Legię Warszawa dzieliło jakieś 120 sekund od tego, żeby wejść do eliminacji Ligi Konferencji w sezonie, który przez długi czas był naznaczony beznadzieją. Ostatecznie się to nie udało, Marcel Wędrychowski strzelił gola bramka… napastnikowi Pogoni Szczecin stojącemu między słupkami i to GKS Katowice dziś świętuje. Nie zmienia to faktu, że Marek Papszun kolejny raz obronił się swoją pracą.
Wielu było zdziwionych, że znalazł się on w gronie pięciu najlepszych trenerów tego sezonu wybranych przez kapitułę Ekstraklasy, ale chyba tylko dlatego, że umknął im ogląd całości ze względu na dwa miejsca pracy 51-latka.
Marek Papszun udowodnił, że praca w dużym klubie go nie przerasta
Nawet z perspektywy czasu można mieć sporo zastrzeżeń do stylu, w jakim trener rozstawał się z Rakowem Częstochowa, ale swoje obowiązki wypełniał należycie do samego końca. Jesienią Medaliki wpadły w kilka turbulencji, na koniec jednak wyszły z opresji obronną ręką. Przełomem była druga połowa z Lechem Poznań, który przy prowadzeniu 2:0 stracił wykluczonego przez sędziego Luisa Palmę za bezmyślny faul na Zoranie Arseniciu. Raków się podniósł, wyrównał i mentalnie wrócił do gry. A bardzo możliwe, że gdyby z Kolejorzem nie nastąpiło odbicie (drużyna miałaby siedem punktów po ośmiu kolejkach), Papszun zostałby po tym meczu zwolniony.
Wtedy się uratował, a po kilku miesiącach już samemu chciał się ewakuować. Mimo to sportowo nie zostawił spalonej ziemi. Klub spod Jasnej Góry kończył rok w czołowej ósemce Ligi Konferencji, z zaledwie trzema punktami straty do lidera w Ekstraklasie i dalszą grą w Pucharze Polski. Wszystko się zgadzało.
W Legii z kolei nie zgadzało się nic. Papszun przychodził do drużyny, która w Lidze Konferencji potrafiła przegrać nawet z FC Noah i odpadła z rozgrywek, w Ekstraklasie znajdowała się natomiast na dnie tabeli razem z Termaliką.

Bieda transferowa zimą
Z transferów dostał tylko wyjściowo rezerwowego bramkarza Otto Hindricha i pozyskanego z braku laku już po rozpoczęciu wiosennej rywalizacji Rafała Adamskiego z pierwszoligowej Pogoni Grodzisk Mazowiecki. A nawet z wyciągnięciem napastnika od skromnego pierwszoligowca były problemy.
Początki nowego szkoleniowca okazały się więcej niż trudne. Najpierw dość pechowo przegrał u siebie z Koroną Kielce (Mileta Rajović zmarnował rzut karny i dobitkę), potem cudem uzyskał remis w Gdyni (dwa gola Antonio Colaka w doliczonym czasie), a w następnym tygodniu zdołał zremisować w Katowicach. Legia w tym momencie pobiła swój niechlubny rekord w liczbie kolejnych meczów bez ligowego zwycięstwa. Było ich już aż 12. Papszun do tego „osiągnięcia” przyłożył rękę tylko w niewielkim stopniu, ale skoro był teraz trenerem, on świecił twarzą.
Czas jednak działał na jego korzyść. W czwartym wiosennym spotkaniu Legia rzutem na taśmę pokonała Wisłę Płock i coś ruszyło. W Białymstoku Jagiellonia przez prawie całą pierwszą połowę bezlitośnie tłamsiła Wojskowych, lecz skończyło się na remisie 2:2. Kolejna mała cegiełka do budowania mocno nadwątlonej pewności siebie została dołożona.
Trzecie miejsce w tabeli wiosny
Od inauguracyjnego 1:2 z Koroną stołeczna ekipa przegrała już tylko w Poznaniu z Lechem, gdzie sprawa rozstrzygnęła się do przerwy. Po dyskusyjnej czerwonej kartce dla Rafała Augustyniaka gospodarze wbili trzy kolejne gole i stało się jasne, że przy wyniku 4:0 piłkarze Papszuna mogą już tylko myśleć o uniknięciu całkowitej kompromitacji. To się udało, po zmianie stron kolejnych bramek nie stracili.
Mimo poprawy wyników położenie Legii w tabeli ciągle było niekomfortowe. Gdyby w 31. kolejce potknęła się z Widzewem, wylądowałaby znów w strefie spadkowej i kto wie, czy zdołałaby się wygrzebać. Wygrała jednak w ostatniej akcji i w ciągu kilku tygodni z zespołu poważnie zagrożonego degradacją przeistoczyła się w kandydata do europejskich pucharów. Ba, podczas multiligi była w nich do 98. minuty meczu w Szczecinie. Trudno o lepsze zobrazowanie, o jak szalonym sezonie mówimy.
Przyznacie, że puchary dla Legii to już chyba byłaby przesada, nawet w takich okolicznościach. Co nie zmienia faktu, że im dalej w las, tym więcej było argumentów za słusznością zatrudnienia Papszuna przy Łazienkowskiej.
W tegorocznej tabeli Ekstraklasy Wojskowi są na trzecim miejscu w tabeli, mając tyle samo punktów co drugi GKS Katowice, za to jeden mecz rozegrany mniej.

