Marek Papszun zewsząd jest krytykowany za jawne romansowanie z Legią Warszawa i trudno się dziwić. Argumentów za potępieniem sposobu prowadzenia tej sprawy mamy całe multum, chyba wszyscy doskonale je znacie. Na chwilę jednak postaram się wejść w skórę trenera Rakowa i przynajmniej spróbować zrozumieć motywy jego działania.
Bo skoro decyduje się na tak radykalne kroki, pokazujące, że jest naprawdę zdeterminowany do zmiany otoczenia, musi być w pełni przekonany do swoich racji.
Od początku miałem pewne podejrzenia i przeczucia, ale nie chcąc bazować tylko na nich, zasięgnąłem zakulisowo języka w źródłach, które znają realia funkcjonowania Rakowa Częstochowa.
Jakie argumenty bronią postępowania Marka Papszuna?
Obraz z tego wyłania się następujący: jest niemalże pewne, że Marek Papszun miał dżentelmeńską umowę z Michałem Świerczewskim, że w razie czego umożliwi mu się odejście nie tylko do reprezentacji Polski lub klubu zagranicznego. Te dwie ostatnie kwestie zapisano na papierze, reszta dotyczyła słownych obietnic. A skoro teraz właściciel Medalików nie zamierza się jej trzymać, trener poczuł się zawiedziony i wytoczył najcięższe działa w postaci jasnej, rozwiewającej wszelkie wątpliwości deklaracji, że Legia go chce, a on chce do Legii.
Oczywiście argumentem po stronie Świerczewskiego jest moment, w którym pojawił się ten temat. Nigdy nie ma dobrej chwili na takie rozstania, ale ta jest wyjątkowo niefortunna. Legia i Raków finiszują z rundą jesienną, walcząc o podobne cele w Ekstraklasie i Lidze Konferencji. Mecze z końcówki roku w znacznej mierze ustawią tym klubom całą wiosnę. Nic dziwnego, że każda ze stron twardo obstaje przy swoim. Skoro jednak mówimy o perspektywie Papszuna, być może poczuł się oszukany przez swojego szefa, mimo całej niefortunności z terminem.
Jakby nie było, to nie trener Rakowa decydował, kiedy w stolicy zwolnią Edwarda Iordanescu i rozpoczną poszukiwania nowego szkoleniowca. Na to nie miał najmniejszego wpływu. Stało się to właśnie teraz, a słowo wcześniej się rzekło, zatem proszę się tego trzymać.

Osoba greckiego agenta Papszuna
Nurtowało mnie jednak, skąd nagle w Legii Warszawa pojawił się pomysł z wyciągnięciem Marka Papszuna z Częstochowy, gdy bitwa o wyniki toczy się na noże. Przecież, patrząc bez emocji, to nie miałoby żadnych szans powodzenia, nawet głupio byłoby pytać.
Na zdrowy rozum trudno zakładać, żeby to sama Legia zainicjowała temat. Coś ją musiało ku temu popchnąć. I tutaj pojawia się Christos Dimitriadis. Musimy pamiętać, że agentem Papszuna od pewnego czasu jest właśnie Grek mieszkający na co dzień w Hiszpanii. On niekoniecznie zna tak dobrze wszystkie konteksty i niuanse między Legią, Rakowem a Papszunem.
Całkiem prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym to Dimitriadis jako pierwszy odezwał się do Dariusza Mioduskiego, zapewniając go o nieformalnej obietnicy Świerczewskiego względem Papszuna i chęci jego klienta do przenosin na Łazienkowską. Musiał go przekonać, że całą operację da się przeprowadzić dość sprawnie. Inaczej – nawet mimo długiej listy zarzutów pod adresem właściciela Legii – nie potrafię sobie wyobrazić, że Mioduski w ciemno idzie po Papszuna, narażając się na gigantyczną śmieszność. A w nią już dziś popadł. Każdy kolejny tydzień bez docelowego następcy niewyspanego Ediego jest pogłębiającą się kompromitacją stołecznego klubu.
Idąc dalej tokiem myślenia trenera Rakowa – miał prawo być coraz bardziej sfrustrowany pozaboiskową stagnacją klubu. Drużyna ciągle gra na przestarzałym obiekcie koło pętli tramwajowej i nie ma żadnych realnych widoków na rychłą zmianę tej sytuacji. Jeszcze gorzej, że sportowy rozwój Rakowa nie idzie w parze z szeroko pojętym zapleczem i infrastrukturą treningową. Coraz lepsi piłkarze nadal pracują w często chałupniczych warunkach, mogących wzbudzać uczucie politowania, gdy spojrzy się na bazy treningowe wielu innych klubów Ekstraklasy. Ten aspekt mógł wkurzać Papszuna nawet bardziej niż sam stadion.

Dobijanie do sufitu
W związku z tym szkoleniowiec Medalików ma prawo żywić przekonanie, że z Rakowem powoli dobija do sufitu, którego nie uda się przebić. Od dawna też doskwierała mu potrzeba trafienia do środowiska bardziej wymagającego jeśli chodzi o otoczkę, kibiców, presję i tak dalej. Legia, mimo że kolejny sezon spisuje na straty w kontekście mistrzostwa, w tych sprawach gwarantuje najwyższe wymagania w Polsce.
No i na koniec warto pamiętać, że powiedzenie „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” jest jednym z najtrafniejszych, jakie wymyślono. Bardzo łatwo nam jednoznacznie kogoś skrytykować, gdy jesteśmy jedynie obserwatorami i sami nie mamy podobnych rozterek. Marek Papszun już raz chciał odejść do Legii i zostało to storpedowane. Teraz, przy drugim podejściu, temat również się oddala, a trener zapewne doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli ma w przyszłości zostać selekcjonerem reprezentacji Polski lub trafić do ciekawego klubu zagranicznego, bezpośrednio z Rakowa może być to niezwykle trudne. Przecież nawet zdobycie mistrzostwa kraju w Częstochowie nie sprawiło, że dostał pracę w Europie na miarę jego ambicji, mimo usilnych prób. Dopiero sprawdzenie się w takim miejscu jak Legia mogłoby otworzyć mu więcej furtek.
Mamy więc do czynienia z typową walką o swój interes. Wtedy wszelkie sentymenty potrafią zejść na bok, nawet jeśli wszystkim wokół się to nie podoba. Tak samo postępuje Michał Świerczewski, który jako człowiek sukcesu w biznesie musi mieć mocny charakter i dużą sprawczość. Tutaj odwrotu już nie ma, sprawy zaszły za daleko. Żadna ze stron nie ustąpi. Niewiadomą pozostaje tylko, co pozostanie w Częstochowie i Warszawie po tej próbie sił.
CZYTAJ WIĘCEJ O PAPSZUNIE I LEGII:
- Papszun: W ogóle nie czuję się nieetyczny. Mam duże wartości
- Jaki bonus od Legii miał otrzymać Raków za Papszuna? Absurdalny…
- Papszun chce do Legii. Czy to zdrada Rakowa? [KOMENTARZ]
- Stanowski ocenił zachowanie Papszuna. „Odczuwam niesmak”
Fot. Newspix
Artykuł Próbując zrozumieć punkt widzenia Marka Papszuna [KOMENTARZ] pochodzi z serwisu weszlo.com.