TOPLIGA

Warszawski thriller dla Orłów

15/04/2018 | Jakub Kaczmarek Biuro Prasowe PLFA

W rozegranym w sobotę14 kwietnia, meczu trzeciej kolejki Topligi, Warsaw Eagles odnieśli swoje 16. z rzędu zwycięstwo nad Kozłami Poznań. Tym samym stali się samodzielnymi liderami Grupy Północnej Topligi.

15 razy – tylokrotnie Warsaw Eagles mierzyli się i jednocześnie pokonywali Kozły Poznań w historii rozgrywek Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego. Tym razem miało być inaczej, bo zawodnicy ze stolicy Wielkopolski wyruszali do stolicy z większą pewnością siebie, świadomi własnych umiejętności. Jeszcze przed meczem trener główny, Damian Łuc, z dużą dozą optymizmu patrzył na zbliżającą się rywalizację. Za największy atut uważał posiadaną wiedzę na temat poszczególnych zawodników, z którymi miał okazję mierzyć się lub wspólnie trenować w przeszłości, dzięki czemu znał ich przyzwyczajenia i zachowania na boisku. Zarówno on, jak i Jakub Kłoskowski (koordynator ofensywy) reprezentowali barwy Orłów w sezonie 2015. Nie mniej, w ich składzie zabrakło kilku ważnych nazwisk. Na spotkanie trzeciej kolejki nie pojechali: Wojciech Perz, Gamou Fall, Maciej Rzepecki, Piotr Skrzyniarz, Łukasz Falkowski, Krzysztof Fludra, Aleksander Wysocki i Sebastian Wojtkowski. Dodatkowo, choć obecny przy linii bocznej i zgłoszony do formularza meczowego, Patryk Barczak wraz ze swoimi trenerami postanowili oszczędzić jego zdrowie i siły, wystawiając na placu boju Gunthera Krotscha. Rozgrywającego, który czyni duże postępy, mający doświadczenie zza Oceanu, ale nadal odznaczający się brakiem regularności w swoich zagraniach. Poznanianie grali nie tylko o wygraną i pozycję lidera grupy północnej. Swój mecz, jak każdy inny w tym sezonie, dedykowali Bartoszowi Trawińskiemu – wiernemu wychowankowi klubu, który zmaga się z nowotworem. Z tego też względu, trener Damian Łuc, grał z jego numerem na plecach - #88.

Natomiast gospodarze przystępowali do meczu bez większych strat. Jedyną był brak najlepszego ofensywnego liniowego w meczu z Husarią Szczecin – Marka Włodarczyka, którego wykluczyło przeziębienie. Niepokojący był również uraz Christophera Jeffrey’a, który w pierwszej kolejce nabawił się urazu kostki i do ostatniej chwili jego status był niepewny.

Od początku spotkania najbardziej w oczy rzucała się dobra postawa pierwszej linii obrony po obu stronach. Zarówno gospodarze byli gotowi na zatrzymywanie biegów Antoniego Idziaka, który tym razem dzielił obowiązki z Emilio Dangote. Jak również przyjezdni na próby ataków ze strony australijskiego biegacza, Jacka Martona. Wynikiem tego były aż dwa fumble po stronie poznanian. Wpierw, już w pierwszych swoich akcjach źle zaasekurował piłkę Idziak, a w drugiej kwarcie błąd popełnił Dangote. O ile na drugiego podziałało to motywująco, to MVP ze spotkania z Monarchs wyraźnie przygasiło.