źródło: 90minut.pl
Dyskusja o młodzieży i Rajoviciu
W zasadzie nic więcej nie trzeba byłoby dodawać, ale ostatnie spotkanie z Motorem pokazało również, że w sprzyjających okolicznościach Legia Papszuna jest w stanie połączyć wynik z efektowną grą. U tego trenera nakładanie się tych elementów nigdy nie będzie oczywiste, taką już ma filozofię piłki. Zdarzały się tu chwile wielkiej słabości, druga połowa w Niecieczy to był jakiś żart. W kwestiach wizualnych nigdy między nami – obserwatorami – a trenerem nie będzie pełnego porozumienia. Jeszcze nie raz i nie dwa do czegoś w tym aspekcie się doczepimy. To pewne. W klubie z takimi oczekiwaniami od czasu do czasu trzeba też jednak zapewnić trochę fajerwerków. Jak widać, wciąż jest to możliwe.
Marek Papszun udowodnił, że potrafi sobie radzić w różnych okolicznościach i stosować rozwiązania odpowiednie dla potrzeby chwili. Gdy pojawił się problem z kontuzjowanym Rubenem Vinagre, odkurzył Patryka Kuna i wyszło nieźle. Szybko odstawił na ławkę Kacpra Tobiasza i nie żałował. Otto Hindrich wydatnie pomagał drużynie w ostatnich tygodniach. Nadspodziewanie dobrze do Legii wprowadził się Rafał Adamski. Jego stosunek ceny do jakości (4 gole i 2 asysty) był wręcz wybitny.

Oczywiście nie wszystko złoto, co papszunowe. Były też rzeczy do dyskusji i polemiki. Papszun dopiero co mówił na jednej z konferencji w temacie młodych piłkarzy: – Łatwo jest powiedzieć, żebym wstawił jednego czy drugiego. Ale to ja ich widzę na co dzień i wiem, na co ich stać. Tak wygląda sport profesjonalny. To tak, jakby wpuścić dzieciaka do ringu i kazać mu walczyć chociażby z Arkiem Wrzoskiem: „Masz i sobie radź”.
Cóż, można byłoby skontrować, że raczej nie jest większym ryzykiem wystawianie jakiegoś żółtodzioba od ciągłego upierania się na grę Rajoviciem w ataku. W ostatnich meczach Duńczyk odgrywał już marginalną rolę i nie sposób stwierdzić, żeby drużyna była przez to stratna. A sam trener zaraz po tej wypowiedzi wystawiał od początku z Lechią i Motorem Jakuba Żewłakowa z Janem Leszczyńskim. Z co najmniej przyzwoitym skutkiem.
W każdym razie Papszun udowodnił, że nadaje się do tej roboty w klubie ze znacznie większą presją i oczekiwaniami niż Raków. Nieobciążona pucharami Legia w przyszłym sezonie pod wodzą takiego warsztatowca jest w stanie namieszać w Ekstraklasie. Dla 51-letniego trenera może to być w pewnym sensie powrót do korzeni. Wygląda na to, że wielu obcokrajowców odejdzie, w przeważającej większości zostaną Polacy i będzie można rzeźbić. Mozolnie, z ograniczonym polem manewru, ale prawdopodobnie z ciągłym rozwojem.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. FotoPyK/Newspix
Artykuł Legia bez pucharów, ale Papszun i tak jest wygrany pochodzi z serwisu weszlo.com.