Lech jak już zaczął, to chyba nie przestanie. Chociaż… Podopieczni Nielsa Frederiksena tydzień temu wygrali pewnie w lidze. Potem równie pewnie wygrali w pucharach. A teraz przyjechali do Kielc i znowu zrobili swoje, w dodatku kolejny raz po dobrej grze i widocznej przewadze. Trudno się czegoś czepiać, bo ponownie wszystko zadziałało tak, jak powinno. No dobra, można się uczepić straconego gola. I niepotrzebnych nerwów w drugiej połowie.
Choć boisko w niektórych miejscach wyglądało na niezbyt przystosowane do rozgrywania ataku pozycyjnego i w ogóle wymiany jakichkolwiek podań po ziemi, to nie będzie przesadą stwierdzenie, że piłkarze Kolejorza zdominowali pierwszą połowę w całkiem klasyczny sposób. Zabrali piłkę i już.
Korony przez długi czas nie było w tym meczu w ogóle. Potem się pojawiła, lecz punktów nie zgarnęła.
Korona – Lech 1:2. Dominacja pełną gębą, ale do przerwy
Pierwsza akcja bramkowa? Nieunikniony sukces, od przytomnego zagrania Jagiełły na wolne pole było już właściwie wiadomo, że sprawa jest przesądzona. Do piłki dopadł Bengtsson i nawet jego niezbyt wypieszczone zagranie do Gholizadeha nie mogło odwrócić losów tej akcji. Irańczyk wyszedł sam na sam z Dziekońskim, wykończył akcję, pokazał serduszko.
Prościzna.
Drugi gol? Poprzedzony odbitą przez Dziekońskiego bombą Ishaka, wisiał w powietrzu. W końcu piłkę wpakował do siatki Milić, ale gdyby znalazła drogę do bramki kilka sekund wcześniej, krzywdy by nie było.
W pierwszej połowie Lech zagrał prawdziwy koncert, można było tylko cmokać z zachwytu nad dyspozycją gości. Ale to była pierwsza połowa – w drugiej maszyna Frederiksena zaczęła trzeszczeć.
𝐆𝐎𝐋 𝐃𝐎 𝐒𝐙𝐀𝐓𝐍𝐈!
Antonio Milić najlepiej odnalazł się w polu karnym Korony i podwyższył prowadzenie Kolejorza!
Transmisja: https://t.co/Khg2yEWhJW pic.twitter.com/3O86w33RV7
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 22, 2026
Owe trzaski wykorzystał Stępiński, który do bramki trafił nawet dwa razy. Raz ze spalonego, okej, ale jego aktywność mogła zaniepokoić nawet najbardziej optymistycznych kibiców Lecha. Ten wyszedł z szatni mniej nabuzowany, nie wyglądał na drużynę, która zaraz będzie pakować kolejne gole i dopełni dzieła zniszczenia. Nie nie – po przerwie chyba tylko jeden strzał, gra zupełnie nieprzypominająca tej z początku.
I nerwy, nerwy do końca, bo trudno było być przekonanym, że nie przytrafi się jakiś bzdurny błąd, który będzie kosztował Kolejorza punkty.
Korona łapie kontakt po golu Mariusza Stępińskiego!
Będziemy mieli jeszcze sporo emocji w Kielcach!
Transmisja: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/iKGdECRViw
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 22, 2026
Były dziś solidne zadatki na kolejny mecz zdominowany przez Lecha i pewne zwycięstwo ekipy z Poznania. A wyszło trochę mniej przekonująco – wynik jest okej, punkty jadą do Wielkopolski, ale efekty specjalne z pierwszych czterdziestu pięciu minut zatarły się kolejnymi czterdziestoma pięcioma. A gdyby w doliczonym czasie gry piłka lepiej siadła Długoszowi czy Stępińskiemu…
CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- Fajnie, Widzew ściąga Kapuadiego. Tylko po co?
- Papszun: Pomogłem drużynie wygrać mecz. Oby częściej takie decyzje
- Legia oddała sześć strzałów, ale wygrała. Koniec żenującej serii
- Legia ma nowy sposób na kryzys. Nietypowe metody
Fot. Newspix
Artykuł Lech podominował i… spuścił z tonu. Zwycięstwo jednak dowiózł pochodzi z serwisu weszlo.com.
Antonio Milić najlepiej odnalazł się w polu karnym Korony i podwyższył prowadzenie Kolejorza! 
Transmisja: 