Pierwsze przyłożenie padło po bardzo udanej serii ofensywnej Orłów, w której wyraźnie nabrali wiatru w żagle. Do tego momentu mieli problemy z regularnym przesuwaniem znacznika, dzięki dobrze dysponowanej linii defensywnej Kozłów, która zdołała sackować amerykańskiego rozgrywającego. Jednakże jedne podanie z jego strony, błąd w koncentracji i niepotrzebne flagi przeciwko gościom, przybliżyło ich do piątego jarda przed polem przyłożeń. Z tego komfortowego położenia nie mógł nie skorzystać Jack Marton, który zdołał obiec linię wznowienia akcji i uciec podążającymi za nim obrońcom. Niestety, próba podwyższenia Piotra Pamulaka okazała się nieudana (futbolówka trafiła w słupek). Na odpowiedź gości nie trzeba było długo czekać. Krotsch, który charakteryzuje się silnym ramieniem i celnością w dalekich podaniach, starał się w sobotnie popołudnie częściej angażować swoich skrzydłowych (znając słabości w kryciu korpusu cornerbacków z Warszawy). Z pomocą Mateusza Patalasa udała mu się ta sztuka jeszcze w pierwszej kwarcie, kiedy to 22-letni skrzydłowy znalazł się za plecami swojego obrońcy, pewnie złapał piłkę i pomknął 45 jardów do strefy końcowej boiska. Jednakże zespołowi ze stolicy Wielkopolski nie udało się objąć prowadzenia, gdyż piłka kopnięta przez Wojciecha Szymańskiego, po raz drugi w tym pojedynku, zatrzymała się na słupie bramki.

Druga kwarta, to kontynuacja futbolowych szachów po obu stronach i stabilna forma formacji defensywnych. Christopher Jeffrey nie potrafił znaleźć recepty na dobre krycie obrony, niejednokrotnie mając pretensje do swoich skrzydłowych, że nie potrafią się spod niego uwolnić. Z problemami borykał się również Marton, który choć starał się zmylić rywali nie potrafił ugrać więcej niż 2-3 jardy. Młody rozgrywający z Poznania również miał problemy z regularnością i celnością swoich podań. Większość jego piłek było delikatnie zbyt mocnych lub słabych, choć w niektórych sytuacjach wina leżała po stronie odbierających, którzy mieli futbolówkę na rękach.

Niemoc w przetrzebieniu szyków obronnych przełamała… formacja defensywna. Dokładniej Jakub Sowa, który przechwycił podanie Jeffrey’a i ustawił piłkę na mniej niż 5 jardów przed końcową linią. Przewinienie ze strony jednego z warszawskich cornerbacków jeszcze bardziej przybliżyło atak z województwa Wielkopolskiego, czego nie można już było zmarnować. Mocnym biegiem przez środek, punkty dla swojej ekipy zdobył Emilio Dangote, który prezentował się znacznie lepiej od podstawowego biegacza. Natomiast kopacze nadal pozostawali bezskuteczni – w swojej drugiej próbie podwyższenia Szymański został zablokowany.

Orły zdążyły jeszcze odpowiedzieć przed zakończeniem drugiej kwarty i znów za sprawą Martona. Akcja bliźniaczo podobna do tej z pierwszej kwarty, lecz tym razem po przeciwnej stronie boiska i bardziej efektowna. O ile ekipa z Poznania nie miała problemów przy biegach w środkową część boiska, o tyle miała problem z nadążeniem za akcją wzdłuż linii wznowienia akcji. Australijczyk miał wystarczająco miejsca, aby się rozpędzić i wówczas był nie do zatrzymania. 20-jardowy bieg i udane podwyższenie kopacza sprawiło, że gospodarze odzyskali prowadzenie.

Jeszcze przed przerwą, kibice zebrani przy ul. Obrońców Tobruku zamarli w bezruchu. Choć Christopher Jeffrey kilka razy był uderzany przez obrońców, to nie miało to większych konsekwencji, biorąc pod uwagę jego kłopoty z kostką. Jak się okazało, nie na długo. Przy dość przypadkowym incydencie w okolicach linii wznowienia akcji, na jego nogę spadł jeden z zawodników gości, co sprawiło rozgrywającemu niesamowity ból. Kontynuowanie gry nie wchodziło w grę, a sam gracz zszedł do szatni z pomocą kolegów z drużyny. W jego miejsce wszedł Tadeusz Bellaby.

