Lech dał sobie później wbić dwa gole, a Jaga nagle zaczęła grać inaczej – rozważniej, wolniej, bezpieczniej. To trochę wykasowało meczowe emocje, ale z perspektywy polskiej ekipy to dobrze – Viola nie miała ani jednego momentu, gdy mogliśmy powiedzieć, że się na dobre rozpędziła. Atakowała, przeważała, choćby Kean miał świetną okazję w końcówce podstawowego czasu, ale nie oglądaliśmy żadnego oblężenia czy czegoś w tym stylu.
Sama Fiorentina też nabrała pokory. Nie szarżowała, by nie nadziać się na kontrę, jak na początku drugiej połowy, gdy po paru ofensywnych zrywach Jaga wcisnęła na trzy zero. W końcu Włosi wymęczyli dwa gole. Raz pomógł im Abramowicz (za krótkie wybicie), któremu już w pierwszej połowie zdarzyło się podpalić (po jego niecelnym podaniu groźnie strzelał Piccoli), przy drugiej Kean wykorzystał zamieszanie w szesnastce. Ale Jaga nie położyła się, Imaz kopnął na 4:2 – trochę był to strzał rozpaczy, de Gea kompromitująco wpuścił po rękach, ale przynajmniej mieliśmy emocje do ostatniego gwizdka.
Po takiej gonitwie puenta może być tylko jedna – pękamy z dumy!
AC Fiorentina – Jagiellonia Białystok 2:4 (0:2)
- 0:1 – Mazurek 23′
- 0:2 – Mazurek 45’+3
- 0:3 – Mazurek 49′
- 1:3 – Fagioli 107′
- 2:3 – Kean 114′
- 2:4 – Imaz 118′
WIĘCEJ O POLSKIEJ PIŁCE:
- Co za tępe łby. W 2026 roku nadal mamy konotację „Żydzi” i „gaz”
- Powroty do ligi i ofensywa Widzewa. Najciekawsze transfery zimy
- Odkrył prosty sposób na szacunek dla sędziów [ZOBACZ JAK]
Fot. Newspix.pl
Artykuł Jagiellonio, jesteś wielka! Pękamy z dumy! pochodzi z serwisu weszlo.com.