Młody rozgrywający przez drugą część meczu był mało skuteczny przy próbach podań, więc duża część

Jesteśmy jeszcze bardziej zmotywowani, żeby wyjść na Husarie w bojowym nastawieniu,gdyż wiemy, że możemy zagrać naprawdę fajny, mocny i skuteczny futbol. Wyciągamy wnioski z błędów, zapominamy o tym meczu i gramy dalej.
Patryk Barczak, rozgrywający Kozłów Poznań

odpowiedzialności za kreowanie akcji spadła na Jacka Martona. Ten jednak nie miał łatwego zadania, bo niebiesko-biali dobrze odczytywali kierunki jego biegu. W trzeciej kwarcie spotkanie trochę straciło na dynamiczności, gdyż żadna z ofensyw nie potrafiła odnaleźć regularności i ciągu w swoich seriach. Mimo wszystko, Kozły zdołały wyjść ponownie na prowadzenie, po dość przypadkowej akcji. Atak prowadzony przez Gunthera Krotscha po raz pierwszy postanowił przeprowadzić akcję z dwoma biegaczami za plecami rozgrywającego, lecz ten źle odebrał futbolówkę spod nóg swojego centra. Kiedy wszyscy zawodnicy rzucili się, aby ją przechwycić, ta nagle znalazła się w rękach Emilio Dangote, który od razu uciekł do bocznej strefy boiska i wystarczył jeden skuteczny – ale jakże efektowny – blok jego kolegi z drużyny (Wojciech Szymański), aby po 43-jardowym biegu zdobyć przyłożenie.

Do końca pozostawało jednak jeszcze dużo czasu, bo cała czwarta kwarta. Obrona Orłów pozostawała nieugięta, Krotsch nie potrafił usystematyzować jakości swoich podań, podobnie jak nie pomagali mu w tym skrzydłowi.Za to lepiej zaczęły funkcjonować akcje biegowe gospodarzy, które choć nie były długie, to wystarczające, aby przesuwać znacznik w czterech próbach. Do tego doszły kary po stronie Kozłów, co w końcu pozwoliło znaleźć się na 20 jardzie przed polem punktowym. Niestety, podania egzekwowane przez Bellaby’ego były równie niedokładne co jego vis-a-vis, przez co po trzech kolejnych nieudanych próbach Kirk Mastromatteo postanowił wysłać w bój formację specjalną od field-goala. Przed szansą stanął Filip Twardowski, który zastąpił w tym elemencie Piotra Pamulaka i zadanie to wykonał perfekcyjnie. Do końca meczu pozostawało niewiele ponad siedem minut, a przewaga Kozłów zmalała do trzech punktów.

Dwie kolejne serie ofensywne obu zespołów nie przyniosły pożądanych efektów, ale kluczowy okazał się punt wykonywany przez Jacka Martona. Posłana przez niego piłka odbiła się na 15-jardzie połowy gości i przetoczyła się kolejne trzynaście. W tym momencie Mateusz Patalas zawahał się czy podnieść piłkę, która zmierzała do strefy końcowej, ale szybciej przy niej byli warszawianie, którzy ją zatrzymali i postawili przeciwników przed niemałą presją w ataku.

Pierwszy bieg Antoniego Idziaka został zneutralizowany, a kolejne podania rozgrywającego okazały się niecelne i na boisko musiał wejść Wojciech Szymański, aby odkopnąć piłkę jak najdalej od swojego pola. Presja ze strony liniowych Eagles sprawiła, że ten w ostatniej chwili wyprostował się przy kopnięciu, przez co piłka zamiast polecieć do przodu, to powędrowała w górę i spadła na 11 jardzie połowy Kozłów. Gospodarze wykorzystali swoją szansę w drugiej próbie, kiedy to Bellaby zamarkował oddanie piłki w ręce Martona, a ostatecznie sam wybiegł zza pleców swojej linii ofensywnej, co całkowicie zaskoczyło poznanian, którzy mogli tylko oglądać radość młodego rozgrywającego, całej drużyny i kibiców na trybunach, z przyłożenia.

Choć przyjezdnym pozostawało jeszcze trzy minuty na zegarze, to zdołali przesunąć się tylko na 45 jard połowy Eagles. Na boisku pojawił się nawet Patryk Barczak, który postanowił wykorzystać swoje doświadczenie, ale nic nie mógł poradzić, kiedy jego center posłał futbolówkę nad jego głową, przez co stracili 25 jardów i wszelkie nadzieje na ostateczne zwycięstwo.

Tym samym Warsaw Eagles odnieśli swoje drugie zwycięstwo w sezonie, pierwsze na własnym stadionie i szesnaste z rzędu nad najstarszą ekipą z Poznania. Dzięki temu stali się samodzielnymi liderami grupy północnej i są na dobrej drodze, aby wyrównać swój rekord z początku zeszłego sezonu, kiedy to zaczynali z bilansem 3-0. Okazja do tego już 22 kwietnia w Ząbkach. Natomiast Kozły, dzień wcześniej w Szczecinie, będą broniły drugiego miejsca przeciwko tamtejszej Husarii.

- Patrząc całościowo, to był dobry występ z naszej strony i na pewno lepszy niż w Szczecinie, choć w kluczowych momentach popełnialiśmy błędy, które kosztowały nas bardzo dużo. Zgodnie z przewidywaniami, Kozły grały bardzo fizycznie, konsekwentnie i sprawiali nam trudności. Na szczęście, to my wyszliśmy z tej batalii zwycięsko, co bardzo nas cieszy, ale już skupiamy się na następnym meczu. Pomimo kilku groźnie groźnie wyglądających sytuacji, żaden z urazów nie okazał się na tyle poważny, żeby wykluczyć naszych zawodników z całego sezonu i wciąż dysponujemy pełnym składem – mówi Krzysztof Stojak, tight end Warsaw Eagles.

- Eagels nie zaskoczyli nas raczej niczym, prócz tego, że nie są tą samą drużyną sprzed lat. Mimo to wygrali, główniepo naszych indywidualnych błędach, które odbiły się na całym meczu. Miały one miejsce w formacjach specjalnych i ataku(upuszczone podania przez skrzydłowych, brak uwalniania się spod krycia). Bardzo dobrze zagrała cała defensywa, która wywierała presje, przechwytywała i zbijała piłki. Jesteśmy jeszcze bardziej zmotywowani, żeby wyjść na Husarie w bojowym nastawieniu,gdyż wiemy, że możemy zagrać naprawdę fajny, mocny i skuteczny futbol. Wyciągamy wnioski z błędów, zapominamy o tym meczu i gramy dalej.- analizuje Patryk Barczak, rozgrywający Kozłów Poznań. - Niestety, w ostatniej akcji, Emilio Dangote dość niefortunnie interweniował przy akcji biegowej próbując wybić piłkę i rozciął sobie rękę. Na tyle poważnie, że potrzebna była wizyta w szpitalu, gdzie założyli mu kilka szwów. Na pewno nie zagra w kolejnym meczu, ale mamy nadzieję, że wróci na kolejne. - dodaje.

Warsaw Eagles – Kozły Poznań 22:19 (6:6; 7:6; 0:7; 9:0)

I kwarta
6:0 - przyłożenie Jacka Martona po 5-jardowej akcji biegowej

6:6 - przyłożenie Mateusza Patalasa po 45-jardowej akcji, po podaniu Guntera Krotscha

II kwarta
6:12 - przyłożenie Emilio Dagnote po 2-jardowej akcji biegowej
13:12 - przyłożenie Jacka Martona po 20-jardowej akcji biegowej (podwyższenie Filip Twardowski)

III kwarta
13:19 - przyłożenie Emilio Dagnote po 44-jardowej akcji biegowej (podwyższenie Wojciech Szymański)

IV kwarta
16:19 - field-goal po 29-jardowym kopnięciu z pola Filipa Twardowskiego

22:19 - przyłożenie Tadeusza Bellaby’ego po 11-jardowej akcji biegowej

Mecz obejrzało 700 widzów.

MVP meczu: Tadeusz Bellaby (rozgrywający Warsaw Eagles)